Książki

Fragment książki: „Zatańcz ze mną ostatni walc”

materiały prasowe
Do łóżka dziecka dociera z sadu naprzeciw zapach dojrzałych gruszek. W oddali orkiestra ćwiczy walce. W ciemności jaśnieją białe przedmioty: płatki kwiatów i kamienie chodnika.

Księżyc na framugach pochyla się ku ogrodowi i faluje na soczystych wyziewach ziemi jak srebrzyste wiosło. Świat sprawia wrażenie młodszego, niż jest, a ona sama wydaje się sobie stara i mądra, gdy rozważa trapiące ją problemy i walczy z nimi po swojemu, a nie zgodnie z dziedzictwem własnej rasy. Jasność i rozkwit ponad rzeczami – z dumą przygląda się życiu, jakby spacerowała po ogrodzie, któremu kazała rozkwitnąć na najbardziej nieprzyjaznej glebie. Już gardzi uporządkowanymi grządkami, wierzy w istnienie czarodzieja, który może wyhodować słodko pachnące kwiaty na najtwardszej skale, kwitnące nocą powojniki na jałowych pustkowiach, zaszczepić od- dech zmroku i rozrzucić nagietki. Pragnie, by życie było proste i pełne przyjemnych wspomnień.

Gdy tak rozmyśla, snuje też romantyczne rozważania o kawalerze swojej siostry. Włosy Randolpha przypominają perłowe rogi obfitości, z których wypływają kule światła tworzące jego twarz. Myśli, że sama jest taka w środku, gdy rozważa w tym nocnym zamęcie swoje emocje w zetknięciu z pięknem. Myśli o Dixie, utożsamiając się z nią w podekscytowaniu, jakby była jakąś dorosłą częścią jej samej, oddzieloną odmieniającymi latami, niczym spalone słońcem ramię, które wydaje się obce, jeśli przeoczyło się jego przeobrażenie. Przywłaszcza sobie romans siostry. Czujność ją usypia. Zastyga pod ciężarem rozrzedzonych marzeń. Zapada w sen. Księżyc życzliwie kołysze jej opaloną twarz. Gdy śpi, dorasta. Pewnego dnia obudzi się i dostrzeże, że w alpejskich ogrodach rosną głównie grzyby o płytkich korzeniach, a białe dyski, których zapach unosi się o pół- nocy, nie są kwiatami, lecz odrostami w zarodku. Za kilka lat będzie spacerować raczej po zgorzkniałych geometrycznych ścieżkach filozoficznych ogrodów Le Nôtre’a, zamiast po mgławicowych peryferiach dzieciństwa z gruszkami i nagietkami.

Alabama nigdy nie potrafiła sobie przypomnieć, co budziło ją o poranku. Leżała i rozglądała się wokoło, świadoma dławiącego braku wyrazu swojej twarzy. Mobilizowała się. Rozgorączkowane oczy dzikiego zwierzęcia w pułapce z pełnym sceptycyzmu zaproszeniem wyglądały z naprężonej siatki jej rysów. Ubierała się do szkoły swobodnymi ruchami, nachylając się, by oglądać ruchy swojego ciała. Dzwonek na lekcje w cichych przestrzeniach Południa był płaski jak dźwięk boi na wytłumionym bezkresie oceanu. Weszła na palcach do pokoju Dixie i umalowała twarz różem siostry.

Gdy ludzie mówili: „Alabamo, masz róż na policzkach”, odpowiadała po prostu: „Szorowałam buzię szczoteczką do paznokci”.

Dixie była głęboko ukontentowana postacią siostry, a jej pokój wypełniały przedmioty, wśród nich bezładnie rozrzucone ubrania z jedwabiu. Na gzymsie kominka stała figurka trzech małp, w której tkwiły zapałki do papierosów. Pomiędzy dwoma gipsowymi Myślicielami stały książki: Mroczny kwiat, Dom granatów, Zwodne światło, Cyrano de Bergerac oraz ilustrowane wydanie Rubajjatów. Alabama wiedziała, że w górnej szufladzie biurka schowany jest Dekameron – przeczytała najbardziej śmiałe fragmenty. Nad książkami wisiał obrazek dziewczyny Gibsona ze szpilką od kapelusza skierowaną na mężczyznę przez szkło powiększające, a na małym białym fotelu bujanym wylegiwała się para pluszowych misiów. Dixie posiadała różowy kapelusz z szerokim rondem, broszkę z ametystem i elektryczną lokówkę. Miała dwadzieścia pięć lat. Alabama o drugiej nad ranem czternastego lipca miała skończyć czternaście.Trzecia z sióstr, Joan, była od Dixie o dwa lata młodsza. Wyjechała z domu – zresztą ze względu na wrodzone zamiłowanie do porządku jej nieobecność nie sprawiała wielkiej różnicy.

Alabama zjechała niecierpliwie po poręczy. Czasami śniło się jej, że spada ze schodów i ratuje ją szeroka balustrada na dole, na której ląduje okrakiem. Gdy zjeżdżała, przypominała sobie emocje ze snu.

Dixie siedziała już za stołem, oddzielona od świata barierą cichego oporu. Miała czerwony podbródek i plamy od płaczu na czole. Jej twarz nabrzmiewała pod skórą raz w jednym miejscu, raz w innym, jak woda gotująca się w garnku.

– Nie prosiłam się na ten świat – powiedziała. – Austin, pamiętaj, że ona jest już dorosła. – Ten mężczyzna to bezwartościowy typek i skończony próż-

niak. Nawet się nie rozwiódł. – Zarabiam na siebie i robię, na co mam ochotę. – Millie, ten człowiek ma zakaz wstępu do mojego domu. Alabama siedziała całkiem bez ruchu w oczekiwaniu na jakiś

bunt przeciw decyzji ojca, która przerywała rwący potok romansu. Nic się nie wydarzyło. Słońce na srebrzystych pierzastych liściach paproci, na srebrnym dzbanku do wody, a także kroki sędziego Briggsa na błękitnych i białych stopniach, gdy wychodził do pracy, odmierzały odcinki czasu, odcinki przestrzeni – ale nic więcej. Usłyszała, jak tramwaj zatrzymuje się na rogu pod drzewami surmii i sędzia zniknął. Pod jego nieobecność słońce muskało paprocie w mniej zorganizowanym rytmie – dom mężczyzny zawisł na wahadle jego woli.

Alabama obserwowała pnącza milinu wijące się po ogrodzeniu jak naszyjniki z kawałków koralowca oplatające patyk. Poranny cień zalegający pod miodłą miał te same właściwości co światło – był ostry i arogancki.

– Mamusiu, nie chcę więcej chodzić do szkoły – powiedziała w zamyśleniu.

– Dlaczego? – Wydaje mi się, że wszystko już wiem. Matka spojrzała na nią z ledwo zauważalnym wrogim zaskoczeniem. Dziecko, przemyślawszy swoje słowa, wróciło do bezpiecznego tematu siostry.

– Co twoim zdaniem tato zrobi z Dixie?

– Phi! Nie zawracaj swojej ślicznej główki takimi sprawami, do- póki nie musisz, jeśli to tym się martwisz.

– Gdybym była Dixie, nie pozwoliłabym mu się powstrzymać. Lubię Randolpha.

– Nie jest łatwo zdobyć wszystko, czego się zapragnie. Zbieraj się już, bo spóźnisz się do szkoły.

 

 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną