Kustosz dźwięków zapomnianych
Co znakomity dyrygent Łukasz Borowicz odnajduje w swoich dwu wielkich pasjach: kolekcjonerstwie płyt i odtwarzaniu zapoznanych dzieł muzycznych.
Łukasz Borowicz prowadzi wiele orkiestr, ale od pięciu lat ma swoją: jest szefem Polskiej Orkiestry Radiowej.
Tadeusz Późniak/Polityka

Łukasz Borowicz prowadzi wiele orkiestr, ale od pięciu lat ma swoją: jest szefem Polskiej Orkiestry Radiowej.

„Przygodę króla Artura” – komiczną operę radiową Grażyny Bacewicz, której nikt nie wykonywał od lat 60., Borowicz nagrał na zamówienie i z inicjatywy radiowej Dwójki.
Archiwum prywatne

„Przygodę króla Artura” – komiczną operę radiową Grażyny Bacewicz, której nikt nie wykonywał od lat 60., Borowicz nagrał na zamówienie i z inicjatywy radiowej Dwójki.

Zapomniane opery zagraniczne Borowicz wykonuje od kilku lat na Wielkanocnych Festiwalach Beethovenowskich. Pierwszą była „Lodoïska” Luigiego Cherubiniego.
Archiwum prywatne

Zapomniane opery zagraniczne Borowicz wykonuje od kilku lat na Wielkanocnych Festiwalach Beethovenowskich. Pierwszą była „Lodoïska” Luigiego Cherubiniego.

Ma 35 lat i jest chyba najbardziej pracowitym muzykiem swego pokolenia. Dyryguje repertuarem bardzo różnym, od klasyki poprzez operę po dzieła współczesne, a nawet muzykę filmową. Można go spotkać zarówno na estradzie filharmonicznej, jak w kanale operowym, a płyt nagrał już tyle, że sam ich nie liczy. Publiczność ujmuje młodzieńczą energią i entuzjazmem.

Prowadzi wiele orkiestr, ale od pięciu lat ma swoją: jest szefem Polskiej Orkiestry Radiowej. M.in. za jej „efektowne wydobycie z zapaści” (już w pierwszym roku współpracy!) otrzymał Paszport POLITYKI za 2007 r.

Płyty zbiera od szkoły podstawowej. I właśnie ta pasja kolekcjonerska, a raczej braki w płytotece, doprowadziły go do tego, co dziś absorbuje go najbardziej: –Odkrywanie nieznanych dzieł, czym się zajmuję, jest konsekwencją moich młodzieńczych marzeń o muzyce, której chciałbym posłuchać, a nie mam możliwości, bo nie została nagrana.

Ocalić od zapomnienia

Borowicz przywrócił do życia ogrom zapomnianych polskich utworów, które dzięki nagraniom wracają do szerszego życia muzycznego. Najbardziej spektakularnym przykładem była opera „Maria” Romana Statkowskiego, twórcy z przełomu XIX i XX w., z librettem opartym na poemacie romantycznym Antoniego Malczewskiego. Przypadkiem usłyszał fragment jej nagrania znajomy dyrektora prestiżowego festiwalu w Wexford w Irlandii, poświęconego operom mało znanym. Jesienią zeszłego roku dzieło zostało tam wykonane i entuzjastycznie przyjęte.

„Przygodę króla Artura” – komiczną operę radiową Grażyny Bacewicz, której nikt nie wykonywał od lat 60., Borowicz nagrał na zamówienie i z inicjatywy radiowej Dwójki. „Bezdomna jaskółka” Szymona Laksa (1901–83), kompozytora, który był kapelmistrzem męskiej orkiestry w Auschwitz, została przypomniana z inicjatywy Franka Hardersa-Wuthenowa, niemieckiego przedstawiciela firmy wydawniczej Boosey&Hawkes. Sam Borowicz zainicjował pierwsze współczesne wykonanie zapomnianej opery „Monbar, czyli Flibustierowie” Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, kolegi Chopina z klasy Józefa Elsnera (płytę wydało właśnie Polskie Radio).

Po raz pierwszy i ostatni wystawiono dzieło w Warszawie w 1863 r. Powołanie go do życia na nowo łączyło się z ogromną pracą: trzeba było dokonać setek fotografii jedynej partytury zachowanej w formie rękopisu; benedyktyńską pracę wykonał edytor nut, który je przepisał i opracował.

Zapomniane opery zagraniczne Borowicz wykonuje od kilku lat na Wielkanocnych Festiwalach Beethovenowskich. Pierwszą była „Lodoïska” Luigiego Cherubiniego; tytuł to rzekomo polskie imię głównej bohaterki. W swoich czasach była bardzo popularna.

Często o losie dzieł decyduje przypadek. – W XIX w. opery powstawały w olbrzymiej liczbie. Nic więc dziwnego, że nie wszystkie się ostały, ale różne na to wpływały czynniki, więc mogły się zdarzyć nieporozumienia – tłumaczy dyrygent. – Ja, kiedy zabieram się do pracy nad danym dziełem, szukam jego adwokatów. W przypadku „Lodoïski” był nim Beethoven, który na tyle cenił tę operę, że oparł na niej własnego „Fidelia”. „Euryanthe” zachwycał się Gustav Mahler i wykonywał ją wielokrotnie.

Coraz częściej Borowicz, prowadząc Polską Orkiestrę Radiową, współpracuje także z zachodnimi firmami płytowymi. Utwory symfoniczne neoromantycznego kompozytora Zygmunta Noskowskiego wydała w koprodukcji z Polskim Radiem szwedzka firma Sterling. Dla znanej wytwórni Naxos – tym razem z orkiestrą Filharmonii Poznańskiej, której jest pierwszym gościnnym dyrygentem – nagrał utwory Franza Xavera Scharwenki, kompozytora z przełomu XIX /XX w. związanego z Wielkopolską.

Często kompozytorzy, którzy nam w kraju wydają się popularni, na świecie nie są znani – mówi dyrygent. Tak jest z Grażyną Bacewicz, za życia bardzo cenioną, później przez wiele lat znajdującą się w cieniu, dziś przywracaną słuchaczom. Także dzięki wydaniu przez brytyjską firmę Chandos wszystkich jej koncertów skrzypcowych wykonanych przez Joannę Kurkowicz z towarzyszeniem POR pod dyrekcją Borowicza. Z kolei niemiecka firma cpo (Classic Produktion Osnabrück) wydaje stopniowo, również pod jego batutą, komplet muzyki symfonicznej Andrzeja Panufnika, świetnie znanego w Anglii, ale w Niemczech, jak dotąd, prawie wcale.

Borowicz nagrał część tych płyt z berlińską Konzerthausorchester. W jej siedzibie, słynnym Konzerthaus na Gendarmenmarkt, w styczniu 2012 r. poprowadził trzykrotnie koncert muzyki polskiej pod hasłem „Chopiniana”. W programie znalazł się też utwór Panufnika. – Opowiedziałem orkiestrze historię życia kompozytora. Po paru sesjach nagraniowych rozsmakowali się w tej muzyce. Nie zapomnę, jak nagrywaliśmy „Sinfonia Sacra”: niemiecka orkiestra grała cytowaną tam „Bogurodzicę” z prawdziwym przejęciem.

Dla innej niemieckiej firmy, Orfeo, Borowicz nagrał z POR płytę recitalową z repertuarem słowiańskim Piotra Beczały, bywalca najważniejszych scen świata z nowojorską Met na czele. Recital arii słowiańskich zrealizował także z równie słynnym barytonem Mariuszem Kwietniem. Część tych arii – rosyjskich, czeskich i polskich – również była dotąd nieznana.

Falstaff z second-handu

Kiedy Łukasz Borowicz opowiada o płytach, które sam zbiera, entuzjazmuje się: – To jak zbieranie znaczków. Łatwo dostać płytę znajdującą się w katalogu firmy, trudniej natomiast wycofane albo poprzednie edycje z inną szatą graficzną. Szperając w płytowych second handach wiem, co jest białym krukiem. Mam więc np. „Kawalera srebrnej róży” Richarda Straussa pod dyrekcją Georga Soltiego, wydanego przez Deccę, w trzech szatach graficznych, choć nagranie jest to samo. Podobnie z „Falstaffem” pod Karajanem: wydała go Deutsche Grammophon, ale była też jedna edycja Philipsa, o której nawet nie wiedziałem; kiedy wziąłem ją do rąk, pomyślałem, że to jak znaczek ze skazą fabryczną, którego wszyscy szukają. Białymi krukami są też płyty firm, które już dziś nie istnieją albo przestawiły się na inny repertuar. A jeśli jakieś stare nagrania są wydawane w zbiorowych boksach, z wieloma płytami w papierowych kopertkach, dla kolekcjonera punktem honoru jest posiadanie pierwszych edycji poszczególnych płyt.

Obok kompaktów ma i płyty winylowe: – Kiedyś graficy mogli sobie poszaleć z projektami okładek, zwłaszcza w epoce longplayów. Płyta kompaktowa była już olbrzymim kompromisem – wszystko trzeba było zmieścić na mniejszej powierzchni. A w epoce mp3, która już się zaczyna, zapewne zabraknie dla grafików pracy.

Co uważa za najcenniejszą część swojej kolekcji? Nagrania dawnych mistrzów batuty. Zwłaszcza tych, którzy wyprzedzali epokę. – Są dyrygenci, których wykonania po 60–70 latach porażają: człowiek uświadamia sobie, że wszystko już było. Ja staram się mieć, i już jestem tego blisko, prawie wszystkie nagrania, które pozostawił po sobie Fritz Reiner. On nagrał parę symfonii Mozarta w sposób antycypujący większość odkryć z lat 70. i 80. na temat sposobu grania tej muzyki. To samo nas uderzy, jeśli posłuchamy „Eroiki” Beethovena pod batutą Artura Toscaniniego i porównamy ją ze współczesnym nagraniem Johna Eliota Gardinera. Ogromnie podobne podejście do rytmu, kwestii akcentów, faktury. Reiner jest dla mnie numerem jeden. On przedstawia świat taki, jaki jest.

Ale z drugiej strony są dyrygenci, którzy kreują muzykę taką, jaką widzą ją oni sami. – Kimś, kto wszystko zmieniał, zamazywał nawet w jakimś sensie kompozytora na okładce i na każdej stronie pilnował, żeby była pieczątka z jego imieniem i nazwiskiem, był Leopold Stokowski. Niezwykły wizjoner. Nawet po dziewięćdziesiątce wytwarzał w muzykach energię, której sam fizycznie już nie miał. Biegunowa postać w stosunku do Reinera. Dla mnie te dwie postaci muzyczne są najciekawsze.

Okruchy historii

Kiedyś Borowiczowi trafiła się kolekcja winyli po pewnym zmarłym zbieraczu, który pracowicie wycinał recenzje o swoich płytach z prasy zagranicznej, często dopisując na marginesie własne komentarze. – Nie tylko to było dla mnie fascynujące, ale i to, że na drugiej stronie gazety zobaczyłem reklamę nowego samochodu, który dziś byłby gwiazdą zjazdu oldsmobile’ów. Albo nieistniejącej już linii lotniczej Pan American.

Ma też wyciąg fortepianowy młodzieńczej opery Wagnera „Rienzi”, rzadko dziś wykonywanej z powodu długości oraz słabości libretta, ale zapewne i dlatego, że było to jedno z ulubionych dzieł Hitlera. Na tych nutach są zapiski kogoś, kto pracował nad inscenizacją w latach 30. we Lwowie. – Tuż przed totalną katastrofą. To jak przesłanie z Atlantydy, z zaginionego świata.

Podobnego uczucia doznał Borowicz w Montevideo, w Urugwaju. W lecie 2011 r. na otwarcie tamtejszej opery (odbudowywanej po pożarze przez 40 lat) dyrygował „Eugeniuszem Onieginem” Czajkowskiego; było to pierwsze wykonanie tego dzieła w tym miejscu (– Zwykle dokonuję współczesnych prawykonań nieznanych utworów, tym razem poprowadziłem prawykonanie Czajkowskiego). W niedzielę poszedł na targ staroci i z zafascynowaniem oglądał pozostałości świata, którego już nie ma: zepsute przedwojenne zabawki, koniki na biegunach, ale bez głowy, zardzewiałe małe samochodziki. No i pieniądze, które emigranci przywieźli uciekając z Europy przed wojną, biedą, totalitaryzmami, a które tam okazały się świstkami papieru.

Udało mi się kupić za trzy dolary 1000 koron austro-węgierskich. Rok wydania 1902, czyli Mahler mógł z nimi pójść na zakupy. Banknot bardzo niepraktyczny, bo duży. Urzekło mnie, że są na nim napisy we wszystkich językach narodów cesarstwa; także po polsku „tysiąc koron”. Ten pieniądz, podobnie, jak dziś euro, funkcjonował prawie w całej Europie.

Historia poprzez przedmioty, ale i poprzez książki, fascynuje dyrygenta. –Szczególnie interesują mnie historie rewolucji, ich mechanizm. Potem można lepiej zrozumieć pewne mechanizmy w muzyce. Nie mówię tylko o utworach, które o rewolucji opowiadają, jak opera Umberta Giordano „Andrea Chenier”, ale np. o rewolucjach, które się dokonały w muzyce XX w. Bez historii muzyka nie istnieje.

Dorota Szwarcman
krytyk muzyczny polityki
poleca płyty pod batutą Łukasza Borowicza

Slavic Opera Arias, Piotr Beczała, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Orfeo

Slavic Heroes, Mariusz Kwiecień, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Harmonia Mundi

Pieśni i arie, Artur Ruciński, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Polskie Radio

Roman Statkowski, Maria, soliści, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Polskie Radio

Grażyna Bacewicz, Przygoda króla Artura, soliści, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Polskie Radio

Grażyna Bacewicz, Violin Concertos, Joanna Kurkowicz, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Chandos

Andrzej Panufnik, Symphonic Works, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. CPO

Luigi Cherubini, Lodoïska, soliści, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Polskie Radio

Louis Spohr, Der Berggeist, soliści, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Polskie Radio

Carl Maria Weber, Euryanthe, soliści, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Polskie Radio

Gaetano Donizetti, Maria Padilla, soliści, Polska Orkiestra Radiowa, wyd. Polskie Radio

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną