Fragment książki „Wszystkie ziarna piasku”
Siedzę i słucham uważnie. Zadziwia mnie przewidywalność argumentów.
Wydawnictwo Czarne/mat. pr.

Auto parkuje gdzieś w zakamarku między domostwami. Zastanawiam się, gdzie dojechaliśmy, bo nie widzę niczego, co by mogło być komisariatem czy biurem. Panowie prowadzą nas do jakiegoś obskurnego budynku, który wziąłem za ruinę. Długie ciemne schody na piętro, potem korytarz, w nim kilku krzątających się ludzi, w końcu mały gabinet, w nim biurko, fotel i portret króla na ścianie. Na podłodze dokoła biurka pełno segregatorów, akt, teczek, zeszytów. Na szczęście nie ma komputera – to daje nadzieję, że przepływ informacji między wydziałami nie jest zbyt szybki. Kierowca proponuje, bym usiadł na fotelu za biurkiem, Hamzę sadza w rogu na krześle. Dobra, bawmy się – myślę sobie i rozsiadam się w miękkim biurowym fotelu, jakbym był we własnym biurze, i uśmiecham się do portretu króla. Zerkam na Hamzę, ten zupełnie skupiony dyskretnie lustruje ściany, żując patyk do czyszczenia zębów. Potem powie mi, że szukał kamer. Ale nie znalazł. Wyjmuje papierosy z kontrabandy, częstuje funkcjonariuszy. Jeden z nich, patrząc na paczkę bez banderolki, mówi:

 – To chyba niezdrowe, Hamza, nie wydaje ci się?

Po czym wyjmuje papierosa z własnej paczki.

 – Tu wszystko jest niezdrowe. Nie wydaje ci się? – Hamza odpala papierosa.

Zamieszanie. Różni funkcjonariusze, wszyscy bez mundurów, po cywilnemu, wchodzą i wychodzą, oglądają mój paszport, spisują, wertują jakieś teczki, dokumenty. W końcu przychodzi jeden z aparatem fotograficznym i prosi, bym ustawił się do zdjęcia. Takiego na tle tych numerków, en face, lewy profil, prawy profil, tabliczka z nazwiskiem w rękach? – myślę sobie. Potem pewnie roześlą je na lotniska z dopiskiem: „Tego pana już nie wpuszczamy”. Ustawia mnie pod ścianą. Portret będzie piękny, po lewej król, po prawej paprotka i ja. Cały w bieli.

 – Chce pan, żebym się uśmiechnął, zrobił jakąś minę? – pytam, ale pan z aparatem nie zna się na żartach i nawet nie odpowiada. Widzę kątem oka, jak Hamza dusi w sobie śmiech. Pan z aparatem pstryka kilka zdjęć, z fleszem i bez, po czym wychodzi bez słowa.

Teraz wchodzi następny, już po zamaszystym kroku widać, że szef. Hamzę zabierają do innego pokoju, a ja znów przypominam sobie, że nie ustaliliśmy wspólnych zeznań. Zostajemy sami, ja oraz wysoki, gruby funkcjonariusz w przepoconej koszuli. Bujam się na fotelu, by rozładować rosnące napięcie. On zaczyna rozmowę bez zbędnych ceregieli.

 – Przyjechał pan do naszego kraju jako turysta – mówi szybkim, zdenerwowanym głosem – czemu więc pracuje pan jako dziennikarz? Był pan wczoraj na spotkaniu politycznym, na spotkaniu wrogich naszemu krajowi separatystów. Tak nie zachowuje się turysta. Tak zachowuje się dziennikarz. Kim pan jest?

Przez chwilę myślę, jaką strategię przyjąć w obecnej sytuacji i co odpowiedzieć. Rozkładam ręce i z szerokim uśmiechem odpowiadam:

 – Jakim spotkaniu politycznym? Przepraszam, chyba nie wiem, o czym pan mówi. Byłem, owszem, na spotkaniu, kolega Hamzy zaprosił nas na herbatę, coś w tym złego? – mówię po angielsku. Jego angielski jest słabszy, odpowiada mi więc po francusku, co mnie cieszy, bo pozostawia przestrzeń do ewentualnych nieporozumień.

 – Proszę pana – odchyla się na krześle, strużki potu spływają mu po twarzy – my naprawdę wszystko wiemy. Gdzie pan był. Z kim pan był. Wiemy też, kto był z panem w domu Ahmeda Hammada. I wiemy, o czym rozmawialiście.

 – Ahmeda Hammada, no tak, on chyba miał tak na imię, faktycznie.

 – Czy jest pan świadom, w jakiej sytuacji się pan znalazł i co panu grozi? Zadeklarował pan jako cel swojej wizyty turystykę, tymczasem jest pan po prostu dziennikarzem i spotyka się pan z separatystami. – Zaczynam dochodzić do wniosku, że nawet mi miło, że mnie nazywają dziennikarzem, jaka nobilitacja.

 – Separatystami? To oni chcą coś odłączyć od Maroka? – Głupota jest zawsze najlepszą obroną. – Zupełnie nie wiedziałem. To tacy mili ludzie byli.

 – My tu szanujemy prawo, proszę pana, szanujemy prawa człowieka, szanujemy wolność słowa i nietykalność osobistą. Tu panują takie same zasady jak w każdym innym kraju.

Chyba trochę wyprowadziłem go z równowagi. Jego tupet jest wręcz onieśmielający, on to mówi na poważnie.

 – Czy pan byłby zadowolony, gdybym przyjechał do pańskiego kraju i spotykał się z separatystami po kryjomu?

Retoryka funkcjonariusza zaczyna mnie przerastać i powoli czuję, że zaraz nie wytrzymam. Spuszczam wzrok i ku swojemu zadowoleniu widzę, że mam na sobie koszulkę z napisem „Let’s settle this like adults” i wymowną ilustracją.

 – Mogę pana zapewnić, że jak pan kiedyś przyjedzie do mojego kraju jako turysta, dziennikarz, policjant czy ktokolwiek inny, a ja pana serdecznie zapraszam, to będzie pan mógł się spotkać i rozmawiać, z kim pan chce, gdzie pan chce i jak pan chce. Proszę wpaść. Naprawdę.

Nagle rozmowa przyjmuje inny obrót. Funkcjonariusz wzdycha i mówi, teraz już spokojnie:

 – Są tutaj elementy… sytuacja tutaj jest… dość skomplikowana, tak to nazwijmy. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie tolerujemy tutaj obcokrajowców, którzy ingerują w nasze wewnętrzne sprawy, w politykę. A pan to właśnie robi. My naprawdę chcemy dobrze, może mi pan wierzyć lub nie. Król kocha Saharę z całego serca. Kocha też Saharyjczyków, bo to nasi bracia. Jak tu przyszliśmy w 1975 roku, to tu nie było nic. Piach i pustynia. Wszystko, co pan widzi dokoła, zbudowaliśmy my. Dzięki nam Sahara rozkwita. Odzyskaliśmy w końcu nasze pradawne ziemie.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną