Fragment książki: „Kamienista ziemia”
Siwe włosy pani Rodenstein owiewały jej twarz, ale ona sama się nie ruszała. Siedziała na kamieniu i obiema rękami obejmowała strzelbę. Powinna ją wreszcie puścić. Strzelbę i wszystkie inne rzeczy.
materiały prasowe

Pani Rodenstein powinna usiąść przy swoim kuchennym stole, otulić ramiona kocem i wypić filiżankę herbaty. Clemencia powiedziała:

– Muszę panią przesłuchać i spisać zeznania.

Kolega Clemencii Tjikundu robił właśnie ostatnie zdjęcia miejsca zbrodni. Kiedy technicy kryminalistyczni dowiedzieli się, jak daleko od Windhuku leży farma, nagle okazało się, że wszyscy mają całą masę pilnych obowiązków. Dlatego Tjikundu musiał zabezpieczać ślady, które ewentualnie można było jeszcze znaleźć w zdeptanej suchej trawie wokół zwłok. Mundurowi koledzy z Karibib

podjechali swoim wozem aż do cysterny przy pompie solarnej. Stali teraz, czekając, kiedy będą mogli załadować zwłoki do auta. Clemencia zapytała:

– Pani Rodenstein?

– Może ja mógłbym pani pomóc? Byłem tu wczorajszej nocy – odezwał się farmer, który przedstawił się jako Gunnar Schroeder.

– Więc pan też pójdzie z nami – powiedziała Clemencia. W oddali wiatr siekł czerwonym piaskiem znad szczytu wzgórza. Piasek, kamienie, bezlistne kolczaste zarośla i sucha trawa, jak okiem sięgnąć. Kiedy mieszkało się w Windhuku, łatwo było zapomnieć, że reszta Namibii składa się właściwie tylko z czegoś takiego. Bezkresne puste połacie, na których śmierć wydawała się czymś bardziej naturalnym niż życie. Tylko że w śmierci człowieka, któremu głowę roztrzaskała kula, nie było niczego naturalnego. Zwłoki leżały dziwnie wygięte na ziemi. Na boku, z podciągniętymi kolanami.

Tjikundu skinął głową, dając znak Clemencii, i zaczął rozmawiać z policjantami w  mundurach. Gestykulował, wreszcie odwrócił się, potrząsając głową, i podszedł do Clemencii. Także dwójka policjantów zbliżała się powoli. Nie mieli noszy ani worka na zwłoki, niczego. Tjikundu

szepnął Clemencii na ucho:

– Specjalnie pytałem, czy mamy coś wziąć z Windhuku.

Policjanci nachylili się nad zwłokami i zaczęli je podnosić gołymi rękami. Wtedy pani Rodenstein wreszcie wstała z kamienia. Nawet nie spojrzawszy po raz ostatni na ciało męża, odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę domu. Clemencia, Tjikundu i Gunnar Schroeder poszli ścieżką za nią. Teraz wiatr wiał w plecy, tworząc wrażenie, że idzie się w dół, choć teren był płaski. W miarę zbliżania się do domu, drzewa rosnące wokół niego stawały się coraz większe. Zimowo nagie gałęzie jakarandy wznosiły się nad wiecznie zielonymi drzewami cytrynowymi, spomiędzy których prześwitywały bielone ściany budynku. Dach nad wielką werandą był podtrzymywany przez dwie wielkie kolumny. Przed nią rozpościerał się kawałek przystrzyżonej równo trawy, po której dumnie przechadzał się paw. Przy każdym kroku wyciągał głowę, jakby chciał coś wydziobać z ziemi. A potem sztywno przystawał.

Clemencia weszła za panią Rodenstein na schody werandy i próbowała szybko zorientować się w otoczeniu. Murowane palenisko braai*, wodociąg z kamiennym korytem, stojące tu i tam krzesła. Budynki gospodarcze leżały kawałek dalej z tyłu. Po lewej stronie wiatr szarpał wielkie plandeki rozpięte nad parkującymi samochodami. Stało tam pięć aut – pick-upy, ale był też citi golf.

Clemencia zrozumiała, że nie wszystkie należą do Rodensteinów, kiedy w długiej sieni domu zobaczyła dwóch kolejnych farmerów. Jeden nazywał się Haseney, drugi też miał jakieś niemiecko brzmiące nazwisko. Wszyscy stali przez chwilę, aż pani Rodenstein otworzyła drzwi do jednego z pokoi i gestem zaprosiła ich, by usiedli. Tjikundu zatrzymał się przy drzwiach. Clemencia przestawiła krzesło na krótszy bok stołu i po spojrzeniach mężczyzn zaraz zauważyła, że zrobiła coś niestosownego. Tutaj zapewne zwykł siadać pan domu.

Clemencia zajęła więc miejsce przy dłuższym boku stołu. W pomieszczeniu dominował otwarty, wymieciony do czysta kominek. Po przeciwległej stronie znajdowała się antyczna szafa. Ciemne drewno z kolorowymi szybkami. Na pasującej do niej witrynie stał gramofon z tubą koloru kości słoniowej. Radio obok zdawało się tu zupełnie nie pasować. Clemencia nie widziała nigdzie telewizora. Położyła notes na polerowanym blacie, a wtedy pani Rodenstein jak na komendę zaczęła mówić.

*

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną