Recenzja płyty: Dr. Dre, „Compton”

Prosto z Compton
Gęsta od pomysłów i bardzo fabularna płyta.
materiały prasowe

Autor tej płyty to legendarna postać amerykańskiego hip-hopu: niegdyś członek grupy N.W.A., raper i producent współodpowiedzialny m.in. za sukcesy Eminema czy 50 Centa. Skuteczny biznesmen – słuchawki założonej przez niego firmy Beats, którą niedawno za zawrotną sumę kupił Apple, nosi się masowo także na ulicach polskich miast. Jednak jako artysta solowy Dr. Dre przez kilkanaście lat milczał, od dawna zapowiadając ten ostatni album. „Compton” to pełne fajerwerków pożegnanie z solową karierą. Hołd dla samego autora – bo w niemal każdym utworze mamy tu gwiazdę z czołówki listy bestsellerów: Eminem, Ice Cube, Jill Scott, Snoop Dogg. W głowie się kręci. I hołd dla miasta – to kolejna opowieść o Compton, kolebce kalifornijskiego rapu, teraz słynnym również jako miejsce urodzenia Kendricka Lamara (też pojawia się na płycie). Dre chce przeznaczyć zyski z płyty na zbudowanie tu wielkiego ośrodka artystycznego, co pewnie ostatecznie go unieśmiertelni jeszcze przed pięćdziesiątką. Nie da się jednak nie zauważyć podskórnej rywalizacji z Lamarem – to on jest nowym królem Compton. Gęsta od pomysłów i bardzo fabularna płyta dokumentuje więc paradoksalnie moment zwrotny, gdy funkowe podkłady z charakterystycznymi partiami fortepianu Dr. Dre przestają być tym czymś, wokół czego kręci się amerykański hip-hop.

Dr. Dre, Compton, Interscope

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną