Trzeci wymiar deski
Co człowiekowi przychodzi ze zmagania się z wodą, wiatrem, deską i latawcem jednocześnie
22-letnia Karolina Winkowska, najlepsza kitesurferka w Polsce i jedna z najlepszych na świecie.
Łukasz Nazdraczew/FotoArt

22-letnia Karolina Winkowska, najlepsza kitesurferka w Polsce i jedna z najlepszych na świecie.

Karolina Winkowska kilka razy zdobywała mistrzostwo Polski, stawała też na podium w zawodach międzynarodowych.
Łukasz Nazdraczew/FotoArt

Karolina Winkowska kilka razy zdobywała mistrzostwo Polski, stawała też na podium w zawodach międzynarodowych.

Aktorka Monika Mrozowska i czołowy polski kitesurfer Jan Korycki na zawodach Ford Kite Cup w Łebie.
Łukasz Nazdraczew/FotoArt

Aktorka Monika Mrozowska i czołowy polski kitesurfer Jan Korycki na zawodach Ford Kite Cup w Łebie.

23-letni Victor Borsuk, mistrz Polski w kitesurfingu na Fuerteventurze.
Łukasz Nazdraczew/FotoArt

23-letni Victor Borsuk, mistrz Polski w kitesurfingu na Fuerteventurze.

Dominika Derżecka, instruktorka kajta, jak już spolszczono angielski termin kitesurfing, ze szkoły Kites’n’Girls, uważa, że moda pływania na desce napędzanej przez latawiec wzięła się z odwiecznych ludzkich tęsknot: kontrolowania żywiołów i oderwania się od ziemi.

Co się na tym robi

Bo w kajcie chodzi o pływanie, ale przy okazji – o latanie. Oraz o salta, fikołki, śruby i inne ewolucje wykręcane na wysokości trzeciego piętra, lecz takie atrakcje to szkoła wyższa – tylko dla najodważniejszych i głęboko wtajemniczonych. Zdecydowana większość amatorów poprzestaje na ślizganiu się po powierzchni wody.Nie trzeba latać, żeby sobie zagwarantować zastrzyk adrenaliny. Wiatr to potężna siła, a latawiec zapewnia przyspieszenia, po których serce skacze do gardła – mówi Mariusz Ziomek, właściciel szkoły Wake.pl. I dodaje, że kitesurfing wciąga, bo jest najtańszą formą żeglarstwa, do tego jeszcze nie wymaga legitymacji ani licencji. Innymi słowy: kajt równa się wolność.

Na polskie wody kitesurfing zawitał na dobre mniej więcej 10 lat temu, za sprawą windsurferów krążących po świecie między jednym lazurowo-wietrznym miejscem a drugim. Haczyk połknęli ci, którzy podejście do pływania na desce z żaglem mieli nieortodoksyjne. Jak Mariusz Ziomek. – To było na Tarifie, nieopodal Gibraltaru, w surfingowej mekce. Zainteresowanie kajtem zbiegło się u mnie ze zmęczeniem deską z żaglem. Od pewnego momentu utknąłem w miejscu, frustrował mnie brak postępów. Zapisałem się więc wtedy na kurs i już po pierwszych próbach wiedziałem, że zamieniam żagiel na latawiec – opowiada.

Utwierdził się wówczas w przekonaniu, że windsurfing jest trudny, a na dodatek dość męczący – surfer ma jednak w ręku kawał żagla, którym trzeba niemal non stop manewrować, a duża deska pod stopami nie daje komfortowego czucia wody. Poza tym każdy po cichu marzy o fruwaniu, a jeśli chodzi o windsurfing, to jednak diabelnie trudne. Kite okazał się dla spragnionych wrażeń na wodzie rozwiązaniem idealnym: nie dość, że sterowanie latawcem nie wymagało wcześniej regularnych wizyt na siłowni, to perspektywa postępu była kusząca – od pierwszych kroków do wzbijania się nad powierzchnię wody droga jest względnie niedaleka. Oprócz przyjemności orbitowania w trzecim wymiarze odkrył w kajcie również plusy czysto praktyczne: sprzęt da się spakować do plecaka, deska jest niewielka, więc odpadają kłopoty transportowe, zestaw montuje się w kilka minut; żeby się wzbić nad wodę, nie trzeba fali, wystarczy 10 węzłów na wiatromierzu.

Jak się tego nauczyć

Osoba przeciętnie wysportowana po 3–4-dniowym kursie jest w stanie pływać samodzielnie. Mam znajomych, którzy mniej więcej rok po tym, jak pierwszy raz wzięli latawiec do ręki, startowali w zawodach – reklamuje Ziomek.

Nauczyciele kajta radzą: jeśli po szkoleniu złapiesz przynętę, nie przepłacaj za nowy sprzęt; lepiej kup używany, z dobrego źródła, bo jest duże prawdopodobieństwo, że ćwicząc i tak go zniszczysz. Za komplet w dobrym stanie trzeba zapłacić 2–3 tys. zł.

Zanim kajciarz zostanie obiektem krótkotrwale latającym, ewentualnie zgrabnie ślizgającym, staje na plaży po kostki w piasku i musi udowodnić, że pojął system działania linek wprawiający latawiec w pożądany ruch oraz przyswoił zasady bezpieczeństwa na wodzie. – Od czasu, gdy zaczynałam swoją przygodę z kajtem, jakieś 10 lat temu, sprzęt poszedł niebywale do przodu. Ten, który wtedy trafiał do Polski, był jeszcze niedopracowany, dość siermiężny. Przekładało się to na trudności w nauce, a czasem po prostu na nieprzewidywalne zachowania latawca, w teorii niezgodne z zasadami. Technikę szlifowało się trochę na własną rękę, metodą prób i błędów – opowiada Derżecka.

Ci, którzy naukę sterowania latawcem mają już za sobą, twierdzą: to nie jest czarna magia. Podobnie jak samo utrzymywanie się na desce. Ale przy połączeniu tych dwóch elementów zaczynają się schody. – Pierwszy udany ślizg wiedzie przez przymusowe kąpiele. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Trzeba jednocześnie zgrać kilka elementów: ułożyć na wodzie deskę, umiejętnie na nią wejść, a potem utrzymać równowagę, jednocześnie manewrując latawcem. Samo nie przychodzi – śmieje się Dominika Derżecka.

Ziomek obserwuje oczywiście, że ci, którzy wcześniej zetknęli się z snowboardem, wakesurfingiem (pływaniem na desce ciągniętej przez motorówkę), o windsurfingu nie wspominając, szybko chwytają, o co w kajcie chodzi.

Gdzie to uprawiać

W Polsce kajciarze najczęściej ściągają nad Zatokę Pucką. Dominika Derżecka mówi, że to idealne miejsce na naukę, bo jest tam płytko, często wieje równo i mocno, obywa się bez niespodzianek typu rafa bądź rekin. Wreszcie, co nie jest wcale takie oczywiste, woda w zatoce nie jest bardzo słona, a podczas nauki, kiedy od niechcianych kąpieli się nie ucieknie, ma to swoje zalety. Kajciarze widywani są również na jeziorach, ale Ziomek uważa, że pływanie na tego rodzaju akwenach to już nie przyjemność, a raczej walka z żywiołami, przede wszystkim ze względu na zdarzające się tam szkwały oraz turbulencje – nieobyty z takimi warunkami kajciarz może łatwo stracić kontrolę nad latawcem.

Generalnie w Polsce – jak mówią kajciarze – pływa się na prognozę, która miewa to do siebie, że się czasem nie sprawdza. Wtedy miłośnicy kajta piszą na forach: darłem do Władka przez całą noc, poleżałem na wydmach i z powrotem.

Pewniejsze miejsca ze zdecydowanie przyjemniejszym klimatem to wybrzeża Hiszpanii, Egiptu, greckie wyspy, gdzie działają zresztą polskie szkoły, a także wszystkie lokalizacje w obrębie stałych, termicznych wiatrów. – Pod względem pogodowym na Kanary można jechać w ciemno – mówi Derżecka. Ziomek pływał już na całym świecie – od wybrzeży Nowej Zelandii po Bahamy. – Gdzie najchętniej wracam? Do Brazylii – mówi bez chwili zastanowienia.

Czy to jest bezpieczne

Instruktorzy kajta reklamują, że jest to rozrywka dla każdego, przez co rozumieją nawet osoby niepotrafiące pływać. – Miałam paru takich kursantów. Ukończyli szkolenie – wspomina Derżecka. Mariusz Ziomek uważa jednak, że pchanie się na wodę bez umiejętności pływania to pomysł szaleńczy, choć kajciarze ubrani są w pianki, a nawet w kamizelki poprawiające wyporność. – Poza tym pływanie wyrabia koordynację ruchów, która bardzo kajtową edukację ułatwia.

Ziomek tymczasem cieszy się, że minął już okres, gdy trzeba było przekonywać, że kitesurfing to rozrywka nieodpowiedzialnych ryzykantów. Na pewno niesie ze sobą ryzyko, zdarzały się nawet wypadki śmiertelne, jak kilka lat temu na Jeziorze Zegrzyńskim, kiedy zginął doświadczony kajciarz – pływał blisko brzegu, gdy nagły szkwał porwał latawiec, a mężczyzna uderzył w betonowy słup.

Wszyscy instruktorzy powtarzają jak zaklęcie: poziom bezpieczeństwa jest wprost proporcjonalny do wyobraźni użytkownika sprzętu.I odwrotnie proporcjonalny do umiejętności. Im ktoś na desce z latawcem pewniej się czuje, tym chętniej porywa się na cyrkowe ewolucje, z których nie zawsze wychodzi się cało. Więc te środowiskowe legendy o połamanych żebrach, przestawionych kręgach i zerwanych więzadłach na pewno pochodzą z ogródka freestylowców. Początkujący nie mają się czego obawiać, chyba że przyjdzie któremuś do głowy wykonać skok na wodzie po kostki – twierdzi Ziomek.

Wysiłki producentów sprzętu idą nie tylko w kierunku zapewnienia kitesurferowi precyzyjnej kontroli nad latawcem, ale przede wszystkim – zwiększenia u niego poczucia bezpieczeństwa. Teraz jednym pociągnięciem za linki można pozbawić latawiec mocy – nie odleci, ale sflaczeje i sytuacja wraca pod kontrolę. Dominika Derżecka mówi, że w kajcie liczy się chłodna głowa i umiejętność odtwarzania w razie zagrożenia krok po kroku instrukcji postępowania wbijanej do głowy podczas szkolenia. – Niedawno miałam nieprzyjemną sytuację podczas wypadu na Lanzarote. Byłam jakieś 200 m od brzegu, gdy przyszła fala wysokości ok. 2,5 m. Niestety mnie nakryła, a pod wodą linki latawca zaplątały mi się wokół szyi. Miałam do wyboru: wypiąć latawiec albo wynurzyć się w tę stronę, gdzie mnie ciągnął. Wybrałam drugą opcję i się udało. Ale trochę mi adrenalina skoczyła – opowiada.

Czy to jest „wow”

Dla ilu kursantów kajt staje się hobby numer jeden? Ziomek: – Trudno powiedzieć. Ale teraz, w sezonie trwającym mniej więcej od maja do września, na Zatoce Puckiej jest już więcej kitesurferów niż windsurferów.

Swego czasu deskarze z żaglem patrzyli na towarzystwo z latawcami z góry.

Było takie wrażenie: my, windsurferzy, w pocie czoła uprawiamy prawdziwy sport, a tu nam się pchają na akwen jakieś małolaty z latawcami, plączą linki wokół żagli, przeszkadzają – twierdzi Michał Zieliński, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Kiteboardingu. Ziomek nie ukrywa, że zrodził się w środowisku wyścig: kto – windsurfer czy kitesurfer – robi większe „wow”, czyli wprawia publiczność na brzegu w zachwyt. – Kajt jest bardziej efektowny, do tego jeszcze wprawna osoba nie ma obaw przed ślizganiem się nieopodal plaży, więc jeśli wie, jak zrobić wrażenie, to z tego korzysta, powiedzmy, towarzysko. Natomiast windsurfer jest niejako skazany na pływanie z dala od brzegu, a więc i od widowni. Czuje się niedoceniany – uważa Ziomek.

Teraz w środowisku pojawił się kolejny punkt zapalny: lobbing na rzecz włączenia kitesurfingu do programu letnich igrzysk olimpijskich. – A dla dwóch bardzo podobnych dyscyplin jest za ciasno. Na razie pozycja windsurfingu wydaje się niezagrożona, ale za kajtem przemawiają mniejsze wymagania wiatrowe. Jak dobrze pójdzie – na igrzyskach w Rio za cztery lata kajt będzie dyscypliną pokazową – uważa Zieliński.

Mariusz Ziomek radzi, by uważać, bo łatwo dla kajta stracić głowę. Poznałem ludzi, którzy tak wpadli, że zmienili swoje całe życie: rzucali pracę, czasem świetnie płatną, i przeprowadzali się na północ, byle bliżej morza. Żyją skromniej, ale pływają, kiedy mają ochotę – opowiada. W teorii sezon trwa wprawdzie przez pięć wiosenno-letnich miesięcy, ale prawdziwych maniaków kajta można spotkać na Zatoce Puckiej również w scenerii zimowej, przekonuje Ziomek, który jedno z pierwszych marcowych popołudni też spędził na wodzie. Dobrze wiało, szkoda było przegapić.

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną