Recenzja płyty: Martin L. Gore, „MG”

Nie gorszy Gore
Autor jest mistrzem syntezy dźwięku i perfekcjonistą w tej dziedzinie.
materiały prasowe

Lider grupy Depeche Mode nie rozpieszczał swojej publiczności nagraniami solowymi. Jednak te, które przez lata proponował – konkretnie dwie części cyklu „Counterfeit” z utworami innych autorów w swoim wykonaniu – były dobrej jakości. Efekt niezadowalający przyniosła za to jego współpraca z Vince’em Clarkiem (jako VCMG) sprzed trzech lat, kiedy to obaj próbowali błysnąć albumem wypełnionym nowoczesną muzyką elektroniczną. „MG” jest czymś pomiędzy – płytą instrumentalną o równie elektronicznym charakterze, ale już solową, poza tym bardzo filmową. Momentami wręcz narracyjną, choć to opowieść bez słów. Album Martina L. Gore’a potwierdza, że autor jest mistrzem syntezy dźwięku i perfekcjonistą w tej dziedzinie. Ale potwierdza się też, że najlepszy jest Gore w piosenkach, kiedy maszyny służą mu tylko za tło dla form wymagających pewnej dyscypliny i wykorzystujących ludzki głos. I jak nie przesadza się starych drzew, tak biegłych kompozytorów muzyki rozrywkowej nie sprzedaje się po latach jako awangardy.

Martin L. Gore, MG, Mute

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną