Fragment książki „Udawajmy, że to się nie wydarzyło”
Jeśli łatwo obudzić w was obrzydzenie, to zalecam pominąć cały ten ustęp i przejść prosto do kolejnego rozdziału. Ewentualnie sięgnąć po inną książkę, mniej wstrząsającą niż niniejsza.
mat. pr.

Dzieciństwo: skrzyżowanie Davida Copperfielda z czasopismem „Broń i Amunicja”

Udało mi się ustalić kilka kluczowych różnic między moim dzieciństwem a młodzieńczymi latami właściwie wszystkich ludzi na tej pieprzonej planecie. Nazywam te różnice „Jedenastoma rzeczami, których większość ludzi nigdy nie doświadczyła, a nawet nie potrafiłaby sobie ich wyobrazić, ale które naprawdę mi się przytrafiły, bo najwyraźniej zrobiłam coś strasznego w poprzednim życiu i nadal za to pokutuję”. 

# 1 Większość ludzi nigdy nie stała wewnątrz martwego zwierzęcia, chyba żeby liczyć ten jeden raz, kiedy Luke Skywalker wczołgał się w tauntauna, żeby nie zamarznąć na śmierć – ale ja tego nie liczę, bo Gwiezdne wojny nie są filmem dokumentalnym. Jeśli łatwo obudzić w was obrzydzenie, to zalecam pominąć cały ten ustęp i przejść prosto do kolejnego rozdziału. Ewentualnie sięgnąć po inną książkę, mniej wstrząsającą niż niniejsza. Może coś o kociątkach. Albo o ludobójstwie.

Wciąż tu jesteście? Gratuluję. Idźmy dalej. Pamiętam, że jako dziecko oglądałam w telewizji The Cosby Show i kiedy rodzina Cosbych przygotowywała kolację, dziwiłam się, że nikt nie jest zakrwawiony – bo u nas w rodzinie właśnie tak wyglądałby typowy wieczór: mój ojciec jako zapalony myśliwy wchodził do domu z jeleniem przewieszonym przez ramię. Zrzucał go na stół w jadalni, a potem rodzice go kroili i wybierali wszystkie przydatne części, zupełnie jakby to była jakaś straszna piniata. Było to ohydne, ale nie znałam innego życia, więc sądziłam, że wszyscy robią to co my.

W tym wszystkim najdziwniejsze wydawało mi się to, że tylko mnie jednej w całym domu od zapachu jeleniej krwi zbierało się na wymioty. Rodzice próbowali mnie przekonać, że krwi nie czuć, ale są pieprzonymi łgarzami. Powiedzieli mi też, że mleko ma zapach, a to bzdura i jestem oburzona, że ich kłamstwa tak się rozprzestrzeniły. Mleko jest bezwonne. Krew nie. I myślę, że jestem tak wyczulona na woń martwego jelenia, bo kiedyś przypadkowo w jednego weszłam.

Miałam jakieś dziewięć lat i bawiłam się z siostrą w berka, podczas gdy ojciec czyścił jelenia. Zrobię tu krótki wtręt informacyjny na temat tego, co oznacza „czyścić jelenia”:

Czyszczenie jelenia – dla ludzi będących wrażliwymi członkami Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami Weźcie trochę ciepłej wody i szampon dla niemowląt; delikatnie wmasujcie w sierść jelenia. (Namydlcie i spłuczcie, ale tylko jeden raz, nawet jeśli na butelce napisano, żeby zrobić to dwukrotnie, bo to tylko taki chwyt, żeby sprzedać więcej szamponu). Wysuszcie jelenia suszarką ustawioną na chłodny nawiew, a potem między rogami przyklejcie mu kokardkę. Odprowadźcie zwierza z powrotem do lasu, żeby spotkał jakąś miłą żydowską łanię z dobrej rodziny. Przejdźcie do kolejnego rozdziału.

Czyszczenie jelenia – dla ciekawych, tolerancyjnych czytelników, którzy naprawdę chcą wiedzieć, jak to się robi (i którzy nie są członkami Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami udającymi ciekawych, tolerancyjnych czytelników, a tak naprawdę pragnącymi oblać mnie krwią, gdy podpisuję swoje książki na kiermaszach). Czyszczenie jelenia polega na przywiązaniu przednich i tylnych nóg zwierzęcia do urządzenia przypominającego stojak do suszenia prania, dzięki czemu jeleń wygląda jak cheerleaderka pokazująca literę X. Następnie rozpruwa mu się brzuch i wszystko co niepotrzebne wypada. Na przykład genitalia. Albo jelita.

Czyszczenie jelenia – dla ludzi, którzy na co dzień czyszczą jelenie Niesamowite, prawda? Możecie uwierzyć, że są ludzie, którzy takich rzeczy nie wiedzą? Trudno dać wiarę. To pewnie ci sami ludzie, którzy na flaki mówią „jelita”. Słuchajcie, wszyscy wiemy, że to flaki. Używanie bardziej eleganckich słów nie sprawia, że robią się mniej obrzydliwe. Tak czy inaczej, tata właśnie skończył czyścić jelenia, kiedy jak ninja dałam susa w tył, żeby nie dać się złapać siostrze – i właśnie wtedy wleciałam do wnętrza jelenia. Chwilkę trwało, zanim się zorientowałam, co się stało; stałam jak wryta – zupełnie nie jak ninja. Najlepiej mogę to opisać, mówiąc, że miałam na sobie sweter z jelenia. Niektórzy wybuchają na to śmiechem, ale to nie jest wesoły śmiech. To raczej niekontrolowany nerwowy chichot w stylu „ożeż ty!”. Pewnie dlatego, że raczej nie nosi się swetrów z jelenia. Raczej się też wewnątrz nich nie rzyga – co nie znaczy, że to się nie zdarza.

Chciałabym móc stwierdzić, że ojciec wyrzucił tego jelenia – bo jestem raczej pewna, że nie należy spożywać jedzenia, które się nosiło albo w które się wymiotowało. Ale spłukując mnie pod szlauchem, spłukiwał też jelenia, więc podejrzewam, że zastosował jakąś debilną, myśliwską wersję zasady pięciu sekund. (Jedzenie z podłogi nadal nadaje się do jedzenia, jeśli się je podniesie w ciągu pięciu sekund. 

Chyba że to masło orzechowe – wtedy zasada pięciu sekund nie obowiązuje. A jeśli to sucharek, to zasadę pięciu sekund można przedłużyć do – plus minus – półtora tygodnia, bo powiedzmy sobie szczerze: co może się zalęgnąć w sucharku? Nic, absolutnie nic. Rany, mogłabym napisać całą książkę o zasadzie pięciu sekund. To by nawet mogła być druga część niniejszej: Zasada pięciu sekund w zastosowaniu do produktów spożywczych. Genialne. Ale tymczasem zapomniałam, o czym pisałam. A tak, o rzyganiu wewnątrz jeleniego swetra. Już pamiętam). Właśnie dlatego posądzam ojca, że zabrał tak odrażająco zbezczeszczony jeleni sweter do domu na kolację. Tylko że ja go nie jadłam, bo od czasu tego zajścia od zapachu krwi robi mi się niedobrze i do dziś nie mogę jeść żadnego mięsa, które widziałam lub wywąchałam w stanie surowym – na co mój mąż się ciągle skarży, ale dopóki on sam nie znajdzie się w jelenim swetrze, może się, kurczę, zamknąć. Twierdzi, że to wszystko sobie ubzdurałam, ale to nieprawda i nawet zaproponowałam, żeby zrobić ślepy test, jak w konkursie Pepsi – będzie mi podtykał pod nos miski krwi, a ja udowodnię, że czuję jej zapach. Ale odmówił. Pewnie dlatego, że ma obsesję na punkcie naszych misek. Nawet mi nie dał do żadnej zwymiotować, jak mi się zrobiło niedobrze. Tylko się upierał:

– Rzygać do miski? Kto rzyga do miski?!
– Ja rzygam do miski. Wszyscy rzygają do misek. Trzymasz miskę pod ręką na wypadek, gdybyś nie zdążył do kibla! – wyjaśniłam.
– Nie, od tego są kubły na śmieci.
– Popierdoliło cię?! Nie będę rzygać do kubła na śmieci. To barbarzyństwo.
– Tak robią normalni ludzie! – wrzasnął.
– Tak upada cywilizacja! – krzyknęłam.

A potem nie odzywałam się do niego przez resztę dnia, bo zmusił mnie do krzyku, kiedy mnie mdliło. Zauważyliście, jak od razu przeszłam do męża, choć ten rozdział ma być o dzieciństwie? Mój Boże, to będzie okropna książka. Ale obie historie dotyczą krwi i wymiotów, więc to dość niesamowite. Chociaż może nie tyle „niesamowite”, ile raczej po prostu „ponure” i „niepokojące”.

# 2 U większości ludzi w domu z kranu nie leci trująca woda. Większość ludzi nie dostaje listów od rządu, żeby nie pić trującej wody z domowego kranu, bo do ich studni wyciekł niebezpieczny radon. Zresztą większość ludzi w ogóle nie czerpie swojej trującej wody ze studni. Troskliwi krewni wypytywali moją matkę, czy to nie nazbyt ryzykowne, że ja i moja siostra mamy kontakt z tym całym radonem, ale ich zbyła.

– Och, nie przełknęłyby tego nawet, gdyby chciały. Natychmiast by zwymiotowały. To aż tak trujące. Więc, rozumiecie, nie ma się czym przejmować.

Po czym kazała nam się w tej wodzie kąpać i myć zęby. Mama wyznawała teorię, że „co nas nie zabije, to nas wzmocni” – do tego stopnia, że wydawała się kusić świat, żeby nas zabił. Ta metoda sprawdziła się na mojej siostrze, która ani przez jeden dzień w życiu nie była chora i należy do tego gatunku kobiet znad Amazonki, które potrafią kucnąć w polu, urodzić dziecko, złapać niemowlaka i dalej kosić płonące pole – ona pewnie rzuciłaby tylko: „Pierdolę ten ogień!”, i przeszła przez płomienie jak ten przerażający robot w Terminatorze. Jej dziecko byłoby ognioodporne i tylko by skopało płomienie jak mały bandzior. Próbowałam wyrobić w sobie taką nadludzką siłę, ale co parę miesięcy przechodzę takie czy inne załamanie albo łapię jakąś dziwną chorobę, na którą zapadają tylko zwierzęta. Jak wtedy, kiedy zachorowałam na ludzką odmianę parwowirozy, która naprawdę istnieje i nie jest, kurna, przyjemna. Albo kiedy się czesałam, usłyszałam cichy trzask w karku i zaczęło mnie tak boleć, że ledwie mogłam oddychać.

Pojechałam do pracy, prawie mdlejąc z bólu – i z braku tlenu. Gdy dotarłam na miejsce, bolało mnie tak strasznie, że nie mogłam nawet ruszać ustami i mówić, więc napisałam na karteczce „ZŁAMAŁAM KARK”, a mój oszołomiony kolega z biura zawiózł mnie do szpitala. Okazało się, że wypadł mi dysk, a lekarz dał mi broszurkę o przemocy domowej i wypytywał, czy ktoś w rodzinie robi mi krzywdę – bo najwyraźniej większość ludzi nie dorabia się dyskopatii od energicznego czesania. Ja wolę myśleć, że większość ludzi po prostu nie czesze się tak entuzjastycznie jak ja.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną