Paszporty POLITYKI

Pieśń i pięść

Rozmowa z Maciejem Szajkowskim

Maciej Szajkowski – muzyk, dziennikarz, animator kultury. Maciej Szajkowski – muzyk, dziennikarz, animator kultury. Krzysztof Jastrzębski / EAST NEWS
Gros pieśni ma skale góralskie. Zresztą na Podhalu, wśród zbójników, idea buntu jest solidnie zakorzeniona, a pańszczyzna w porównaniu z innymi regionami była mniej dolegliwa - mówi Maciej Szajkowski, laureat Paszportu POLITYKI w kategorii muzyka popularna.
Wydany przez Macieja Szajkowskiego album R.U.T.A. „Gore – Pieśni buntu i niedoli XV–XX w.” stał się jednym z najważniejszych polskich wydarzeń muzycznych w 2011 r.Bartek Muracki/materiały prasowe Wydany przez Macieja Szajkowskiego album R.U.T.A. „Gore – Pieśni buntu i niedoli XV–XX w.” stał się jednym z najważniejszych polskich wydarzeń muzycznych w 2011 r.
Maciej Szajkowski związany jest z kilkoma formacjami muzycznymi (m.in. Kapela Ze Wsi Warszawa, Masala, Antidotum).Tadeusz Późniak/Polityka Maciej Szajkowski związany jest z kilkoma formacjami muzycznymi (m.in. Kapela Ze Wsi Warszawa, Masala, Antidotum).

Mirosław Pęczak: – Jak właściwie jest z tą twoją fascynacją muzycznym folklorem?
Maciej Szajkowski: – W Kapeli Ze Wsi Warszawa mieliśmy dawniej fatalne skojarzenia: muzyczna ludowość, czyli PRL, cepeliada itd. Ale podczas wyjazdów na wieś dane nam było spotykać się z ludźmi, którzy stali się dla nas inspiracją. Pojechaliśmy kiedyś w region kołbielski, który słynie ze znakomitych harmonistów. Na spotkaniu z rodziną Stanisława Kąkolewskiego dowiedzieliśmy się, że w tych okolicach, kiedy jeszcze po wojnie panowała straszliwa bieda, pojawiła się Mira Zimińska, która zbierała pieśni i tańce do repertuaru nowo powstałego zespołu Mazowsze. No i przy okazji dała ludziom pracę. Zatrudniła nie tylko muzyków, ale i kobiety do szycia strojów. Podobne historie słyszeliśmy jeszcze w innych regionach. I choćby za to Mazowszu należy się szacunek.

A jeśli idzie o sprawy artystyczne?
No cóż, trudno byłoby obronić tezę, wedle której zespoły pieśni i tańca wiernie ukazywały kulturę chłopską. Natomiast bezwzględnie stały się fenomenem kultury masowej. Mazowsze czy Śląsk wypełniały sale koncertowe i nadal są najpopularniejsze wśród Polonusów, którzy szczerze wzruszają się na tych koncertach. Owszem, słusznie narzeka się na politykę kulturalną PRL, że instrumentalnie i propagandowo traktowała muzyczną tradycję wsi, ale przez sam fakt zainteresowania władzy tym obszarem coś tam udało się zachować.

No proszę – i mówi to twórca punk-folkowego projektu R.U.T.A.!
Ja bym się nie dziwił. Jeden z weteranów polskiej sceny punkowej Robert Brylewski jest synem tancerzy ze Śląska i ma dla działalności Stanisława Hadyny duży szacunek.

Album „Gore” wszyscy zgodnie nazywają muzycznym wydarzeniem 2011 r. Jak doszło do tych nagrań?
Miałem trochę więcej czasu, bo Kapela Ze Wsi Warszawa przestała tak intensywnie koncertować. Mogłem nadrobić zaległości lekturowe, wrócić do dawnych pomysłów, do niezrealizowanych marzeń jeszcze z czasów licealnych. Jednym z takich marzeń była właśnie wyprawa z muzyką hard core-punkową w klimaty akustyczne.

Przypadkowo trafiłeś na teksty…
Tak. Najpierw „Żurawie”, pieśń z Galicji, która znalazła się na płycie „Wiosna Ludu”. Tekst mówi o ludziach włóczących się po świecie za chlebem, upokarzanych. Kończy się frazą: „Wróćcie dzieci do domu i nie służcie nikomu”. I gramy to wedle kanonu muzyki hardcore’owej. Kilka lat później przy pracy nad albumem „Wykorzenienie” kolejne odkrycie – Suwalszczyzna i pieśń „Powałem zyto” o niezgodzie włościanina na dyktat pana. Intuicja mówiła mi, że tych pieśni musi być więcej.

R.U.T.A. świetnie wpisała się w aktualny kontekst, protesty Oburzonych, uliczne manifestacje u nas. I wymowa tych pieśni, zaprzeczająca stereotypowi pokornego chłopa, bo przecież anarchistyczna.
Ale tę pokorę przez wieki egzekwował pański bat. Berwiński pisał, że szlachta traktowała chłopa „pobratymca, autochtona, za jeńca wojennego, a ziemię ojczystą (…) jak gdyby kraj najechany i podbity”. W mojej pracy ważne było studiowanie źródeł. Choćby genialne dzieło Świętochowskiego „Historia chłopów polskich”. Ta książka otwiera oczy, powinna być lekturą obowiązkową w szkołach. Dwa lata zajęło mi zgłębianie tematyki. Pierwsze odkrycia to były manifesty ruchu robotniczego z XIX i XX w., poematy rewolucyjne oraz hymny Batalionów Chłopskich.

Intuicja?
Owszem, ale też miałem świadomość, że podobne pieśni nagrali Chumbawumba, The Ex, że pieśni buntu śpiewają Baskowie, Afrykanie, kozacy, rastafarianie, wszystkie niewolone narody świata. Trudność polegała na tym, że bunty chłopskie w Polsce były tłumione w zarodku. Nie licząc reakcji pogańskiej i rabacji galicyjskiej nie zdarzało się na tych ziemiach coś, co dałoby się porównać na przykład z wojnami chłopskimi w Niemczech. Tu najczęściej wybierano ucieczkę, a nie wojnę, choć i tych nie brakowało. Pewnie m.in. dlatego od wieków Polacy masowo emigrowali. Musiałem krok po kroku dochodzić do tych źródeł. Trzeba było wrócić do Kolberga, znaleźć właściwe odniesienia, szukać w podaniach historycznych, etnograficznych.

I po tych lekturach – duże zaskoczenie?
Ogromne. To była zupełnie nowa wiedza, radykalnie przełamująca schematy i wyobrażenia oparte na XIX-wiecznej literaturze romantycznej czy na Sienkiewiczu. Dotarło do mnie, jak bardzo fałszywa okazała się idea solidaryzmu, obecna choćby w poczciwym „Panu Tadeuszu” czy innych dziełach pisanych „ku pokrzepieniu serc”.

Teksty już miałeś, a co z muzyką?
W niektórych przypadkach udało się dotrzeć do nut. Gros pieśni ma skale góralskie. Zresztą na Podhalu, wśród zbójników, idea buntu jest solidnie zakorzeniona, a pańszczyzna w porównaniu z innymi regionami była mniej dolegliwa. Pieśń „Z batogami na panów” w oryginale była monumentalna, ale w rytmie dwudzielnym jak w punku, więc dostosować ją do naszego zamysłu nie było trudno. Gorzej z pieśniami z Polski centralnej, trójdzielnymi, utrzymanymi w takim rzewnym i podniosłym nastroju. Był w nich ten rodzaj chłopskiego fatalizmu, który tak znakomicie opisał Wiesław Myśliwski. A myśmy nie chcieli tworzyć kolejnego patosu, martyrologii. Chcieliśmy pokazać, że można podnieść pięść do góry i wykrzyczeć to z całą siłą.

 

W kontekście dzisiejszych konfliktów bunt chłopski stał się figurą buntu „w ogóle”, zuniwersalizował się…
Ukończyliśmy nagrania w grudniu 2010 r. Rozpoczęły się święta Bożego Narodzenia, w ogniu stanęła Tunezja, a potem wybuchła arabska Wiosna Ludów. Później znów Hiszpania, Portugalia. Oczywiście, na początku nie mogłem zakładać, że coś takiego się stanie. Chciałem zrobić concept album, zaprosić wymarzonych do tego projektu muzyków: takich, którzy bezkompromisowo zabierali głos w ważnych sprawach, no i takich, z którymi dobrze się współpracuje.

Udało się?
Spotkałem Kamila Rogińskiego na jednym z festiwali, gdzie grał z projektem Dhoad-Rivendell. Zobaczyłem, jak świetnie się komunikują w ramach takiego polsko-indyjskiego dream teamu ludzie z różnych muzycznych światów i jak znakomicie Kamil umie to ogarnąć. Namówiłem go do udziału w przedsięwzięciu. Inspiracji artystycznych było kilka. Tradycyjne ludowe, ale też takie jak nowojorska scena hard core, która wypracowała niezwykły kanon dzikiej, wulkanicznej ekspresji połączonej z kunsztem muzycznym. Kamil przyjeżdżał z Lubina co weekend ze swoim sazem (szarpany instrument strunowy – red.), siadaliśmy, wymyślaliśmy tematy, graliśmy, nagrywaliśmy, ja robiłem do tego wokalizy i bębny. Mieliśmy już jakieś szkielety kompozycji. Latem 2010 r. odbyły się urodziny zespołu Armia. Był Deuter, Kryzys, Izrael, no i Moskwa. Moskwa wyszła w „klasycznym” trzyosobowym składzie i zagrała rewelacyjnie. Świetnie wypadł na wokalu Guma (Paweł Gumola – red.). Podszedłem do niego i złożyłem propozycję nagrywania z nami. A on mówi, że to dobrze się składa, bo właśnie słucha ostatnio dużo muzyki etnicznej, był w Indiach, grywa reggae. Potem pogadałem jeszcze z Robalem (Robert Matera – red.) z Dezertera – moim zdaniem najważniejszego polskiego zespołu, Niką z Post Regimentu oraz przyjaciółmi ze sceny folkowej i w końcu powstała R.U.T.A.

Czy cały ten proces od artystycznej idei do składu osobowego da się jakoś porównać z historią Kapeli Ze Wsi Warszawa?
O, ta historia jest bardziej złożona, ale zawiera też w sobie motyw podróży na Wschód. Stworzyliśmy kiedyś zespół Yuva Shakti. Propagowaliśmy jogę, postawę proekologiczną. Praktykowaliśmy u Jerzego i Marii Pomianowskich, którzy dali nam podstawy wiedzy o muzyce orientalnej. To był 1995 r. Pojechaliśmy z zespołem na kilka koncertów i festiwali takich jak Mikołajki Folkowe, które miały istotne znaczenie dla nas samych i konsolidującej się wtedy sceny folkowej. Czuliśmy się trochę pionierami, bo chociaż w PRL były takie znakomite zespoły jak Osjan czy Kwartet Jorgi, to sceny folkowej jako takiej nie było. I wtedy po tych koncertach i festiwalach doszło do mnie, że polska muzyka to nieodkryty ląd.

Masz na myśli muzykę ludową?
Ludową, ale przefiltrowaną przez wrażliwość młodych ludzi, oderwaną od tych gorsetów cepeliowskich. W tamtym czasie trafiłem na praktyki dziennikarskie do „Nowej Wsi”. Wysyłali mnie w teren, poznawałem nieznaną mi wcześniej Polskę ludową, czyli wiejską, co było dla mnie ważne, bo rodzinnie żadnego zakorzenienia na wsi nie miałem. Pojechałem swego czasu do górali do Lipnicy Wielkiej, w okolicę, gdzie rezydował Ludwik Młynarczyk, który był sołtysem, pszczelarzem, lutnikiem, a przede wszystkim znakomitym muzykiem. Dowiedziałem się, na czym polega ludowa szkoła gry na skrzypcach, co to jest śpiewanie białym głosem. I to były najważniejsze impulsy, które przyczyniły się do powstania Kapeli Ze Wsi Warszawa.

Czy późniejsze sukcesy Kapeli były dla ciebie zaskoczeniem?
Całkowitym. Tym bardziej że na początku mieliśmy taki wewnętrzny opór przed występami publicznymi. Nie było pewności, że jesteśmy do tego przygotowani. Ale przychodzili na nasze koncerty na przykład punkowcy i wpadali w szał. Okazało się, że ta muzyka ma w sobie istotne pokłady energii, a jej powtarzany rytm może wprowadzać w trans.

A nie uwiera cię trochę sam termin „folk”? U nas kojarzony jest z twórczością braci Golców, a w Ameryce z zaangażowanymi pieśniami protestu…
Uwiera, uwiera. Myśleliśmy nawet, żeby propagować jakąś inną nazwę, ale „folk” tak mocno się wpisał w zwyczaj językowy, że próby zmiany byłyby jak zawracanie kijem Wisły. Samo zjawisko zwane u nas folkiem ma wiele twarzy. Może być, jak mówi Maciek Rychły z Kwartetu Jorgi, pochwałą nekrofilii albo Domem Wirujących Chochołów. Ale może to być odkrywanie i kultywowanie najróżniejszych tradycji: od muzyki klezmerskiej po indyjskie raagi. Albo, jak w przypadku zespołu Żywiołak, rewitalizacja kultury i tradycji pogańskiej. I czy nazwiemy to folkiem, muzyką ludową, tradycyjną czy etniczną – nie jest najważniejsze.

A co jest najważniejsze?
Chyba właśnie docieranie do źródeł, do tego, co było dawniej, ale też do tego, co w kulturze pierwotne, czyli faktycznie wspólne dla wszystkich ludzi i dla wszystkich ludów. I przekładanie tego na współczesny język.

 

Maciej Szajkowski (ur. w 1975 r. w Warszawie) – muzyk, dziennikarz, animator kultury. Związany z kilkoma formacjami muzycznymi (m.in. Kapela Ze Wsi Warszawa, Masala, Antidotum). Współpracownik IV Programu Polskiego Radia, prezes Stowarzyszenia Sztuki Etnicznej Transetnika. Wydany z jego inicjatywy i według jego pomysłu album R.U.T.A. „Gore – Pieśni buntu i niedoli XV–XX w.” stał się jednym z najważniejszych polskich wydarzeń muzycznych w 2011 r.

 

POWRÓT: Serwis Paszporty POLITYKI 2011

Polityka 07.2012 (2846) z dnia 15.02.2012; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Pieśń i pięść"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Maseczki pseudoochronne

Czy to bal maskowy, czy raczej taniec śmierci? Rząd każe nam nosić maseczki, ale już nie dba o to, co trafia na rynek. Czy maseczki sprzedawane w aptekach i sklepach naprawdę nas chronią?

Violetta Krasnowska
18.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną