Recenzja płyty: Mamadou&Sama Yoon, „Umbada”

Oto Afryka!
Powstała płyta ciekawie niejednorodna, trochę patchworkowa, ale też osobliwie spójna, jak współczesna Afryka.
materiały prasowe

Mamadou Diouf, senegalski muzyk od 30 lat mieszkający w Polsce, już dawno temu dał się poznać, choćby dzięki swoim występom z Voo Voo czy z zespołem Tam Tam Project. Bywał perkusjonistą, recytował swoje wiersze. A jednak tak naprawdę dopiero teraz odkrywamy Mamadou wokalistę, frontmana zespołu, mistrza muzycznej ceremonii. Płyta „Umbada” nawet dla dobrych znajomych Mamadou jest niespodzianką, bo znany z melorecytacji subtelny głos zamienia się tutaj w głęboki, dynamiczny wokal znakomicie korespondujący z bębnami, dęciakami i klawiszami. Piosenki śpiewane są w języku wolof, ale coś musi być w brzmieniu tej afrykańskiej mowy, że na jakimś piętrze abstrakcji, kiedy dajemy się ponieść muzyce, nagle rozumiemy i sens tekstu. Najpewniej działa tu magia podobna do tej, która przed laty sprawiła, że świat zachwycił się afrobeatem. „Umbada” na pewno sporo zawdzięcza nigeryjskim prekursorom, ale Mamadou i jego polscy muzycy (swój gościnny głos ma tu m.in. Pablopavo) wnoszą tu mnóstwo własnej oryginalnej inwencji – senegalskiej, warszawskiej, jazzowej, reggae. I w ten sposób powstała płyta ciekawie niejednorodna, trochę patchworkowa, ale też osobliwie spójna, jak współczesna Afryka.

Mamadou&Sama Yoon, Umbada, For Tune

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną