Muzyka

Miłość i otwartość

Recenzja płyty: De La Soul, „And the Anonymous Nobody”

materiały prasowe
Po ponad dziesięciu latach zasłużona dla hip-hopu grupa nagrała płytę, jakiej oczekuje się od gigantów gatunku.

Choćby nawet nie wszyscy byli skłonni w roli gigantów widzieć właśnie trio De La Soul, słynące z otwierania rapu na jazz, nieszablonowej hipisowskiej otoczki czy poczucia humoru. Na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu, epatującym buntowniczymi i gangsterskimi nastrojami, rap spod znaku „miłości i pokoju” brzmiał idealistycznie i pachniał rynkową niszą. Dobrze pamiętany przez koneserów i krytykę zespół ten rynkowe sukcesy ma więc dawno za sobą. Żeby zebrać pieniądze na nową płytę, musiał urządzać zbiórkę funduszy wśród fanów, co zaowocowało pierwszą niespodzianką – zamiast planowanych 110 tys. dol. zebrali ponad 600 tys.

Zaskakująca pod względem poziomu jest też sama długa (17 utworów) płyta, która przeróżne gatunki i nastroje – od słodkiego soulu po rock – splata wspólnym mianownikiem potężnego basu. W osiągnięciu tej różnorodności pomagają goście, tak różni jak Jill Scott, Snoop Dogg, David Byrne i Damon Albarn. Ten ostatni z dobrym efektem spłaca w „Here in After” dług za udział De La Soul w nagraniu jego płyty Gorillaz, za którą równo dziesięć lat temu razem dostali Grammy.

De La Soul, And the Anonymous Nobody, A.O.I.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Najciekawsze książki na maj 2019 (i trochę na Dzień Dziecka)

Proponujemy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane.

Sebastian Frąckiewicz
22.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną