Recenzja płyty: New Rome, „Somewhere”

Wehikuł nastroju
Nagrywając ten rewelacyjny album, autor zrealizował zamierzenie o powrocie do przeszłości we własnej, wcześnie rozpoczętej karierze.
materiały prasowe

Muzyka ambient kojarzy się z czymś statycznym i prostym, tłem, nawet tapetą dźwiękową. Ale stała się dziedziną pod każdym względem złożoną, bo dzięki nowej technologii można – niczym farbę w malarstwie – nakładać na siebie kolejne warstwy elektronicznych faktur. W ten nurt, już nie po raz pierwszy, ale chyba najdonioślej, wpisuje się Tomasz Bednarczyk, czyli New Rome. Wpisywał się już w różne konwencje muzyczne, popisywał za granicą, a na chwilę wypisał z muzyki w ogóle, ale warsztat producenta i wyobraźnię dźwiękową ma wyjątkowe. Na „Somewhere” pokazuje, że ambient bywa wehikułem dla emocji, które spotyka się raczej w muzyce poważnej. W ten sposób unosi słuchacza majestatyczne crescendo „Inflow”. Ale już syntezatorowe plamy utworu tytułowego mogłyby być świetną ilustracją dla jakiejś opowieści w stylu serialu „Stranger Things”, w której mroczną tematykę ociepla wspomnienie czasów dzieciństwa. A to pozwala uwierzyć, że nagrywając ten rewelacyjny album, autor zrealizował zamierzenie o powrocie do przeszłości we własnej, wcześnie rozpoczętej karierze.

New Rome, Somewhere, Instant Classic

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną