Paszporty POLITYKI

Architektury nie trzeba przekonywać

Rozmowa z Nicolasem Grospierre’em

Nicolas Grospierre ur. w 1975r. w Genewie. Studiował nauki polityczne w Paryżu i  Londynie, od 1999r. mieszka w Warszawie. Zajmuje się fotografią, zaliczany do tzw. nowych dokumentalistów. Nicolas Grospierre ur. w 1975r. w Genewie. Studiował nauki polityczne w Paryżu i Londynie, od 1999r. mieszka w Warszawie. Zajmuje się fotografią, zaliczany do tzw. nowych dokumentalistów. Dzięki uprzejmości BWA Warszawa
Dla mnie modernizm, a szczególnie modernizm w architekturze, jest ucieleśnieniem najbardziej szlachetnej idei w dziejach ludzkości – postępu - mówi Nicolas Grospierre, laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie sztuk wizualnych.
„Zdjęcie które rośnie, ujęcie 536”, 2011 r.Dzięki uprzejmości BWA Warszawa „Zdjęcie które rośnie, ujęcie 536”, 2011 r.
„Biblioteka”, 2006 r.Dzięki uprzejmości BWA Warszawa „Biblioteka”, 2006 r.

Piotr Sarzyński: – Zanim porozmawiamy o sztuce, ustalmy pewne fakty biograficzne. Jest pan Szwajcarem czy Francuzem?
Nicolas Grospierre: – W Szwajcarii się tylko urodziłem. Mój ojciec jest Francuzem, matka – Polką. Do 22 roku życia mieszkałem w Paryżu. Wychowywałem się w kulturze francuskiej, ale od dzieciństwa miałem też kontakty z Polską. W domu z matką rozmawialiśmy w jej ojczystym języku, jako dziecko często jeździłem do Polski na wakacje. Nawet na maturze jako jeden z przedmiotów zdawałem język polski. Jedna z moich prac magisterskich dotyczyła kwestii inteligencji i jej zmian w postkomunistycznej Polsce, a druga – roli KRRiT w budowaniu demokracji w Polsce.

W początkach pana drogi zawodowej nic nie wskazywało na dalszą karierę artystyczną.
To prawda. Najpierw skończyłem studia politologiczne w Paryżu, później studiowałem w London School of Economics. Po studiach, ze względu na zainteresowania zawodowe i rodzinę, miałem ochotę popracować w Polsce. Ciekawa oferta przyszła z Canal Plus. Myślałem, że ta przygoda potrwa dwa–trzy lata. A trwa do dziś.

Poszedł pan w ślady siostry.
A dokładnie siostry przyrodniej, Nicole. Tak, ona przyjechała do Polski na chwilę pod koniec lat 70. Miała tu odpocząć przez parę miesięcy. I została. Ma czworo dzieci i dwoje wnuków, a jej mężem jest znany muzyk alternatywny Słoma Słomiński. Do dziś wiodą na wsi taki neohipisowski tryb życia.

Domyślam się, że w Canal Plus wytrzymał pan niedługo.
Zdziwi się pan, ale zostałem tam na ponad 10 lat, odszedłem ostatecznie dopiero w 2009 r. Fakt, że tylko rok wytrzymałem na pełnym etacie, a później na pół, a nawet ćwierć etatu. Szybko zdałem sobie sprawę, że praca w firmie komercyjnej to nie dla mnie. Na początku miałem nadzieję, że koncern medialny da mi szansę, by przekazać coś ludziom. Ale do tego trzeba być dziennikarzem, a nie urzędnikiem – trybikiem w wielkiej maszynie. Szefowie poszli mi jednak bardzo na rękę, a ja starałem się sumiennie wypełniać obowiązki i godzić swą funkcję sekretarza rady nadzorczej z fotografowaniem.

Jest pan znany z fotografowania architektury, ale zaczynał pan od portretowania ludzi.
Mój pierwszy projekt polegał na sfotografowaniu członków społeczności w Kamionce, do której należała też moja siostra z rodziną. Postawiłem sobie utopijne założenie: wierzyłem, że moimi zdjęciami wpłynę na to, by grupa znów się zintegrowała. Sfotografowałem wszystkich z osobna, a później – wspólnie. Na zakończenie była wprawdzie wielka, wspaniała, wspólna balanga, ale mój pomysł okazał się nierealny. Nie pociągnął za sobą żadnych konsekwencji na poziomie tożsamości grupy. W tym sensie był rozczarowujący. Ale artystycznie chyba się udał. Później moje zdjęcia były pokazane na wystawie w Teatrze Academia, a Dorota Jarecka z „Gazety Wyborczej” napisała bardzo przychylną recenzję.

I to pana ośmieliło, by działać dalej.
Zostałem dostrzeżony. Zabrałem się więc za drugi projekt. Dotyczył społeczności więźniów i strażników. O ile osadzonych nie było trudno przekonać do pozowania, o tyle ze strażnikami było to niemal niemożliwe. Co dwa tygodnie, przez cały rok, jeździłem z Warszawy do krakowskiego więzienia, by dokończyć zdjęcia. Ten projekt wyczerpał mnie psychicznie i emocjonalnie, był moment, że znienawidziłem Kraków. I znowu efekt artystyczny okazał się udany, ale na pewno nie równoważył włożonej weń energii.

Mimo to podjął pan jeszcze jedną próbę.
Myślałem tak: w pierwszym projekcie pokazałem ludzi, którzy wybrali wolność, w drugim – tych, którzy ją tracili wbrew swej woli, choć z własnej winy. W trzecim chciałem skupić się na tych, którzy dobrowolnie skazują się na izolację i ograniczenie wolności – na mieszkańcach złotych gett, czyli grodzonych osiedli. Jednak przekonywanie ich do pozowania było już ponad moje siły i zrezygnowałem. Zająłem się więc architekturą, która się nie rusza i nie trzeba jej namawiać do pozowania.

A uściślając: architekturą modernistyczną. Skąd ten wybór?
Dla mnie modernizm, a szczególnie modernizm w architekturze, jest ucieleśnieniem najbardziej szlachetnej idei w dziejach ludzkości – postępu. Niestety, ta idea poniosła porażkę, ale przegrana nabrała pewnej szlachetności właściwej upadłym ideałom. To mnie bardzo wzrusza, zarówno w warstwie estetycznej, jak i ideologicznej. Moje prace mogą być odbierane jako forma krytyki modernizmu, ale muszę zaznaczyć, że nie jest to krytyka wynikająca z niechęci. To raczej konstatacja, próba pokazania, że coś się zepsuło. Albowiem z ideami postępu się utożsamiam, wierzę w nie i tęsknię za nimi.

Czasami wybór tematu wydaje się oczywisty, jak np. zewsząd nas otaczające bloki z wielkiej płyty czy biurowce typu Lipsk. Ale np. skąd pomysł uwieczniania przystanków autobusowych na Litwie?
Z przypadku, z uważnego przyglądania się otoczeniu. Na Litwie byłem z żoną na urlopie. Podróżując zauważyłem ciekawy modernistyczny przystanek. Później drugi, trzeci, a każdy inny. Pomyślałem: to temat wart sfotografowania. Podobnie było, gdy w 2000 r. podróżowałem po Syberii i natknąłem się na monumentalną architekturę radziecką.

Formalnie pańskie prace bardzo kojarzą się z tzw. szkołą düsseldorfską. Jej twórcy Hilla i Brend Becherowie też tworzyli cykle fotografii pokazujących a to silosy, a to wieże ciśnień, a to kopalniane szyby. To świadome naśladownictwo?
Całkowicie świadome. Jeszcze podczas studiów w Londynie obejrzałem dwie wystawy. Pierwszą, właśnie z pracami Becherów, a drugą – z fotografiami ich słynnego ucznia Andreasa Gurskyego. Obie zrobiły na mnie ogromne wrażenie i bardzo mi odpowiadał ten sposób myślenia o fotografii – chłodny, obiektywny, porządkujący. To powoduje, że odbieram architekturę na poziomie stosunkowo powierzchownym – patrzę na nią jak na bryłę i nie wnikam w jej liczne konteksty urbanistyczne czy społeczne, które skądinąd są przecież ważne. Nie pytam, gdzie stoją budynki, kto w nich mieszka lub pracuje, jak się ci ludzie czują, jak architektura kształtuje ich postawy. Wystarcza mi aspekt estetyczny i to, co z niego wynika.

A wydawać by się mogło, że studia politologiczne i socjologiczne jakoś będą obecne w pańskiej fotografii.
Ależ są, tylko w innym wymiarze. Studia nauczyły mnie myślenia strukturami, porządkowania materiału, precyzji. Dlatego w swych pracach zawsze bardzo dbam o to, by ich przesłanie było wyraźne, a to, co robię – klarowne i zrozumiałe. Oczywiście bywają prace mniej lub bardziej poetyckie, ale zawsze próbuję je zdefiniować na własne potrzeby racjonalnym językiem, tak by moje idee były czytelne dla odbiorcy.

Racjonalny, introwertyczny, zdystansowany, elegancki, wyrafinowany esteta... Nie tak ludzie zazwyczaj wyobrażają sobie twórcę.
To trafny opis, choć muszę go nieco ocieplić. Otóż mimo tych wszystkich cech uważam, że sztuka jest po to, by marzyć, by się oderwać od rzeczywistości. Nie chcę swymi pracami przygnębiać odbiorcy i budzić koszmarów, ale chcę mu dostarczyć rozrywki, choć jest to często rozrywka poważna. Dlatego często stosuję elementy gry, interakcji, iluzji. Było kiedyś takie hasło Biennale w Wenecji „Pomyśl sercem. Poczuj głową”. Całkowicie się z nim zgadzam.

Rozumiem, że ze swym naukowym podejściem pan ma dokładnie przemyślane, jak będzie wyglądać nowa praca, zanim pan po raz pierwszy naciśnie migawkę.
To bywa różnie. Dwa przykłady. Realizowałem projekt „Zdjęcie, które rośnie”, polegający na interwencji artystycznej w przestrzeń mieszkania wybitnego, nieżyjącego już fotografika Tadeusza Sumińskiego. Zanim wszedłem do mieszkania, już wiedziałem dokładnie, jak będzie wyglądał cały mój projekt. A w ubiegłym roku byłem w Kaliningradzie, gdzie natrafiłem przypadkowo na opuszczoną szkołę z ogromną liczbą książek rozsypanych po podłogach. Widok był niezwykły, więc sfotografowałem ją, choć nie wiedziałem, jak wykorzystam zdjęcia. I dopiero przygotowując pracę dla CSW w Warszawie, wpadłem na pomysł, by za pomocą fotografii zrekonstruować tę przestrzeń w galerii.

W pewnym momencie przestała panu wystarczać sama fotografia i zaczął pan rozgrywać ją w przestrzeni.
To zaczęło się w 2006 r. Z racji swego wykształcenia lubię pracować w bibliotekach i spędzam tam dużo czasu. Szczególnie zajmowała mnie architektura Biblioteki Narodowej i chciałem zrobić jakiś projekt na ten temat. Już podczas pracy uzmysłowiłem sobie jednak, że od gmachu dużo ciekawsza jest idea biblioteki jako miejsca gromadzenia wiedzy. I że nie uda mi się jej uchwycić tylko za pomocą fotografii. Przypomniałem sobie opowiadanie Borgesa „Biblioteka Babel” i zainspirowany nim stworzyłem z pomocą zdjęć i luster instalację dającą iluzję niekończącej się biblioteki.

Ideową klamrą dla Biblioteki okazał się projekt „Bank”.
Pomyślałem, że skoro biblioteka gromadzi wiedzę, to teraz zrobię coś o gromadzeniu dóbr materialnych, czyli o banku. Oryginalny pomysł był następujący: pokazać, jak mały jest człowiek wobec tych potężnych instytucji finansowych. 1 września 2008 r. wyjechałem na stypendium do USA z myślą o realizacji projektu, a miesiąc później świat dowiedział się o bankructwie słynnego banku Lehman Brothers. To zmieniło moje postrzeganie – postanowiłem zrobić projekt krytyczny, pokazujący, iż bank to wielka instytucja przypominająca łatwą do rozsypania piramidę z kart. I znowu stworzyłem całą przestrzeń na podobieństwo bankowego sejfu, dodatkowo umieszczając w niej elementy iluzji, gry z widzem, losowości, a nawet szyfru. Prezentacja „Banku” jeszcze trwa w galerii BWA Warszawa.

Rozstał się pan z modernistyczną architekturą?
Ależ skąd. Ciągle się nią interesuję i gdziekolwiek jestem, tropię jej obecność. To jest dla mnie rodzaj misji, którą realizować będą całe życie, niezależnie od innych projektów.

Dostał pan Paszport POLITYKI za 2011 r. To było chyba bardzo pracowitych 12 miesięcy.
Oj tak. Za granicą miałem m.in. wystawy indywidualne w Madrycie, Chicago, Chengdu (Chiny) i Londynie. Tylko w grudniu uczestniczyłem w czterech wystawach w Warszawie w: CSW Zamek Ujazdowski, BWA Warszawa, Królikarni i Bibliotece Narodowej. Jeżeli więc chce mnie pan spytać o dalsze plany, to odpowiem, że w tym roku zamierzam zwolnić tempo i więcej czasu poświęcić na rozmyślania.

I na kolekcjonerstwo?
Rzeczywiście, zawsze uwielbiałem coś zbierać, to rodzaj tęsknoty za iluzją porządku świata. Jako dziecko – znaczki, minerały, scyzoryki. Później, bardziej oryginalnie, np. siekiery (ozdoba kolekcji to maczeta francuskich kolonizatorów). A dziś zbieram amplitunery z lat 60.–70. Fascynujące przedmioty. W porównaniu ze współczesnymi te stare są lepsze pod każdym względem: ładne, tanie i pięknie grają. Zbieram też gabloty edukacyjne. Takie typowe, drewniane, które wiszą w szkołach albo w spółdzielniach. Interesuje mnie idea przekazu wiedzy, którą ucieleśnia gablota. To taka antysieć: wiara, że świat jest prosty i da się ułożyć pod szkłem. I trzecie hobby: slajdy amerykańskie z lat 50.–70. Mam ich około 4,5 tys. Bije z nich przekonanie, że nasza (zachodnia) cywilizacja jest najlepsza, i że nic jej nie zagraża. To widać na tych zdjęciach, na twarzach fotografowanych osób.

Zaczęliśmy od spraw osobistych i nimi zakończmy. Naprawdę nigdy nie kusi pana, by wyjechać na stałe do Francji?
Raczej nie. Tu mam żonę, dziecko i rodzinę. Tu rozwinęła się moja kariera artystyczna, mam zaplecze, galerię, kontakty, przyjaciół. A poza tym uważam – co może pana zdziwi – że w Polsce robi się pewne rzeczy dużo szybciej i lepiej niż na Zachodzie. Dam dwa przykłady. W 2004 r. zrobiłem cykl zdjęć o opuszczonym sanatorium w Druskiennikach na Litwie. Pomyślałem, że świetnie by się prezentował w pawilonie SARP w Warszawie. Poprosiłem więc o spotkanie sekretarza generalnego stowarzyszenia, a miesiąc później było już otwarcie wystawy. I druga sytuacja. Kończyłem moją pracę „Szklana pułapka”, nawiasem mówiąc, pierwszą bez użycia fotografii. To była dość złożona instalacja z luster, tworząca różne iluzje. Była sobota po południu, następnego dnia wernisaż. Nagle stwierdziłem, że do pełnego dopięcia efektu wizualnego brakuje mi jednego lustra w bardzo konkretnych wymiarach. Zadzwoniłem do szklarza, a następnego dnia rano miałem na miejscu brakujący element. Obie sytuacje na Zachodzie byłyby nie do pomyślenia. Za żadne pieniądze. I dlatego nie zamierzam stąd wyjeżdżać.

POWRÓT: Serwis Paszporty POLITYKI 2011

Polityka 06.2012 (2845) z dnia 08.02.2012; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Architektury nie trzeba przekonywać"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Zaszczepieni też chorują. Dlaczego trzecia dawka jest niezbędna?

Coraz więcej osób wątpi w szczepionki przeciwko covid, skoro nawet po trzech dawkach przytrafia im się zakażenie. Czy zatem decyzję o szczepieniu przypominającym lepiej odłożyć do czasu, aż pojawią się skuteczniejsze preparaty?

Paweł Walewski
04.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną