Ludzie i style

Na pokuszenie

Do przemyślenia: Gdzie się dziś czai zło

Duccio Buoninsegna „Kuszenie Chrystusa na górze”, 1308–11 r. Duccio Buoninsegna „Kuszenie Chrystusa na górze”, 1308–11 r. Francis G. Mayer / Corbis
Biblijny wąż wypełzł z raju. Nasłuchaliśmy się w ostatnich miesiącach z ambon i portali o diable i Antychryście. Czym Zły kusi chrześcijan najbardziej?
Hugo van der Goes  „Upadek”, ok. 1479 r.BEW Hugo van der Goes „Upadek”, ok. 1479 r.
Wygnanie z raju (ilustracja z Kroniki norymberskiej).Wikipedia Wygnanie z raju (ilustracja z Kroniki norymberskiej).
Szatan z obrazu Jacopo de Bologna „Sąd ostateczny”, ok. 1350 r.Araldo de Luca/Corbis Szatan z obrazu Jacopo de Bologna „Sąd ostateczny”, ok. 1350 r.

Artykuł w wersji audio

Z tematem diabelskim nie ma żartów. Leszek Kołakowski cytował kiedyś w felietonie „W piekle bez zmian” pewnego francuskiego teologa katolickiego: „Ja mogę zrozumieć ludzi, którzy nie wierzą w Boga, ale że są ludzie, którzy nie wierzą w diabła, to przechodzi moją pojętność”.

Na czym polega robota diabła? Na kuszeniu. Diabeł kusił Jezusa i kusi nas. Kołakowski wywodzi, że diabeł zatruwa nienawiścią dobre strony człowieka, popycha go do złego na pożytek piekła. Więc co robić? Otworzyć czy zatrzasnąć drzwi przed diabłem? „Siądźmy tedy do wigilijnej wieczerzy – radzi Kołakowski – kolędujmy, bliźniemu dobrego życzmy, a i pokutę czyńmy i pamiętajmy, że kto by rzekł bratu swojemu głupcze (albo bezbożniku), winien będzie ognia piekielnego. A diabeł i tak będzie stał za drzwiami i czekał na najbliższą sposobność”.

Niestety, kaznodzieje raczej nie czytają Kołakowskiego. Ani równie nieodżałowanego ks. Józefa Tischnera. U Tischnera też znaleźliby pewną cenną radę. I to pochodzącą od samego świętego Franciszka. Otóż Biedaczyna z Asyżu tak odpowiedział bratu Jałowcowi na pytanie, jak poradzić sobie z diabłem: „Zamknij paszczę, diabełku, bo ci do niej narobię”. Ale ks. Tischner nie byłby sobą, gdyby żartu nie opatrzył komentarzem filozofa. „Chrześcijańska teologia mówi, że diabeł może sobie krzyczeć i ryczeć, ile chce, a i tak mi nic nie zrobi, jeśli ja go nie zaproszę do swego serca. Diabeł nie chce nas gwałcić, on chce być zapraszany”.

Co zaszło w raju

W Biblii historia ludzkości zaczyna się od pokusy. Wąż w raju kusi prarodziców: będziecie równi bogom, jeśli zjecie owoc z drzewa poznania dobra i zła. Nie posłuchali. Złamali Boży zakaz. Popełnili tym samym grzech pierworodny. Zapłacili za to utratą nieśmiertelności i wygnaniem z Edenu. To wszystko wiemy z katechezy lub ze szkoły. Tak się przynajmniej nam wydaje. Lecz symbole są metaforami. Każą pytać dalej. Bo co właściwie zaszło w raju? Do czego Bogu potrzebny jest diabeł? Czemu testuje wiarę i lojalność człowieka przy pomocy węża?

Grzech i zło idą w parze z dramatem ludzkiej wolności – odpowiada współczesny niemiecki pisarz i filozof Rüdiger Safranski. Podkreśla, że w biblijnej opowieści tak naprawdę nie ma jakiejś bezosobowej mrocznej siły. Tak, wąż kusi, lecz ludzie mogą pokusie nie ulec. „Mimo roli węża, historia grzechu pierworodnego rozgrywa się między Bogiem i ludzką wolnością” – pisze Safranski w książce „Zło. Dramat wolności” (przeł. Ireneusz Kania).

Diabeł niejedno ma imię. Kusił Buddę i Mahometa. Jego wyobrażenie w religii i kulturze się zmieniało. Tak jak zmieniało się, a może i dojrzewało, ludzkie wyobrażenie Boga. Hebrajskie imię Szatan oznacza Przeciwnika – Tego, który Stawia Opór. W domyśle: opór Bogu. Rola Szatana nie była początkowo tak jednoznaczna jak później. Hebrajczycy dopuszczali, że Bóg może w jakimś stopniu współpracować z Szatanem, wykorzystując go do swych niezbadanych celów. Na przykład do sprawdzenia, jak silna jest wiara biblijnego Hioba. Ale z upływem wieków i przyrastaniem tragicznych doświadczeń (jak choćby upadek państwa żydowskiego i rozproszenie Żydów po świecie), Szatan staje się w myśli żydowskiej, a później chrześcijańskiej już tylko i po prostu przeciwnikiem Boga.

To przekształcanie się zła w samodzielną siłę i w postać nastawioną wrogo wobec Boga kończy się według Safranskiego ok. XIII w. To wtedy bujna fantazja ludzi, zatrwożonych swą marną i kruchą egzystencją, wytwarza kanon diabelskich wyobrażeń. Diabeł jest wszędzie. W rozszalałych żywiołach przyrody. „Zjawia się jako pies, czarny kot, kruk i sęp, w ludzkiej postaci z koźlim kopytem, w chmurze smrodu. Często ubrany na czarno i chudy, innym razem toczy się jako kula w błocie. Może latać i wchodzić przez komin. Uosabia wszystko na opak: czarownicom każe całować się w tyłek, Ojczenasz odmawia wspak”. Ten średniowieczny diabeł zagradza ludziom drogę do Boga. Do dzisiaj żyje w zakamarkach ludzkiej wyobraźni. A jednak to my, ulegając mu, ściągamy na siebie nieszczęścia. Nie można winy za użytek, jaki robimy z wolności, zwalać na diabła.

Tajemnica zła i związana z nią fascynacja diabłem wydała wiele diabelskich wizualizacji. W wersji nieco kiczowatej ukazywała go jako rodzaj pogańskiego bożka Pana (od jego imienia wywodzi się paniczny strach) czy zmutowanego centaura albo złośliwego Rokitę czyhającego w starej wierzbie. Istnieje wersja lucyferyczna. W niej Szatan jest olśniewająco pięknym i inteligentnym aniołem, zbuntowanym przeciwko Bogu. Mity i metafory są wieloznaczne. Doświadczenia i wyobrażenia kolejnych pokoleń, dzieła filozofów, teologów i artystów mieszają w nich jak w garnku.

 

Jak równy z równym

Wąż w mitach Bliskiego Wschodu może być symbolem nieszczęścia. Ale może być też dawcą życia. W Biblii występuje w obu rolach. Jest wąż rajski i wąż miedziany, któremu przypisywano moc leczniczą. Takiego węża kazał Bóg sporządzić z miedzi Mojżeszowi, kodyfikatorowi religii żydowskiej, i umieścić na podwyższeniu, aby bronił wiernych przed poganami odrzucającymi monoteizm. Chrześcijanie tego wybawicielskiego wywyższonego węża uznali w średniowieczu za symboliczną zapowiedź zbawczej męki Chrystusa na krzyżu.

Bo człowiek z lęku przed złem i karą za grzechy szukał i szuka jakiegoś pocieszenia. Że zło ostatecznie nie zwycięży. „Ludzie głęboko religijni – mówi ks. Tischner – mają ogromne trudności z widzeniem zła w świecie. Nie ma zupełnego zła – zdają się mówić ci ludzie – jest tylko absolutne dobro”.

Tu kłania się z chrześcijańskiego nieba święty Augustyn, doktor Kościoła. Jego geniusz zmagał się z tajemnicą zła w Bożym świecie. Augustyn, obywatel imperium rzymskiego, doskonale wykształcony dzięki bogatemu ojcu i nadopiekuńczej matce, nie od razu został świętym i mędrcem Kościoła. Kiedy zetknął się z Biblią, uznał ją za prostacką w porównaniu z klasyką łacińską, dla niego niedoścignionym wzorem pięknego języka i głębokiej treści. A wiarę chrześcijańską uważał najpierw za niegodną człowieka.

Młody Augustyn trzymał z manichejczykami. Przez długie wieki doktryna manichejska rywalizowała z chrześcijaństwem o rząd dusz. Głosiła, że zasadą bytu jest walka kosmicznych sił Światła i Dobra z siłami Ciemności i Zła, Królestwa Boga z Królestwem Szatana. Ostatecznie Augustyn rozczarował się do manicheizmu i przyjął chrzest, a później kapłaństwo. Studia i rozmyślania doprowadziły go do wniosku, że, eureka!, zło jest brakiem dobra i polega na odwróceniu się od Najwyższego Dobra, jakim jest Bóg, głoszony przez Kościół powszechny. Konwersja Augustyna pod koniec III w. była symbolicznym zwycięstwem chrześcijaństwa nad manicheizmem. W XX w. francuska pisarka religijna Simone Weil wtórowała Augustynowi: zło może się wydawać niekiedy romantyczne, a dobro nudne, naprawdę jednak zło jest przerażające i odpychające, a dobro atrakcyjne, ciepłe, przyjazne.

Ale idee manichejskie czy gnostyczne w jakiejś formie żyją do dziś, np. w kulturze masowej. Diabeł z rogami i kopytami, Rokita we fraczku i pluderkach – tego nie bierzemy poważnie. Ale diabeł manichejski to inna historia. On walczy z Bogiem jak równy z równym. Dzisiaj np. w filmach i grach komputerowych typu „Władca pierścieni” czy w muzyce niektórych zespołów rockowych.

Takiego zrównania nie dopuszcza chrześcijaństwo. Dopuszcza jednak samo mocowanie się z diabłem. Przecież Jezus był kuszony przez szatana na pustyni. Jak wyglądał kusiciel? Przedstawiano go jako pięknego eleganckiego człowieka, skrzydlatego demona, włochatego kozła, a nawet mnicha. Im bliżej naszych czasów, tym sztuka rzadziej sięga po konkretne fizyczne wyobrażenia diabła. Pozostawia je sztuce masowej i Kościołowi ludowemu.

Sceny kuszenia

Bo groza kuszenia polega na tym, że kusiciel jest w nas. A perfidia kuszenia na tym, że – jak pisze Kołakowski – „diabeł odwołuje się zawsze do tego, co w nas dobre”. Zaczepia się o naszą miłość do innego człowieka, do dobrych rzeczy. Takich jak umiłowanie narodu, ojczyzny, ludzkości, Idei, Prawdy, Boga, Sprawiedliwości, Wiary. Wpycha się w jakąś szczelinę w nas, by tę miłość obrócić w zbrodnię. „By w imię miłości bliźnich ich torturować, mordować, poniżać, gnębić, zniewalać. Ta szczelina zwie się grzechem pierworodnym. Nie ma sprawy tak szlachetnej, by z niej narzędzia zbrodni nie dało się wykuć. Wszakże Jezusa Chrystusa też można jako pałki do bicia użyć”.

Na pustyni diabeł wystawiał na próbę boskość Jezusa. Jesteś głodny, to spraw, by kamienie zamieniły się w chleb. Rzuć się w dół ze świątyni jerozolimskiej, przecież anioły cię uratują. Za trzecim razem na wysokiej górze powiedział: Uznaj mnie za swego władcę, a dam ci wszystkie skarby świata. I trzykrotnie usłyszał od Jezusa: Nie, precz z moich oczu!

Scenę kuszenia wielu uważa dziś za niewiarygodną – pisał w książce „Jezus” francuski uczony Jean-Paul Roux – a przecież należy ona do najgłębiej prawdziwych scen ewangelicznych. Teologicznie i antropologicznie. Jezus pragnie być bliski ludziom, więc chce przejść ludzkie udręki zrodzone z pokus. Godzi się być kuszony, aby przez to zaznaczyć solidarność z rodzajem ludzkim. Gdyby był wolny od pokus, nie poznałby rzeczywistości ludzkiego życia. Dlatego scenę kuszenia francuski pisarz uważa za moment decydujący w misji Jezusa. Żydzi oczekiwali Mesjasza jako triumfującego króla ziemskiego. Tego, który uwolni Izraelitów od rzymskiej okupacji. Odrzucając pokusy diabła, Jezus daje znak, że jego królestwo nie jest z tego świata. Że władza doczesna go nie interesuje.

„Jakie wielkie byłoby zwycięstwo diabła, gdyby Chrystus chciał przyjąć ten świat” – podkreśla Roux. Uważa on, że już ze sceny kuszenia można wyczytać ostrzeżenie dla przyszłych Kościołów chrześcijańskich, które „tak często, od cesarza Konstantyna, aż do naszych dni, bez głębszych powodów włączają się w sprawy polityki, nie odrzucają władzy ziemskiej”.

A jednak wielu chrześcijan to ostrzeżenie zignorowało. Ziemska historia chrześcijaństwa jest usiana scenami kuszenia. Kuszeni, inaczej niż Jezus, odpowiadają diabłu: Tak. Zdradzają swego Mesjasza, który nie chciał być królem z tego świata. Oni by chcieli, aby był – z ich pomocą.

 

Wróg Boga

Wśród wielu pokus tego świata najbardziej destrukcyjną dla chrześcijaństwa jest pokusa władzy doczesnej. Dostrzega to w swym teologicznym traktacie o „Jezusie z Nazaretu” obecny papież Benedykt XVI. Pisze tam: „Poprzez wszystkie wieki ciągle na nowo w różnych odmianach powracała pokusa umacniania wiary z pomocą władzy politycznej i wojskowej. I za każdym razem groziło niebezpieczeństwo zduszenia jej w objęciach władzy. Walkę o wolność Kościoła, o to, by królestwo Jezusa nie było utożsamiane z żadną formacją polityczną, trzeba toczyć przez wszystkie stulecia” (przeł. Wiesław Szymona).

Słowa Josepha Ratzingera nabierają szczególnej wymowy, kiedy przypomnimy sobie, że to papież z kraju, który zrodził hitleryzm i w którym tylko nieliczni chrześcijanie stawili otwarty opór nazizmowi. „W ostatecznym rozrachunku cena, jaką się płaci za stapianie wiary z władzą polityczną, zawsze polega na oddaniu się wiary na służbę władzy i na konieczności przyjęcia jej kryteriów”. Trudno nie przyznać racji papieżowi. W systemach totalitarnych – takich jak stalinizm czy maoizm – znajdziemy na to liczne ponure przykłady.

Chrześcijanie nazywają czasem szatana Antychrystem, czyli wrogiem Boga, którym według nich jest Chrystus. Ten Książę Świata podaje się w ich przekonaniu za Chrystusa, zbawcę ludzkości, a w istocie jest niszczycielem. Z obawy przed totalną destrukcją człowieka zaczynają więc tropić Antychrysta w historii. W kogo się wcielił? Dla katolików czasu reformacji w Lutra (choć on rzucił ponoć w diabła kałamarzem), później w Napoleona, Hitlera, Stalina, a teraz u nas w Palikota, Nergala itd. Tropiciele Antychrysta mieszają często zbrodniarzy z polemistami. To spłycenie problemu. Bo co innego godne potępienia prześladowania chrześcijan w totalizmach, a całkiem co innego – normalna i potrzebna w demokracji polemika z religijnym światopoglądem czy polityką instytucji kościelnych. Polemika prowadzona z pozycji lewicy, liberałów, ateistów, wyznawców innych konfesji i religii czy artystów.

Są teologowie, którzy uważają, że nie należy personifikować sił przeciwnych chrześcijaństwu. Bo wtedy wyrzekamy się głębszego poznania mechanizmów ludzkiej historii. Ale też dlatego, że religia mówiąca za dużo o diable ulega manichejskiemu zatruciu. Diabeł znów wyrasta w niej na niezależnego rywala Boga. Świat zaczyna bardziej wierzyć w diabła niż w Boga, w potęgę zła niż w siłę dobra. Antychryst dopina swego, kiedy Kościół nie może się bez niego obejść, by zachować kontrolę nad wiernymi. Chrześcijaństwo lubiło i lubi przywoływać diabła, gdy społeczeństwo burzy się przeciwko królom i biskupom.

Przywołany wcześniej Leszek Kołakowski był agnostykiem, lecz otwartym na doświadczenie religijne. Frapował go buddyzm, lecz uważał, że potrzebujemy chrześcijaństwa i „troski o Boga w bezbożnej epoce”. Nie takiego wszakże chrześcijaństwa, które ulega pokusie sojuszu z sekularyzmem ze strachu, że zostanie zepchnięte do kompletnej niszy w świecie pochrześcijańskim. Wiemy już, że papież Benedykt XVI uważa podobnie. Obaj ci myśliciele wskazywali na jeszcze jedną pokusę. Też w istocie polityczną.

Chodzi o pokusę, by chrześcijaństwo zamieniło sojusz z tronem na sojusz z rewolucyjnym obozem postępu. Nie tędy droga dla chrześcijan, ostrzega Kołakowski. Owszem, tradycyjne wartości demokratycznej lewicy, sprawiedliwość i wolność, są ludziom potrzebne. Ale potrzebujemy również „chrześcijaństwa, które uczy prostej prawdy, że jest nie tylko jutro, ale także pojutrze, i że różnica między sukcesem a porażką rzadko jest wyraźna”. Takie mądre i dojrzałe, nieco stoickie chrześcijaństwo filozof nazywa szarym, w kontraście do chrześcijaństwa kapiącego od złota i purpury. Papież natomiast ujmuje to tak: Pytacie, co nam dał Jezus, jeśli nie przyniósł lepszego świata, pokoju, dobrobytu? „Odpowiedź jest prosta: Boga. A tym samym prawdę naszego »dokąd« i »skąd«. Dał nam wiarę, nadzieję i miłość”.

Prawda chrześcijańska nie jest, oczywiście, prawdą większości ludzi na świecie. Ale są w niej elementy warte refleksji nie tylko wielkich filozofów, ale i zwykłych zjadaczy chleba. Jezus zostawił im prostą i piękną modlitwę. Owa Modlitwa Pańska kończy się prośbą do Boga Ojca: „I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw od złego”.

Współczesny niemiecki teolog, psychoanalityk i pacyfista, były ksiądz katolicki Eugen Drewermann tak komentował te słowa Jezusa w swej „Drodze serca”, napisanej wspólnie z XIV Dalajlamą (tłum. Krzysztof Maurin, Kazimierz Napiórkowski): „My przecież wiemy, że jesteśmy zgubieni, jeśli Ty nas nie odszukasz. Oczywiście, istnieją drobne pokusy: skłonność do wygody, pociąg do płytkich przyjemności, powab nęcących okazji, zepsucie spowodowane powierzchownością i brakiem zastanowienia. Ale pokusa po prostu to chwila ostatecznej decyzji, gdy najoczywistsze cele stają się dla nas niepewne i nie wiemy już, kim jesteśmy. Gdy załamuje się nasz świat i wszystko, w co kiedykolwiek wierzyliśmy, staje się błędnym. Wtedy Ty wiedziesz nas na pokuszenie. Takie kryzysy są częścią życia i ceną żywego rozwoju. Dlatego prosimy Cię – nie chciej nas chronić; daj nam siłę krabów i raków, abyśmy wciąż od nowa mogli opuszczać skorupy i pancerze; uchroń nas przed utratą naszej tożsamości; spraw, byśmy przeszli wszystkie stopnie przemian. Uchroń nas przed rozpaczą, w której sami dla siebie stajemy się udręką. Jedynym prawdziwym złem jest duch strachu, który odmawia zmiany i ucieka od odpowiedzialności; zachowaj nas od zniechęcenia, od zapatrzenia wstecz, uchroń przed nieprzyjmowaniem życia, zachowaj od ciasnoty. Ojcze, zachowaj nas od złego”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Włoski strajk na polskich drogach

Włoskie firmy drogowe ogłosiły, że rozpoczętych w Polsce budów mogą nie skończyć, jeśli nie dostaną dodatkowych pieniędzy. W wyborczym roku będzie więc mniej przecinanych przez polityków wstęg, a więcej awantur. Jak do tego doszło?

Adam Grzeszak
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną