Fragment książki „Dysforia”
Bo może ten debil nie wierzy też w pralki?, pytają. Niee, nie, aż tak beznadziejny nie jest.
materiały prasowe

Wszystko już wiadomo, jest postanowione, że pójdą razem do psychologa od związków, bo ona tego bardzo potrzebuje i wyraża potrzebę imperatywnie, natomiast on wcale nie wierzy w psychologów, jest cyniczny i nieprzychylny, ale chciałby, żeby ona poczuła się ważna i przestała ciągle narzekać. On w nich nie wierzy, mówi ona przyjaciółkom przy gruzińskiej wodzie mineralnej, bo kawę, herbatę i soki odrzuciła już dawno z powodu ich nadmiernej kwasowości; on mówi, że to jest nienaukowe. One prawie zawsze podejrzewały, że jest nienormalny – czekały na niezbity dowód; teraz wreszcie go mają – tuman nie wierzy w psychologów i trenerów osobowości, podczas gdy wszyscy wierzą, cały świat. Ona przy nim – ta zawsze taka najpiękniejsza i najpewniejsza siebie, najenergiczniejsza z ich trójcy świetnej na studiach – teraz przy nim poszarzała, zapuszcza powieki i brwi, a paznokcie, jak twierdzi, marszczą jej się od proszku do prania.

Bo może ten debil nie wierzy też w pralki?, pytają. Niee, nie, aż tak beznadziejny nie jest – ona pierze dziecku ręcznie dlatego, mówi, że żadna pralka nie wypierze tak delikatnie, to jest w końcu bardzo małe dziecko i musi mieć nieskazitelnie. Pokazuje im najnowsze zdjęcia dziecka w komórce, faktycznie dość udane dziecko, przez chwilę jest koleżeńska admiracja przy stoliku, wiele wysokich tonów, szczypta awersji, bo one wciąż nie mają dzieci, zegary im tykają nocami, gdy niechcący wzbudzi się gdzieś alarm samochodowy i nie da się już spać, w rozespane poranki przeszkadzają im ptaki – dlatego ta awersja, ale i prawdziwe westchnienia też. Ponieważ być może, tylko może, to znaczy przypuśćmy na chwilkę, że dobrze jej tak, że trafiła na takiego głąba jak ten jej kretyn, taka zawsze była najmądrzejsza z nich wszystkich i pełno jej było wszędzie na studiach, jakby miała jakiś motorek w dupie, panie profesorze i doktorze, to i tamto, łopot tych jej długich rzęs, to może ja referacik z własnej woli na interesujący literacko temacik?, czy może mi się pan wpisać na swojej najnowszej książeczce?, słuchajcie, są imieniny dziekana, zbieram po dwadzieścia na wodę po goleniu Davidoff, na whisky – więc niech ona się teraz szarpie z tym swoim imbecylem, być może zasłużyła sobie na niego, i z tym swoim okropnym dzieciakiem, który, prawdę mówiąc, ma prosięcą pustkę w twarzy i jakoś za długo nie rosną mu włosy, żeby mogło być rozwojowo wszystko w porządku.

One kiedyś były skłonne przypuszczać, że on jest znośny – na samym starcie, gdy był barwnie opierzony, bo o nią zabiegał, ubrany w wyszukany nieład, i oboje dość dużo pili, więc oczywiście dużo zapraszali; miło się chodziło gromadą po mieście od kawiarni do winiarni, piwiarni, wódkarni, do nowo otwartego szynku peerelowskiego, gdzie chodzili wtedy wszyscy liczący się w mieście, a wszystko było po pięć złotych, nieważne co – byle poniewierało, do wódki dawali śledzia z cebulą o nazwie w menu katolik za pięć bądź kurzęcą galaretkę o nazwie meduza, ona jeszcze wtedy jadła zwierzęta, nawet jadała tatara o poranku, z cebulką i jajkiem za pięć złotych, i miała te swoje cholernie pięknie zarysowane usta, pełne po matce, i te piękne swoje zęby, zadbane przez rodzciów od dziecka, w tłustym połysku od jajka, a te nogi podnosiła wysoko, kiedy siedziała, żeby było widać jej kostki, jak rzeźbione w alabastrze – naprawdę można było ją znielubić.

Ale spójrzcie teraz: ona płacze w najmniej spodziewanych momentach dnia. Dzwoni do mamy się pożalić na rzeczywistość. Miała mieć lekko, ma ciężko – biedactwo, wreszcie!; koleżanki podają chusteczkę do łez, obejmują, opierają o nią swoje czoła, wyciągają ją z kawiarni na świeże powietrze skwerku, niech ochłonie i na powrót nauczy się chodzić i myśleć samodzielnie, choć, prawdę mówiąc, powinno się ją właściwie pozostawić samą jako memento przy stoliku, nad mineralką, niech każda młoda suka sobie patrzy i widzi, co się stanie z kimś, kto miał zbyt udaną, jak na ten kraj, młodość, komu się wydawało, że uroda i inteligencja to są światłowody szerokopasmowe, to jest cwał przez

Avonlea w klonowy cień, komu się ubzdurało, że świat jest sprzymierzeńcem człowieka.

To znaczy: tyle się jej przecież przetłumaczało, że ten jej mongoł ją zniszczy, i żeby go odkopnęła zawczasu, ale czy ona w ogóle słuchała? A pamiętasz, jak cię ostrzegałyśmy, czy nie?, pytają one, wszystko było widoczne jak na dłoni i można się było spodziewać, myśmy to widziały, że to jest pojeb, tyle ci się mówiło, to po co byłaś taka głucha? To teraz masz, mówią. No, ale nie ma się czym martwić, mówią także i sadzają ją na ławce w parku; przy okazji odnotowując wzrokiem, że ona nie ma zrobionego pedikiuru i chyba jej się zepsuł depilator, a ten zapaszek to czyżby? Nieee; o cholera, a jeśli jednak? To jest zapaszek amoniakowy. Masz nas, mówią, kochamy ciebie, jesteśmy; i przytulają ją, ponieważ to nigdy nie było jej miasto, ona jest przyjezdna tutaj, choć też z miasta, ale z powiatu; czoła przytulają do jej mokrej twarzy; noo, a w tych okolicznościach, na ławce, w tym parku ratowniczym, ona, pozbawiona choćby zwykłego fa w kulce za piętnaście osiemdziesiąt – to już totalnie przestało być jej miasto, ona się tu jakby zgubiła.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną