Fragment książki: „Lubiąż. Mroczne tajemnice opactwa"
Poszukiwanie skarbów w Polsce zaczęło się tuż po wojnie. Najpierw odradzające się służby muzealne chciały ratować przez Rosjanami i szabrownikami wszystko co wartościowe, później złotem, biżuterią i dziełami sztuki zajęły się służby specjalne, w tym wywiad i kontrwywiad, czyli szeroko pojęty aparat bezpieczeństwa. Głównym rejonem poszukiwań był Dolny Śląsk.
materiały prasowe

To tu bowiem trafiały z całej Rzeszy oraz z terenów przez nią zajętych rozmaite dobra. Praktycznie od 1943 r., kiedy już część niemieckich generałów zdawała sobie sprawę, że potęga Hitlera chyli się ku upadkowi, rozpoczęto przenoszenie czego się da na tereny bezpieczniejsze. Za taki właśnie obszar uznano Dolny Śląsk, leżący w centrum kraju, raczej z dala od nalotów alianckich myśliwców. Zorganizowano tu przede wszystkim mnóstwo drobnych i większych fabryk zbrojeniowych (niektóre pod ziemią) oraz składnice z dziełami sztuki. W ukrywaniu dóbr kultury ogromną rolę odegrał kustosz prowincji wrocławsko-opolskiej, Günther Grundmann.

Studiował historię sztuki w Monachium, a następnie we Wrocławiu. W czasie I wojny światowej służył w wojsku, a później został nauczycielem historii w szkole w Cieplicach Zdroju. Od 1932 r. pełnił natomiast obowiązki konserwatora zabytków na Dolnym Śląsku. Grundmann pod koniec wojny otrzymał od swoich zwierzchników z Berlina kluczowe zadanie. Miał zabezpieczyć dzieła sztuki z klasztorów, kościołów, muzeów oraz, prawdopodobnie, z kolekcji prywatnych. Wywoził je w głąb Dolnego Śląska, przede wszystkim do rozlicznych pałaców i zamków, gdzie były składowane. Bardzo rzadko trafiały do sztolni, czy piwnic. Miały być bowiem zabezpieczone przed zniszczeniem także ze względu na niewłaściwe przechowywanie. Utworzył w tym celu 80 skrytek, których zaszyfrowaną listę odnaleziono tuż po wojnie. Odczytał ją Józef Gębczak, szef Muzeum Śląskiego we Wrocławiu.

Grundmann jednak w ostatnich dniach wojny niektóre skrytki ewakuował sam. Zbliżał się front i Rosjanie, więc wybierał najcenniejsze dzieła i wywoził je w głąb Rzezy. Tak było chociażby z arcydziełem malarskim „Madonną burmistrza Meyera” pędzla Hansa Hollbeina z zamku w Karpnikach.

Wszystkie miejsca z listy Grundmana odwiedziła po wojnie polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki, którą kierował Witold Kieszkowski. Ale zawartość skrytek nie była już kompletna.

O miejscach, w których Grundmann ukrywał skarby Józef Gębczak opowiedział m.in. funkcjonariuszowi wrocławskiej SB Stanisławowi Siorkowi. Ten połączył te opowieści z innymi dotyczącymi skarbów zdeponowanych na Dolnym Śląsku, a przede wszystkim z historią relacjonowaną przez Herberta Klose, Niemca, który podczas przesłuchiwania przez policję zeznał, że był świadkiem ukrywania złota banków wrocławskich.

Złoto owe miało zostać zdeponowane w ostatnich dniach obrony Festung Breslau w podziemiach prefektury policji, w drewnianych skrzyniach. Mogły tu także trafić depozyty banku w Częstochowie. Sztaby złota oraz inne kosztowności ponoć wywieziono następnie z miasta gdzieś w kierunku Jeleniej Góry i schowano w tajemnej skrytce. Strzec go miał Werwolf, tajna organizacja niemiecka, dywersyjna, chroniąca niemieckie mienie pozostawione na utraconych ziemiach. Depozyty złota miały zapewnić możliwość szybkiej odbudowy III Rzeszy i umożliwić powrót do stabilizacji niemieckiej marki po przegranej wojnie. Skarbu tego nigdy jednak nie odnaleziono.

Stanisław Siorek dysponował też informacjami, że w byłym opactwie cysterskim w Lubiążu, gdzie miała działać niemiecka fabryka zbrojeniowa, też chowano drogocenne dobra. Z jednej strony miały to być depozyty ludności cywilnej z całego powiatu wołowskiego (w nim leży Lubiąż), z drugiej część złota Wrocławia, a co najważniejsze mnóstwo przemysłowej platyny. Siorek już bowiem wiedział, że w klasztorze działy zakłady będące filią niemieckiej firmy Telefunken, która na zlecenie Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy miała prowadzić badania nad radiolokacją i budować radary. Major podejrzewał, że wymagało to wykorzystania ogromnych ilości właśnie tego metalu. Relacje świadków zeznających przed Komisją Ścigania Zbrodni Hitlerowskich oraz zeznania osób przesłuchiwanych przez aparat bezpieczeństwa, bo były podejrzewane o wrogie działania na rzecz Niemiec, potwierdzały tę tezę.

Te wszystkie historie sprawiły, że funkcjonariusz SB zaczął interesować się skarbami na serio. To była pasja, którą próbował zaszczepić swoim zwierzchnikom, pisząc notatki służbowe i memoranda z informacjami o dolnośląskich skarbach. Udało mu się dopiero, kiedy zwierzchnictwo nad służbami specjalnymi przejął generał Czesław Kiszczak, też zakochany w wojennych tajemnicach, miłośnik poszukiwania skarbów.

Oficerowie MON i MSW wkraczają do akcji
Na dobre poszukiwanie skarbów na Dolnym Śląsku zaczęło się w 1980 r. kiedy to generał Jerzy Wojciech Barański, szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego Wojska Polskiego, wydał specjalne polecenie oficerom podległym Ministerstwu Obrony Narodowej, w którym kazał przeprowadzić rekonesans potencjalnych miejsc ukrycia rezerw wrocławskiego banku III Rzeszy. Zajęła się tym grupa pułkownika Czesława Sochali, który w sprawozdaniu napisał później, że w wyniku rozmów i badania dokumentów, które przeprowadzono między 15 a 18 października, „(...) proponuje się rozważyć możliwość powołania (lub reaktywowania) zespołu, który zająłby się powyższym zagadnieniem w skali krajowej.”

W styczniu 1981 r. przeprowadzono kolejny etap poszukiwań. Specjalną grupę skierowaną do tego celu zatwierdził nawet 11 czerwca 1981 r. sam generał Wojciech Jaruzelski, którego zapoznano ze sprawą złota Wrocławia, dokumenty miały być mu dostarczone na polecenia generała Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa WSW, którego wkrótce zastąpił generał Poradka. Jak wynika z nieoficjalnych informacji uzyskanych przeze mnie od osób, które wówczas współpracowały z tym kręgiem, szefów państwa i wojska nie przekonywało do poszukiwań samo złoto banków Breslau lecz przede wszystkim wizja odnalezienia ogromnych składów przemysłowej platyny.

Pułkownik Sochala powołał zespół złożony m.in. z ppłk. Bogdana Chrobota i majora Jerzego Liwskiego z Wojskowej Służby Wewnętrznej. Jego ludzie szukali dokumentów, wertowali archiwa, w tym kościelne podając się np. za doktorantów przeprowadzających kwerendę w celu zbierania informacji do prac naukowych. Wszyscy liczyli, że już niedługo dotrą do sztabek, że odkryją wielki skarb.

22 lutego 1982 r. przygotowano w końcu kluczową notatkę służbową, która rozpoczęła zmasowaną akcję poszukiwania skarbów na Dolnym Śląsku. Pułkownik Chrobot poprosił też o włączenie w dalsze prace badawcze majora Siorka i taką zgodę uzyskał.

Siorek brylował, po latach starań w końcu ktoś na poważnie zajął się skarbami, o których istnieniu informował od lat. Choć z zespołem Chrobota i Liwskiego współpracował już od ponad roku, teraz miał brać czynny udział w poszukiwaniach.

Za sprawą majora Siorka, już w 1981 r. ministerialny zespół rozpoczął pierwsze badania w Lubiążu. Tadeusz Kaletyn, szef Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno Konserwatorskiego we Wrocławiu tak wspominał ten czas w wywiadzie udzielonym Joannie Orłowskiej w 2003 r., opublikowanym w styczniowym numerze miesięcznika „Odkrywca”:

- (...)Wszystko zaczęło sie rok wcześniej. W październiku 1981 r. podejmowałem kolacją Karola Tomalę (red.: znany w owym czasie radiesteta). Po obejrzeniu map archiwalnych w skali 1:25000 powiedział, że lokalizacja klasztoru nad meandrującą Odrą utrudni wydzielenie anomalii. Następnego dnia Karol Tomala, w towarzystwie oficera WSW z Warszawy, por. Krystiana Skwary z KWMO (pełnomocnika S. Siorka), archeologa mgr Ludwika Kamińskiego z WOAK oraz ze mną, rozpoczął rozpoznanie wewnętrznych dziedzińców i ogrodów zespołu klasztornego w Lubiążu. Tomala wskazywał m.in. anomalie w południowo-wschodniej części dziedzińca opackiego, groby lokalizował przy północnej ścianie kościoła NMP, liczne anomalie (piwnice, komory?) lokalizował w pn.-wsch., wsch. i pd.-wsch. części ogrodu wschodniego. W wirydarzu sugerował istnienie piwnic, a w pobliżu południowej części klasztoru istnienie kanałów mokrych. Powiedział, że wszystkie anomalie powinny zalegać płytko od 1-1,5 m. (...) Nie było lochów, komór ani studni. Archeolodzy odkryli tam średniowieczne relikty klasztorne: fragmenty kamienno-ceglanego muru obwodowego z XIII-XIV wieku o długości 200 m oraz przylegające do muru 3 ceglane obiekty o nieokreślonej funkcji. Odsłonili również pozostałości 6 ceglanych pieców do wypalania płytek posadzkowych i cegły. Ponadto fragmenty piwnicy barokowej, a także okrągłą bazę fontanny barokowej. Na północ od kościoła klasztornego naprzeciw Porta Mortuorum (Brama Umarłych - przyp. J.O.) znaleziono groby szkieletowe ze śladami trumien - część cmentarza z XIV w.

Wstępne badania przeprowadzone przez archeologów i radiestetę zaintrygowały poszukiwaczy z WSW i Siorka, mimo ewidentnie negatywnych wyników badań. Zeznania świadków zgromadzone przez majora SB dawały jednak nadzieję na znalezienie tu skarbów, więc obiekt wpisali na listę miejsc do dalszej penetracji.
Wojsko powróciło tu 9 listopada 1982 r.

(...) Wszystkie penetracje i prace poszukiwawcze prowadzone przez specjalną, wojskową grupę operacyjną WSW były zgłoszone przez mjr. Stanisława Siorka, pracownika SB, wojewodzie wrocławskiemu i wojewódzkiemu konserwatorowi zabytków – wspominał Tadeusz Kaletyn w cytowanym już wyżej wywiadzie udzielonym „Odkrywcy”.- Pamiętam, że we wrześniu 1982 r. ówczesny wojewódzki konserwator zabytków Józef Cempa poprosił mnie, dyrektora WOAK-u, abym przyszedł do gabinetu wicewojewody Danuty Wielbińskiej w pilnej sprawie. Byli tam mjr Siorek i oficer WSW z Warszawy. Poinformowano mnie, że szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego WP i szef WSW z Warszawy zwrócili się z prośbą o wydanie zezwolenia na podjęcie poszukiwań mienia poniemieckiego w Lubiążu. Stanisław Siorek powiedział wtedy: „Chcemy wreszcie odkryć fabrykę zbrojeniową!” (...) Akcje na wielką skalę prowadzone były w Lubiążu trzykrotnie: w 1982 r., 1985 r. i w grudniu 1986 r. W listopadzie 1982 r. przyjechała wojskowa grupa poszukiwawcza WSW oraz zespół saperów. Saperzy szukali przewodów energetycznych i kabli telefonicznych pod ziemią. Poszukiwacze znaleźli fragment instalacji w ścianie. Resztę, podejrzewam, pocięli wcześniej szabrownicy. Na dziedzińcu zewnętrznym poszukiwacze okryli m.in. 7 wiązek przewodów telefonicznych prowadzących do ściany zewnętrznej klasztoru. W niektórych pomieszczeniach parterowych skrzydła klasztornego widać było, że przewody zostały po prostu zerwane ze ścian.

(...)Pamiętam, jak mjr Stanisław Siorek, ubrany w czarny skórzany płaszcz i czapkę, w towarzystwie red. Wacława Dominiaka przekonywał, że przy furcie wejściowej do klasztoru jest winda, którą zwożono jeńców do piwnicznych pomieszczeń. Mówił też, że pod posadzką bramy wejściowej do klasztoru jest zapadnia. „To niemożliwe”, stwierdził prof. Jerzy Rozpędowski z Zakładu Historii Nauki i Techniki Politechniki Wrocławskiej, konsultant badań, znawca średniowiecznej architektury militarnej i sakralnej Dolnego Śląska. Był przekonany, że pod spodem jest gruz budowlany, którym w dobie baroku, kiedy budowano pałac opatów, wypełniano przestrzeń między ścianami bramy. Zaskoczył wszystkich, gdy wyjął kilka płyt posadzkowych i pokazał ten ubity gruz.

Poszukiwacze znów pracowali w Lubiążu z radiestetą Tomalą, ale zorganizowano też specjalistów z Przedsiębiorstwa Badań Geofizycznych oraz współpracującego z WOAK eksperta, geofizyka, dra Andrzeja Pepela. Wówczas okolice klasztoru przebadano bardzo dokładnie, weryfikując każdą anomalię wskazaną przez różdżkarza. Większych rozbieżności jednak nie wykazano, a wyniki nie sugerowały istnienia jakichkolwiek wielkich podziemnych zabudowań ani w opactwie, ani w okolicach tzw. lasku św. Jadwigi, gdzie świadkowie wskazywali, że mogło być zlokalizowane wejście do ogromnej, zamaskowanej, fabryki zbrojeniowej.

Na terenie samego klasztoru nie znaleziono też wejść do pomieszczeń, gdzie mogłyby być ukryte skarby, z wyjątkiem jednego, zasłoniętego ścianką działową, po której rozbiciu odnaleziono sterty starych książek i trochę dokumentacji konserwatorskiej z lat 60. XX wieku.

Sensacja
Przełom w poszukiwaniach nastąpił 26 listopada 1982 r. Szef Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno - Konserwatorskiego (WOAK), Tadeusz Kaletyn relacjonował ten dzień w drugiej części wywiadu udzielonego Joannie Orłowskiej z miesięcznika „Odkrywca” opublikowanym w lutym 2003 r.

- (...) po skończeniu prac terenowych o godz. 16.00 wraz z prof. Ewą Łużyniecką, por. Krystianem Skwarą i Ludwikiem Kamińskim odjechałem do Wrocławia. Około 16.30 chor. (...) ze służb wojskowych, też różdżkarz, samowolnie ruszył koparką w północno-zachodnią część ogrodu wschodniego. Z głębokości około 2 m wydobył walcowaty pojemnik o średnicy 21 cm i wysokości 20 cm zamknięty kopułkowatym wieczkiem z klamrą na kłódkę. Wewnątrz, szczelnie ułożone wokół ścianki znajdowały się srebrne monety, a złote w środku. Odkrywcę służby wojskowe zobowiązały do milczenia. Sprawę utajniono. Dopiero w czerwcu 1983 r. mjr Siorek poinformował wicewojewodę Danutę Wielbińską, a później mnie, że w czasie penetracji w 1982 r. wojsko odkryło garnek ze srebrnymi monetami śląskimi. Ustalono wtedy, że w lipcu 1983 r. odkrywcy przekażą numizmaty do Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Istotnie wojsko zwróciło wtedy 89 monet śląskich, nie było wśród nich tych złotych.

O istnieniu złotych monet świat dowiedział się dopiero w 1990 r., kiedy prowadzono postępowanie przygotowawcze, prokuratorskie w tej sprawie. Umorzył je w kwietniu 1992 r. prokurator Mirosław Kawalec z Prokuratury Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Bo się przedawniło! Wśród osób, które uniknęły procesu karnego było kilku prominentów PRL, w tym generał Wojciech Jaruzelski.

Jak stwierdził prokurator Kawalec, poszukiwania prowadzone przez wojsko były nielegalne, ponieważ podjęto je bez zezwolenia konserwatora zabytków.
Najbardziej szokujące było jednak to, że - jak ustalono w toku postępowania - w metalowym naczyniu znaleziony w lubiąskim ogrodzie znajdowały się 1353 monety złote i srebrne.

Pułkownik Bogdan Chrobot złożył wyjaśnienie przed Najwyższa Izbą Kontroli, cytowane w książce „Wojenne sekrety Lubiąża”.

- (...)„W trakcie pracy koparki (ok. 12.00-13.00) zauważyłem, że w rynnie, z której był wyciągany do góry czerpak koparki, rozsypały się monety.

To zeznanie rozmija się z opowieściami Tadeusza Kaletyna przytoczonymi wyżej. Autorzy „Wojennych sekretów Lubiąża” piszą też, że skarb przeniesiono do pomieszczeń w klasztorze i zapakowano do plastikowego worka. Podpułkownik Bogdan Chrobot zadzwonił do Warszawy, by zgłosić znalezisko swoim przełożonym. Równocześnie podjął decyzję, by przewieźć monety do Zarządu WSW we Wrocławiu. Po drodze wstąpił do siedziby SB i poinformował Siorka o znalezisku.

W NIK Chrobot zeznał, że dwa dni po odnalezieniu monet ustalono, że przetransportowane zostaną do Warszawy: „Po telefonicznym poleceniu wydanym przez płk Sochalę oddałem klucz do torby z monetami. (...) Przekazanie worków nastąpiło w obecności mjr Liwskiego i płk. Nowickiego (WSW). Był to ostatni dzień, kiedy miałem bezpośrednio kontakt ze znalezionymi monetami.

Jak ustalono w czasie śledztwa prowadzonego już w wolnej Polsce, generał Poradka na przełomie roku 1982 i 83 powołał grupę, komisję, która miała dokonać inwentaryzacji monet i ich wyceny. Okazało się, że jest ich 1353 (poprzednio twierdzono, że 1354 – ale to był błąd przy protokołowaniu), ważyły ponad 6 kg. Złotych numizmatów naliczono 64, a ich wagę ustalono na 22 dkg. Problemem było ustalenie wartości znaleziska. Ale i z tym komisja sobie poradziła dość szybko. Z akt NIK wynika, że posłużono się w tym celu katalogami numizmatycznymi. Wartość skarbu miała wynosić nieco ponad 3,8 mln zł co stanowiło wówczas równowartość prawie 61,4 tys. dolarów amerykańskich.

Komisja zaproponowała, żeby oddać jedynie wyselekcjonowaną cześć monet do muzeum - tych polskich. Resztę, tę „obcą”, sugerowano sprzedać.

„Za takim rozwiązaniem opowiadał się szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego W. Barański (ten sam, którego w 1992 r. aresztowano w Niemczech w związku z nielegalnym handlem bronią – pisze Borys Paszkiewicz, numizmatyk z Zamku Królewskiego w Warszawie, w książce „Skarb z ogrodu klasztornego w Lubiążu”. - Dnia 27 I 1983 r. Poradko zawiadomił o znalezisku ministra obrony narodowej.(...) Zaproponował najbardziej optymalny wariant zagospodarowania: monety pochodzące z terenów Polski przekazać Muzeum Śląskiemu we Wrocławiu; monety znajdujące się w najlepszym stanie sprzedać na rynku zachodnim; pozostałe rozprowadzić na krajowym rynku numizmatycznym. – „Generalnie zgoda”, napisał na cytowanym dokumencie 3 II 1983 r. minister obrony narodowej, zarazem premier i przewodniczący Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, gen. Wojciech Jaruzelski. Poradko 18 II 1983 r. kontynuował: - Proponuję aby ich sprzedażą, zarówno na rynku zachodnim, jak i na krajowym numizmatycznym, zajęło sie szefostwo WSW przy wykorzystaniu metod operacyjnych. Uzyskane ze sprzedaży środki dewizowe oraz walutę krajową, wpłacić na konto budowy pomnika Matki Polki lub przeznaczyć na zakup aparatury medycznej dla potrzeb Centralnego szpitala Klinicznego WAM. - „Zgoda” - napisał Jaruzelski 23 II 1983 r. Zgodnie z sugestiami komisji 168 monet „uszkodzonych” sprzedano w pierwszej kolejności, nie spisując ich wcale. Podobno były to egzemplarze kompletnie skorodowane, pokryte rdzą z naczynia, niekiedy przeżarte na wylot. (...) Były wśród nich monety francuskie oraz dużo habsburskich 6-krajcarówek. Kupił je jakoby Mieczysław (...) z Warszawy.

(...) Łącznie 760 monet srebrnych (...) sprzedano w kilku partiach za 669 600 zł i 60,20 dol. (...) Dalej, 30 VI (formalnie 8 VII) przekazano 89 monet uważanych za polskie do Muzeum Narodowego we Wrocławiu (...). Utrzymywano, że jest to jedyna część znaleziska. Przekazaniu temu nadano uroczysty charakter, monety wyeksponowano na okolicznościowej wystawie w Lubiążu, którą WSW skrzętnie dla siebie sfotografowała. Towarzyszyła temu bezczelna propaganda prasowa.
Prawdopodobnie w 1983 r. z pozostałej części skarbu, przeznaczonej do sprzedaży za granicą, 7 monet złotych i 21 srebrnych (uznanych za najlepsze?) próbowano sprzedać przez Polską Misję Wojskową w Berlinie Zachodnim. Bystry agent WSW (to właśnie miały być „metody operacyjne” )zaniósł je do filii Berliner Bank przy Kantstrasse, nie umiał jednak podać nazwiska ich właściciela. Pracownicy banku domyślili się, że monety pochodzą ze skarbu, poradzili więc agentowi, by wyszedł z banku, jeśli nie chce odpowiadać za kradzież. Przełożeni agenta byli podobno niezadowoleni. W końcu 30 III 1984 r . tych 7+21 monet przekazano Zarządowi II Sztabu Generalnego (wywiad i kontrwywiad) do zebrania „ofert cenowych na Zachodzie”. Wożono je do Berna i Wiednia. Ostatecznie monety te sprzedali w lutym 1985 r. agenci Zarządu II w sklepie numizmatycznym H.D. Raucha przy ul. Graben 15 w Wiedniu za 30000 szylingów.
Dnia 7 II 1984 r. wyselekcjonowano partię 454 monet złotych i srebrnych do sprzedaży na Zachodzie. I tym razem próba sprzedaży w Berlinie nie powiodła się. W końcu zamknięto monety w sejfie WSW w Warszawie. (...) Próbowano znów sprzedać je - bez skutku - we Wiedniu. W końcu 14 X 1986 r. Zarząd II przekazał je pośrednikowi. Pieniądze z ich sprzedaży (1 020 500 zł i 95 dol.) wpłynęły dopiero w 1989 r., może w związku z likwidacją nielegalnych kas w WSW.

Skarb po transformacji
Sprawa lubiąskiego skarbu ujawniona została dopiero w 1991 roku przez Najwyższa Izbę Kontroli, kiedy ta badała dokumentację rozwiązywanej WSW. Jak podaje Borys Paszkiewicz, numizmatyk z Zamku Królewskiego w Warszawie, w książce „Skarb z ogrodu klasztornego w Lubiążu”, żadne uzyskane ze sprzedaży kwoty nie zostały przeznaczone na szpital Matki Polki w Łodzi, ani CSK WAM. Tylko 669 600 zł przeznaczono 26 I 1984 r. na zakup sprzętu medycznego dla wojskowej służby zdrowia. Reszta została przelana na cele operacyjne WSW, czyli na finansowanie działalności wywiadowczej PRL.

Paszkiewicz wskazuje też, że po likwidacji WSW w 1990 r. natrafiono na 454 monety przechowywane w sejfie służby, które 5 października 1990 r. przekazano do zbiorów Gabinetu Numizmatycznego Zamku Królewskiego w Warszawie.

Jak stwierdził później prokurator prowadzący sprawę, nic nie wskazuje na to, aby ktokolwiek z osób związanych z monetami próbował odnieść prywatne korzyści majątkowe. Wszystko było raczej robione z chęci wykazania się przed przełożonymi. Rażąco przy tym naruszono wszelkie przepisy prawa nawet tego funkcjonującego w czasach PRL, a w szczególności ustawę o ochronie zabytków, zabraniającą wywozu dzieł sztuki za granicę bez zezwolenia. W zeznaniach świadków przewija się wątek, że każdy myślał, że zezwolenie zdobył jego zwierzchnik. Tylko generał Jaruzelski nie zwalał winy na nikogo. Zeznał, że nic nie wiedział na temat konieczności uzyskania jakiejkolwiek zgody na prowadzenie poszukiwań skarbu, wywóz zabytkowych przedmiotów za granicę i ich sprzedaż.

Warto dodać, że nie był to jedyny skarb monet znaleziony w lubiąskim klasztorze. Już w 1936 r., jak podają źródła niemieckie, natrafiono tu na 544 talary oraz 1/2 i 1/3 talarówki, które zostały ukryte po 1806 r. A co jeszcze kryją lochy opactwa? Nie mam wątpliwości, że już wkrótce ktoś odkryje tu kolejny skarb. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że spora część opactwa została już dobrze przebadana. Najpierw przez różne wojska niemieckie i radzieckie, potem szabrowników, w końcu przez służby specjalne i naukowców. Ale są tu jeszcze niezbadanie poziomy piwnic, do których wciąż nikt nie dotarł. Zasypane gruzem, nie wiadomo w jaki sposób. Widziałem dziwnie kończące się korytarze i klatki schodowe prowadzące donikąd. Z pewnością kryją tajemnice. Czy skarby? To się okaże.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną