Muzyka

Pink, nie Floyd

Recenzja płyty: Ariel Pink, „Pom Pom”

materiały prasowe
Każda z piosenek słuchana z osobna to przyjemność dla każdego, a ich komplet to głęboka podróż przez estetykę XX-wiecznej muzyki popularnej.

Pewne radio, które reklamowało się hasłem „Najlepsza muzyka lat 60., 70. i 80.”, mogłoby sobie – w ramach oszczędności – kupić tę płytę. I nadawać zawarte na niej 17 piosenek non stop w kolejności losowej. Zasadniczo „Pom Pom” 36-letniego Kalifornijczyka Ariela Rosenberga (znanego lepiej jako Ariel Pink) brzmi bowiem jak kompilacja największych przebojów jakiegoś artysty, który te trzy dekady przeżył. Ale który też, choć dorastał w ojczyźnie hipisów, miał dystans do wszystkiego, co wydarzyło się po drodze, i potrafił jak kameleon dostosować się do każdej konwencji, zatrzymując się na krawędzi żartu. Takie zdolności muzycznej mimikry autor płyty prezentował już wcześniej. Tu jednak doprowadził do perfekcji, nie tylko bawiąc się stylistyką melodii dawnych hitów z list przebojów, niczym kiedyś Frank Zappa, ale też doskonale oddając ich lekko podstarzałe brzmienie – już bez dystansu, z czystej miłości. Ariel Pink zrobił sztukę z rozrywki: każda z piosenek słuchana z osobna to przyjemność dla każdego, a ich komplet to głęboka podróż przez estetykę XX-wiecznej muzyki popularnej dla zainteresowanych.

 

Ariel Pink, Pom Pom, 4AD

Polityka 47.2014 (2985) z dnia 18.11.2014; Afisz. Premiery; s. 77
Oryginalny tytuł tekstu: "Pink, nie Floyd"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną