Recenzja płyty: Artur Rojek, „Składam się z ciągłych powtórzeń”

Trzeba się obnażyć
Duża i ważna płyta.
materiały prasowe

Utwór „Beksa” na trzy tygodnie trafił na szczyt Listy Przebojów Trójki, potwierdzając, że publiczność na solową płytę Artura Rojka czekała. I że ważna dla niej była szczera muzyczna wypowiedź lidera Myslovitz – wprost, bardziej osobista i bez zasłaniania się zespołem. Co jednocześnie uruchomiło hejty i żarty w sieci – bo „Beksa” jako tekst o wrażliwcu jest równie łatwym celem co Maria Peszek z wyznaniami o depresji. Najwyraźniej jednak nie ma dziś w muzyce popularnej sukcesu bez takich napięć. ­„Składam się z ciągłych powtórzeń” to najważniejsza płyta Rojka od czasów „Uwaga! Jedzie tramwaj” Lenny Valentino. Oparta na dwóch emocjonalnie potężnych filarach (drugim jest „Czas, który pozostał”), przynosi szereg odniesień do wspomnień z dzieciństwa – na ten trop naprowadzają i konkretne wydarzenia opisywane w tekstach, i jeszcze dziecięcy chórek. Z całą pewnością nie była to płyta łatwa. Rojek jako wokalista brzmi tu inaczej, wpada momentami w nieco neurotyczny ton, a i muzycznie wędruje w nowe dla siebie rejony, bliższe chwilami syntezatorowego popu niż rocka. W każdym razie – wbrew tytułowi – oznacza to z jego strony brak powtórzeń. Z pewnością swój udział miał w tym producent Bartosz Dziedzic i jest to już druga – po albumie Pustek – duża i ważna płyta, do której w tym roku przyłożył rękę.

 

Artur Rojek, Składam się z ciągłych powtórzeń, Kayax

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną