Muzyka

Druga pierwsza dama

Recenzja płyty: Beyonce, "4"

materiały prasowe
Niebezpiecznie zbliża się do Whitney Houston.

Gdy Michelle Obama jest Pierwszą Damą, Beyoncé Knowles w roli pierwszego głosu amerykańskiej popwokalistyki wydaje się wyborem oczywistym. Może dlatego Obama wykorzystała utwór tej ostatniej w swojej nowej kampanii społecznej promującej tężyznę fizyczną. W istocie Beyoncé była pierwsza na listach przebojów także w czasie poprzedniej prezydenckiej kadencji, a „tężyzna” to zbyt brzydkie słowo, żeby opisać jej świetną formę.

W galopadach wokalnych na nowej płycie, towarzyszących dość dramatycznym i pompatycznym utworom, niebezpiecznie zbliża się jednak do Whitney Houston, co z pewnością zauważą ci, którzy kibicują jej od czasów grupy wokalnej Destiny’s Child. Sam się do nich zaliczam i odnotowuję to wszystko z niepokojem – wolę Beyoncé w repertuarze funkującym, pulsującym, zwyczajnie rozrywkowym, reprezentowanym tu przez „Party” (na płycie to duet z André 3000, produkowany przez Kanye Westa) oraz rewelacyjne „End of Time”. A nade wszystko – w repertuarze nowocześniejszym, bo pod tym względem bywało już lepiej.

Beyonce, 4, Sony Music

Polityka 28.2011 (2815) z dnia 07.07.2011; Afisz. Premiery; s. 63
Oryginalny tytuł tekstu: "Druga pierwsza dama"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Łętowska kontra syndyk spółdzielni. Szykuje się ciekawy i ważny proces

Prof. Łętowska: Tu nie chodzi o tych 550 zł, których domaga się ode mnie syndyk. Chętniej dam trzy razy tyle na cele dobroczynne, niż pójdę jak baran ciągnięty na rzeź w procederze ułatwiającym różnym cwaniakom wzbogacanie się.

Violetta Krasnowska
20.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną