Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Książki

Fragment książki: „Szpakowska. Outsiderka”

materiały prasowe
Wychowałam się w domu, w którym były same kobiety. Było ich aż cztery: od zawsze mieszkałam z matką i jej matką, a kiedy miałam piętnaście lat, zamieszkały z nami jeszcze matka mego ojca i jego siostra.

I.K. Kwestionariusz Prousta rozwiązuje nam problem pierwszego pytania.

– Ale na pytania, które wymagają autocharakterystyki, nie potrafię odpowiedzieć. Ani na pytanie o główną cechę mojego charakteru, ani o cechę, jakiej szukam u mężczyzny czy u kobiety. Ani o to, jaki kolor lubię najbardziej. Ostatni raz na ten rodzaj pytań odpowiadałam w liceum. A poza tym nie wybieram ludzi ze względu na określone cechy. Na pewno od każdego, łącznie z sobą, przede wszystkim oczekuję inteligencji, ale dalej już za każdym razem jest inaczej.

I.K. Czyli na pierwsze trzy pytania kwestionariusza odpowiedź jest taka sama. „Moja główna cecha” – inteligencja. „Cecha, której wymagam od kobiety” – inteligencja. „Cecha, której wymagam od mężczyzny” – inteligencja.

A.Ch. „Moje ulubione zajęcie” – rozwiązywanie krzyżówek?

– Tak, ale przede wszystkim czytanie kryminałów. Nieodmienne. Na to tracę strasznie dużo czasu.

I.K. Kiedy pani to robi?

– Nieustannie. Jestem czytelniczka perypatetyczka, czytam podczas spacerów. Wakacje nad morzem i w górach spędzam na ogół chodząc, a jak chodzę, to czytam.

Co najbardziej cenię u przyjaciół poza inteligencją? To strasznie trudno powiedzieć, jeśli mam odpowiadać serio. Bo niewątpliwie to, że mogę na nich liczyć. Ale przyjaźń, tak samo zresztą jak miłość, to coś, co wymaga pielęgnowania, wymaga wysiłku. W przyjaźni ten wysiłek powinien być symetryczny. Więc chyba u przyjaciół cenię rodzaj wzajemności.

I.K. Przyjaźni się pani raczej z kobietami czy z mężczyznami?

– Tak dużo przyjaźni nie mam. W jakimś sensie się powytracały. Dotyczy to zarówno mężczyzn, jak kobiet. Te, które mam, są przyjaźniami tak długotrwałymi, tak udeptanymi, że kwestia płci w ogóle tu nie gra roli.

A.Ch. Kto miał na panią większy wpływ – mężczyźni czy kobiety?

– Wychowałam się w domu, w którym były same kobiety. Było ich aż cztery: od zawsze mieszkałam z matką i jej matką, a kiedy miałam piętnaście lat, zamieszkały z nami jeszcze matka mego ojca i jego siostra. Więc kształtowały mnie tylko kobiety, co ma rozmaite konsekwencje. Na przykład taką, że wyrosłam bez żadnych wdrukowanych wyobrażeń na temat ról czy zachowań męskich. I bez zinternalizowanego wyobrażenia o tym, jak mogą wyglądać relacje między mężczyznami i kobietami.

Inna konsekwencja, uboczna, jest taka, że nie jestem w stanie zrobić prawdziwej awantury. Nie wyniosłam z domu wzoru kłótni. Owszem, wzory rozmaitych kwasów, niechęci i pretensji. Łzy. Ale żadnej wielkiej awantury z rzucaniem talerzami. Wiem oczywiście, że nie w każdym związku męsko-damskim muszą latać talerze, ale istnieje pewien typowo kobiecy sposób rozwiązywania konfliktów i tym chyba nasiąkłam. Trudno mi wykrztusić, o co mi chodzi. Raczej usiłuję dać do zrozumienia.

Natomiast intelektualnie ukształtowali mnie akurat mężczyźni, przede wszystkim ci, których spotkałam podczas studiów. Filozofowie Bronisław Baczko i Krzysztof Pomian. Moi nauczyciele, którym bardzo dużo zawdzięczam. Na warszawskim Wydziale Filozofii za moich czasów w ogóle pracowało wielu świetnych ludzi, zarówno uczonych, jak i uczących. Ale na przykład Leszek Kołakowski budził raczej podziw, niż wychowywał. Podczas gdy tamci dwaj, niezależnie od swojej znakomitości intelektualnej, od dorobku i kompetencji, byli rzeczywiście nauczycielami. Wchodzili z nami w interakcje, wskazywali błędy, pomagali szukać rozwiązań. Wdzięczność moja za to trwa do dziś. Natomiast trudno powiedzieć, by kształtowali mnie akurat jako mężczyźni.

I.K. A na przykład Konstanty Puzyna nie był dla pani nauczycielem?

– Nigdy nie czułam się jego uczennicą, to była zupełnie inna relacja. Bardzo dużo się od niego nauczyłam, ale stosunki między nami nie były oparte na nierówności. Z tamtymi relacje ewoluowały od właśnie pochyłych, uczniowskich, do pewnego wyrównania, a z Ketem Puzyną od początku były towarzysko równoprawne. Choć Puzyna zafascynował mnie znacznie wcześniej, zanim go poznałam, w 1955 roku, kiedy przeczytałam jego artykuł w programie do Wesela.

J.K.-L. Z tego, co pani mówi, wynika, że kobiety nie umieją wprost wyrażać agresji, urządzać kłótni czy awantur…

– Powinnam była powiedzieć: „Ponieważ wychowały mnie właśnie te kobiety”.

J.K.-L. Pani zdaniem kobiety mają problem z wyrażaniem agresji?

– Między sobą chyba mają kłopot. Z mężczyznami podobno umieją się kłócić, ale tego mnie nie nauczyły.

I.K. Czyli między kobietami są kwasy, a do bicia garnków dochodzi tylko między kobietą i mężczyzną?

– To jest oczywiście pewien stereotyp, ale tak sobie tłumaczę własne deficyty.

J.K. A mnie się wydaje, że sposób wyrażania czy niewyrażania negatywnych uczuć nie jest kwestią socjalizacji, tylko temperamentu.

I.K. Czy pani rzeczywiście uznaje, że agresywne zachowanie w sytuacji publicznej jest właściwe, czyli stosowne – czy raczej właściwe, czyli skuteczne?

– Bywa skuteczne, ale mnie zawsze zdumiewa coś innego. Że ludzie, którzy weszli ze sobą w niesłychanie ostry konflikt, następnego dnia potrafią być w całkowicie poprawnych stosunkach i jakoś po nich to spływa. Po mnie nie spływa.

J.J. A długo w pani domu kobiet trwały ciche dni?

– Cichych dni nie było. To wszystko było dużo subtelniejsze. Bo to były osoby naprawdę bardzo dobrze wychowane.

I.K. Z tej perspektywy nie sądzi pani, że to może być zdrowe raz na jakiś czas dać sobie po pysku i na drugi dzień pójść na piwo?

– Nie wiem, wiem tylko, że inni to umieją, a ja nie umiem.

I.K. Ale czy pani ich nie rozumie, czy też nigdy nie weszła pani w tego rodzaju konflikt, po którym nie do pomyślenia było podanie sobie ręki na drugi dzień?

– Znam sytuacje, po których nie do pomyślenia było podanie sobie ręki. Ale to się działo w zupełnie innym świecie niż mój dom rodzinny. I raczej nie było wynikiem awantury.

I.K. Podnosiła pani głos w rozmowie?

– Podnosiłam.

I.K. A rękoczyny?

– Żartujesz. Poza tym ja nie tylko nie umiem się awanturować, ale w dodatku od razu płaczę. Płaczę w sposób nieopanowany i to jest nieszczęście. Bo w sytuacjach, w których powinnam być twarda i powinnam zareagować – szlocham. I zresztą na każde wzruszenie odpowiadam łzami. Tak samo jak na mróz i wiatr.

I.K. Płacze pani w kinie?

– Zdarza się. Bardzo się wtedy sama przed sobą wstydzę.

I.K. Na dobrych filmach czy na złych?

– Na złych oczywiście.

J.K. Ale co innego wzruszenia, a co innego negatywne uczucia.

– Negatywne uczucia też się objawiają łzami.

J.K. To jest bezsilność, prawda?

– Zdecydowanie. I wolałabym się wkurwić i zacząć rzucać talerzami, niż popłakiwać w kątku. W rozgrywce osoba, której cieknie z nosa, jest zawsze w gorszej sytuacji.

J.J. Czy dużo spraw w życiu pani przegrała dlatego, że się pani nie postawiła i nie postawiła pani sprawy na ostrzu noża?

– Dużo. I dlatego w ogóle o tym powiedziałam, że mi to bardzo przeszkadza.

J.K. Czyli mamy odpowiedź na pytanie „moja główna wada?”.

I.K. Jeśli przez wady rozumiemy cechy, które utrudniają nam skuteczność w życiu społecznym.

 


J.K. W łóżku pani czyta?

– Czytam.

I.K. Rano czy wieczorem?

– Wieczorem. Rano nie, bo zwykle się wtedy śpieszę.

I.K. A w niedzielę albo w sobotę?

– A jaka jest różnica między niedzielą albo sobotą a innymi dniami?

J.K.-L. Taka, że się nie trzeba śpieszyć.

J.K. Dokąd się pani śpieszy w niedzielę?

– Do tego samego co zawsze.

I.K. To jest taki wewnętrzny pośpiech?

– Chyba tak.

J.J. Ma pani w sobie małego protestanta.

– Oczywiście, że mam w sobie małego protestanta. Od tego właściwie należałoby zacząć. Od kompulsywnego poczucia obowiązku.

I.K. A ma pani w sobie Małego Powstańca?

– Broń Boże. Wyjątkowo nie lubię tej figury.

A.Ch. Czego kobiety w pani domu panią uczyły? Czy to im zawdzięcza pani tego małego protestanta?

– Na pewno zawdzięczam go mojej matce. Matka była niesłychanie katolicka skądinąd, ale jej katolicyzm był bardzo głęboki i bardzo duchowy, taki z rozmyślań Tomasza à Kempis O naśladowaniu Chrystusa. Pozbawiony aspektu obrzędowego, uwewnętrzniony, więc siłą rzeczy trochę protestancki. Połączony z przeświadczeniem, że źródłem szczęścia jest poczucie spełnionego obowiązku. Pod tym względem wychowanie na pewno mocno na mnie zaciążyło.
Wychowanie domowe było, jak powiedziałam, nieco protestanckie. Ale równolegle pobierałam ortodoksyjne wychowanie katolickie. Miało ono zresztą aspekt uboczny. W latach pięćdziesiątych chodzenie na lekcje religii, które odbywały się w kościele, było pewnego rodzaju demonstracją polityczną, zatem w moim i rodziny mniemaniu było właściwe i słuszne. Tym bardziej że moje liceum to była szkoła TPD. Kiedyś nawet zaczepiła mnie w tej sprawie wychowawczyni, że jak ja to mogę godzić: TPD, ZMP i lekcje religii . Ktoś jej najwyraźniej kazał ze mną porozmawiać, czułam, że bardzo nie miała na to ochoty. Nie pamiętam, co jej odpowiedziałam, a potem był 1956 rok i temat przestał istnieć.

Ale ówczesne lekcje religii miały z kolei inny aspekt uboczny. Coś podobnego po latach odnalazłam w Mocy i chwale Grahama Greene’a. Nie wiem, czy ktoś jeszcze czyta jego książki, kiedyś był ogromnie popularny. Akcja Mocy i chwały dzieje się w Meksyku w latach trzydziestych, w okresie prześladowania Kościoła i księży. Greene, sztandarowy pisarz katolicki przecież, z całym sadyzmem opisywał tajne katechezy, a zwłaszcza polecane uczniom łzawe książeczki o młodych męczennikach, którzy modlą się za swoich katów lub opierają rozpustnicom. Otóż ja pamiętam z moich lekcji religii dokładnie takie same książeczki. I niestety pamiętam również jałowość rozważań dogmatycznych i pustosłowie większości katechetów, z którymi miałam do czynienia. Już jako bezczelny bachor zdawałam sobie sprawę, że to jest strata czasu.

Mama usiłowała mi tłumaczyć, że brak roztropności księży jest czymś, co powinno się znosić z pokorą. Że to jest okazja, by ćwiczyć jedną z cnót chrześcijańskich. Do pewnego momentu ten argument działał, ale potem już nie. Powiedzenie księdza Tischnera, które poznałam znacznie później, o nieszkodliwości Marksa, a szkodliwości wielu proboszczów dla zachowania wiary, na moim przykładzie sprawdziło się dokładnie.

A.Ch. A potrafi pani wskazać moment, kiedy pani straciła wiarę czy odeszła od Kościoła?

 – Zapewne w związku z dojrzewaniem seksualnym – to jest banał. Ale oczywiście nie tylko dlatego. Chyba od zawsze drażniły mnie obsesje kościelne; to na przykład, że z okazji pierwszej komunii mojego ciotecznego brata świętej pamięci biskup Choromański miał dla dziewięciolatków wykład o zbrodniczości przerywania ciąży. Najsilniejszy związek z Kościołem instytucjonalnym czułam, kiedy w ramach lekcji religii pomagaliśmy porządkować po remoncie kościół Świętego Aleksandra zburzony w czasie wojny.

A poza tym przeszkadzało mi jeszcze bardzo coś, co sobie uświadomiłam z pewnym opóźnieniem: że Kościół katolicki to instytucja, która uważa mnie za gorszy rodzaj człowieka.

A.Ch. Jako kobietę?

– Jako kobietę. I chyba to było decydujące. Jeśli Kościół funkcjonuje jako rodzaj męskiego klubu, to co ja właściwie mam tu do roboty?

 

Rozm. Agata Chałupnik, Justyna Jaworska, Justyna Kowalska-Leder, Joanna Krakowska, Iwona Kurz

*

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Co z uznaniem ukraińskiej Cerkwi? Pytamy metropolitę Sawę. „Teraz trwa wojna”

Rozmowa z metropolitą Sawą, zwierzchnikiem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, związanego z patriarchatem moskiewskim, o tym, dlaczego polscy prawosławni nie uznają niezależności Cerkwi w Ukrainie.

Katarzyna Kaczorowska
14.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną