Ludzie i style

Efekt żurku

Jaki obraz Polski zapamiętają zagraniczni kibice?

Polscy kibice zasłynęli z dopingu na meczach siatkarskich. Czy podobną sławę zdobędą wspierając piłkarzy podczas Euro? Polscy kibice zasłynęli z dopingu na meczach siatkarskich. Czy podobną sławę zdobędą wspierając piłkarzy podczas Euro? Michał Tuliński / Forum
Na Euro może przyjechać nawet milion kibiców. Tylu obcokrajowców nie przemieszczało się po naszych ziemiach od drugiej wojny światowej. Co powiedzą nam o Polsce?
Wizerunek Polski i Polaków na świecie powoli, lecz stopniowo się zmienia, ale jak na razie trudno mówić o przełomie.Michał Tuliński/Forum Wizerunek Polski i Polaków na świecie powoli, lecz stopniowo się zmienia, ale jak na razie trudno mówić o przełomie.
Kontrowersyjny plakat, który jakoby zawiera błąd językowy, to część rządowej kampanii „Polacy 2012. Wszyscy jesteśmy gospodarzami”.materiały prasowe Kontrowersyjny plakat, który jakoby zawiera błąd językowy, to część rządowej kampanii „Polacy 2012. Wszyscy jesteśmy gospodarzami”.

Rzadko się zdarza, by jeden z trzech sportowych spektakli o globalnym zasięgu – olimpiadę, mundial bądź Euro – gościły państwa szerzej w świecie nieznane. Polak na Dalekim Wschodzie, w Afryce albo w obu Amerykach brany jest zazwyczaj za Holendra, bo po angielsku Poland, nawet z przesadnie zaakcentowanym „p”, zabrzmi w nienawykłym uchu jak Holland. I im dalej od Polski, tym częściej Polacy odbierają gratulacje za holenderskie sukcesy, zwłaszcza piłkarskie, jak za wicemistrzostwo świata z 2010 r. Ukraina, największe państwo leżące w całości w Europie, nadal przez wielu mieszkańców kontynentu uważane jest za część Rosji. Dlatego niemiecki tygodnik „Der Spiegel” przestrzega kibiców zza Odry, by na Ukrainie broń boże nie mylili jej z Rosją (a będąc w Polsce nie krytykowali Jana Pawła II).

Po Euro będziemy znacznie lepiej rozpoznawani. Nie może być inaczej, skoro podczas mistrzostw po Polsce krążyć ma kilka tysięcy dziennikarzy, w tym dwustu z Chin, i trudna do przewidzenia liczba kibiców, co najmniej kilkaset tysięcy, może nawet milion. Byłoby ich więcej, gdyby w fazie grupowej grały u nas reprezentacje Niemiec i Holandii. Jednak z grona faworytów do mistrzostwa, w grupie zagrają u nas tylko Hiszpanie i Włosi, reszta pretendentów do tytułu zaczyna na Ukrainie i dopiero w drugiej połowie czerwca (ćwierćfinały) pojawi się na polskich stadionach. To wtedy przyciągnie do nas najwięcej kibiców.

Prężnie i tropikalnie

Cudzoziemcy mieszkający w Polsce zwracają czasem uwagę na podobno bardzo polskie pytanie: częściej niż inne nacje chcemy wiedzieć, co myśli i wie cudzoziemiec o naszym kraju. No więc pytamy.

Taki np. Leonardo Faccio, z wyboru barcelończyk, z urodzenia Argentyńczyk, reporter i autor głośnej ostatnio książki o Lionelu Messim (Argentyńczyku i piłkarzu FC Barcelona), wie, że Polska miała znakomitą reprezentację piłkarską w latach 70. i 80. – Inne skojarzenie z Polską? Oczywiście Jan Paweł II. W kręgu moich hiszpańskich przyjaciół Polskę kojarzy się jeszcze z tragedią Holocaustu. Dla mnie osobiście to kraj dwóch ludzi, którzy wpłynęli na mój sposób patrzenia na świat: Ryszarda Kapuścińskiego i Bronisława Malinowskiego. Tu akurat Faccio jest raczej nietypowy.

Polska w związku z Euro nie stała się w Hiszpanii powszechnym tematem rozmów, częściej mówi się o Ukrainie, za sprawą dyskusji o politycznym bojkocie rozgrywek. – Działa mechanizm, że newsem jest tylko zła informacja, w tym przypadku problemy z przestrzeganiem praw człowieka na Ukrainie – mówi Roberto Herrscher, profesor dziennikarstwa na uniwersytecie w Barcelonie. – W tym kontekście Polska nie budzi zastrzeżeń czy obaw. Prawdę mówiąc, Hiszpanie są dzisiaj tak zwróceni ku swoim sprawom i zaprzątnięci niepokojem o przyszłość, bezrobociem, brakiem perspektyw, że bezpieczeństwo kibiców, którzy jadą na Euro, znajduje się na 437 miejscu w rankingu hiszpańskich zmartwień.

Sposoby podróżowania po Polsce analizują za to Włosi. Italia będzie grupowym rywalem Hiszpanii, gra więc w Gdańsku i Poznaniu. Całe Włochy z uwagą czytały majowy artykuł z dziennika „Corriere della Sera” odnotowujący, że próba budowy tysięcy kilometrów autostrad przerosła nasze możliwości. „Corriere” radzi czytelnikom, by wybrali samolot. Niezły pomysł, biorąc pod uwagę, że podróż lądowa, czy to pociągiem, czy autem z Gdańska do Poznania lub Warszawy, trwa aż 5 godzin. Choć początkowo dość niechętnie zareagowali na przegraną z Polską i Ukrainą o prawo do organizacji mistrzostw, Włosi, pamiętający polskiego papieża i Zbigniewa Bońka, tradycyjnie i nieco na wyrost postrzegają Polskę jako kraj sympatyczny, prężny i pełen paradoksów. Artykuł w „Corriere” kończy się ciekawie: plany może pokrzyżować pogoda, gdyż właśnie w czerwcu padają w Polsce najbardziej ulewne, wręcz tropikalne deszcze. Dziennik „Il Giornale” zachęca do spaceru po warszawskiej Pradze, twierdzi też, że w taksówkach można płacić kartą, w sklepach można kupić rzeczy niezbyt wysokiej jakości, za to tanie, a ze wszystkimi polskimi sprzedawcami można się dogadać po angielsku.

Nowy stereotyp

Włosi na swą bazę wybrali Kraków. W Krakowie zamieszkają też Szwedzi, którzy w grupie grają na Ukrainie, m.in. z gospodarzami. W nieodległej Szwecji Polska jest krajem właściwie niezauważalnym i nadchodzące Euro niewiele tu zmieniło. Ostatnio w sztokholmskich tramwajach zawisły reklamy namawiające do odwiedzenia Polski, jednak generalnie Szwedzi wolą jeździć do miejsc cieplejszych, ze znacznie bardziej ustabilizowaną pogodą. Niemniej w ciągu ostatnich lat tradycyjny obraz Polski w Szwecji zmienił się wyraźnie na korzyść, być może dlatego, że szwedzka prasa nie relacjonuje kuriozalnych meandrów naszego życia politycznego, więc twarzą Polski nie są politycy, lecz pracownicy, uważani za sumiennych i energicznych. Prasa ekonomiczna za to drobiazgowo odnotowuje nasz sukces gospodarczy.

To nowy już i trwały stereotyp, powtarzany bez związków z turniejem: polska gospodarka radzi sobie świetnie, jesteście prymusami Europy. Wydłuża się katalog polskich marek, to już nie tylko papież, Lech Wałęsa, Chopin, ewentualnie Maria Skłodowska-Curie, ale także dwie dekady udanej transformacji – historia zna mało takich sukcesów, piszą nawet niemieckie gazety.

Od 2008 r. zajmuję się przede wszystkim objaśnianiem, dlaczego Polska radzi sobie lepiej niż reszta Europy – mówi Jan Cieński, warszawski korespondent brytyjskiego dziennika „Financial Times”, czytanego z uwagą przez osławione rynki finansowe.

Menedżerowie decydujący o inwestycjach na wszelkich tzw. rynkach wzrostowych uznają Polskę za jedno z najbardziej obiecujących miejsc, obok m.in. Brazylii, Chin i Indii oferujących najwyższe stopy zwrotu – dodaje min. Beata Stelmach, odpowiedzialna w MSZ za promocję Polski, która do dyplomacji przyszła z biznesu.

Polska dla rynków to – w porównaniu z Europą Zachodnią – nadal bardzo biedny kraj z bardzo tanią siłą roboczą, który stara się jak najszybciej dogonić zachodni poziom życia. Rynki zauważają jednak ambitny program infrastrukturalny, bo kto poważnie myślał jeszcze 5 lat temu o autostradzie łączącej Warszawę z Berlinem? Wreszcie polscy przedsiębiorcy od zera, bez kapitału i mimo olbrzymiej biurokracji, zdołali stworzyć ciekawe i szybko rosnące firmy. Jest i łyżka dziegciu. Specjaliści od promocji zwracają uwagę, że okołoturniejowe zainteresowanie minie po kilku tygodniach, Euro szybko zostanie przyćmione londyńskimi igrzyskami, podobnie minie zachwyt nad nowymi autostradami i przyjdzie czas na wytykanie minusów. – Na rynkach narasta przekonanie, że jeśli Polska nie zwiększy nakładów na innowacyjność i edukację, to nigdy nie dogoni Europy Zachodniej – mówi Cieński.

Dla polskiej samooceny szczególnie ważne jest, co myślą o nas Niemcy z którymi biało-czerwoni mogą zagrać w Gdańsku albo w Warszawie, oczywiście pod warunkiem, że i Polacy, i Niemcy wyjdą ze swoich grup. Piłkarski kompleks – nigdy z Niemcami nie wygraliśmy, choć ostatnio od zwycięstwa dzieliły nas sekundy i pechowe poślizgnięcie jednego z polskich obrońców – pozostaje niezmienny i jest tak samo silny jak kompleks gospodarczy.

„Süddeutsche Zeitung” zauważa – to akurat prawda – że polska infrastruktura jest na poziomie kraju rozwijającego się, jednak ton opisu się zmienia. „Der Spiegel”, przed laty krytyczny dla Polski, pisze wręcz teraz o „wzorowym uczniu”, zwłaszcza na tle regionu. Dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” budowa nowych dróg to symboliczny rozbrat Polaków z tradycyjnym niedbalstwem. Nielicznym Niemcom, którzy znają statystyki, stopień powiązań obu gospodarek i rosnącą pozycję Polski w Unii, nie wypada już mówić o Polnische Wirtschaft, a jeśli, to w tonie uznania. Zresztą to sformułowanie niewiele mówi najmłodszym Niemcom, tak jak dowcipy o kradzionych samochodach. Bo Polska w Niemczech jest wciąż słabo rozpoznawalna, czego nie zmienia kilku dobrych polskich piłkarzy grających w Niemczech.

Za kopiejki

Także Rosjanie nie zmienili opinii o Polsce (układającej się w ciąg: Smoleńsk, Katyń, Ribbentrop-Mołotow, tarcza antyrakietowa, ostatnio gaz łupkowy). To nasi grupowi rywale (mecz 12 czerwca w Warszawie). Rosyjscy kibice przylecą lub przyjadą pociągiem, więc autostrady nie były tak ważne jak wizy. Ruchu bezwizowego, o który wnioskowali, nie będzie, ale i tak polski MSZ jest chwalony za tempo wydawania wiz w 30 punktach konsularnych na terenie całej Rosji i za stworzenie tzw. zielonego korytarza na przejściach granicznych.

Rosja sama będzie gospodarzem mundialu w 2018 r. i dokładnie śledzi polskie doświadczenia. „Komsomolskaja Prawda” z nutą zazdrości pisze o Stadionie Narodowym jako o „warszawskim cudzie, wspaniałym obiekcie za jedyne pół miliarda euro”. Korespondenci podkreślali dbałość organizatorów o bezpieczeństwo, nie mogło im się pomieścić w głowie, że stadion w Warszawie nie mógł być otwarty z powodu centymetrowego obsunięcia jednej z bram. Narzekają za to na drogie noclegi, a „Komsomolskaja Prawda” wyliczyła, że bez 5 tys. euro nie ma sensu przyjeżdżać, przy czym w koszt wlicza także fetowanie rosyjskich zwycięstw.

Bardziej obiektywny „Moskowskij Komsomolec” znalazł tanie warszawskie noclegi; wielkim plusem Polski dla Rosjanina mają być umiarkowane ceny żywności, zwłaszcza napojów, w tym alkoholu, oraz dostępność ulicznego, szybkiego jedzenia „za kopiejki”. Rosjan martwi jednak bezpieczeństwo ich kibiców. Dystrybucja biletów była chaotyczna i kompletnie utracono kontrolę nad weryfikacją stadionowych chuliganów. No i kolejny problem: Sborna będzie mieszkać w Bristolu, obok Pałacu Prezydenckiego i areny smoleńskich protestów. Na dodatek władze Warszawy uniemożliwiły związkowi rosyjskich kibiców wynajęcie Torwaru, gdzie miała być strefa rosyjskich kibiców. „Polacy myślą, że będziemy tańczyli na kościach ich ofiar (smoleńskich), ale organizowane tam koncerty jakoś zabawą na kościach nie są” – komentuje Aleksander Szprygin ze związku kibiców. Gdy polska opozycja mówi o rosyjskiej prowokacji, rządowa „Rossijskaja Gazieta”, nadająca oficjalny ton, perypetie związane z Torwarem nazwała „drobnymi problemami technicznymi”.

Wspólne Euro miało być okazją do przełamania blokad w stosunkach z Ukrainą, którą Polska niezmiennie broni przed bojkotem związanym z uwięzieniem Julii Tymoszenko. Wspiera też proeuropejski kurs Kijowa, tyle tylko, że sam prezydent Wiktor Janukowycz musi się zastanowić, który kierunek wybrać, zwłaszcza że Ukrainę niepokoi możliwość zbliżenia polsko-rosyjskiego.

Dla Ukraińców Polska pozostaje obiektem zazdrości, ale też jednym z głównych partnerów handlowych, inwestorem większym niż Niemcy. 54 proc. młodych Ukraińców chciałoby studiować w Polsce, kibice cieszą się z czasowego wstrzymania opłat za polskie wizy. Jednocześnie Ukraińcy zdają sobie sprawę, że Polska lepiej poradziła sobie z finansowaniem imprezy, mając do dyspozycji unijne pieniądze. Ukraina musiała sięgać po fundusze z budżetu i kredyty, a budowaniu towarzyszyła wzmożona korupcja. Nie da się też nie dostrzec, że wizerunek Ukrainy przegrał z wizerunkiem Polski, bo tylko 3 zespoły z 16 będą mieszkały u naszych partnerów.

Będzie spoko?

Tuż przed mistrzostwami złapaliśmy się za głowę, cośmy najlepszego zrobili, skoro goście właśnie pukają do drzwi, a może wypaść beznadziejnie – budowy opóźnione, brak porządnej drogi na Ukrainę, trwa rozpaczliwa próba kończenia autostrady porzuconej przez Chińczyków. Na kilkanaście dni przed mistrzostwami wpadliśmy w taki ton, jakby najważniejsza impreza w historii Polski miała zamienić się w stypę i rację mieli ci, którzy twierdzą, że wróciliśmy do 1989 r. i trzeba zaczynać od początku.

Na pytanie, co będziemy mieli z Euro, od kilku lat próbuje odpowiedzieć zespół socjologów kierowany przez prof. Annę Gizę-Poleszczuk. – Mam nadzieję, że po turnieju odbędzie się wielka narodowa debata, co się właściwie stało i czego się nauczyliśmy. Jak zazwyczaj nie próbujemy zrozumieć przyczyn naszych niepowodzeń – w razie klęski winny zawsze się znajdzie – tak nie analizujemy źródeł sukcesów. Bo nad czym się tu zastanawiać, skoro się udało? – mówi prof. Giza-Poleszczuk. Pewnie będzie „spoko” i mistrzostwa się udadzą, ale z badań wynika, że podczas przygotowań dokładnie odtworzyliśmy schemat naszego zbiorowego działania.

Były wielkie wizje i śmiałe plany nieograniczane głosem rozsądku, późnej wystąpiły tymczasowe trudności i opóźnienia, na koniec mobilizacja i hamletyzowanie. – A przecież są pozytywy – zauważa prof. Giza-Poleszczuk – oprócz lotnisk zbudowaliśmy także nowoczesny wolontariat miejski i sportowy, mniej męczeński niż pomaganie w hospicjach, a tak samo uczący bezinteresowności, integracji i odpowiedzialności. Przy okazji Euro zbudowano również orliki, które w wielu gminach są jedynym eleganckim miejscem, gdzie spotykają się lokalne społeczności, już widać, że za sprawą orlików coraz chętniej uprawiamy sport i ruszamy się na świeżym powietrzu.

Niestety, mistrzostwa od początku organizowano paternalistycznie. – Znów dał o sobie znać rozdźwięk między instytucjami publicznymi a obywatelami, których uznano za roszczeniowych pieniaczy – ubolewa prof. Giza-Poleszczuk. Dlatego akcja wyboru głównej piosenki Euro przebiegała niemrawo, przynajmniej do niespodziewanego zwycięstwa „Koko Euro spoko”, piosenki, która uruchomiła nienadętą i niemonumentalną dyskusję o polskich kompleksach.

Nawet przy tak radosnej okazji jak Euro specustawa („o przygotowaniu finałowego turnieju Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej UEFA EURO 2012” z września 2007 r.) zniosła obowiązek konsultacji społecznych przy zmianie planów zagospodarowania przestrzennego. W efekcie nikt nie rozmawiał z mieszkańcami warszawskiego Kamionka, czyli zapuszczonego sąsiedztwa Stadionu Narodowego w Warszawie, ani z mieszkańcami podobnie zaniedbanych dzielnic Wrocławia i Gdańska, gdzie stanęły stadiony. Tymczasem z doświadczeń innych organizatorów wynika, że podobnych imprez nie uda się przeprowadzić z sukcesem bez uzgodnienia ich z mieszkańcami i z uwzględnieniem wieloletniej perspektywy. Tak jak w Londynie, gdzie przed igrzyskami konsultacje wykorzystano na wielką skalę. Londyńczycy wskazali cele, jakie chcą osiągnąć przy okazji olimpiady. Dlatego mały biznes dostał wsparcie, bezrobotni są aktywizowani, tchnięto nowe życie w zapuszczony East End. A wokół Stadionu Narodowego stanął dwukilometrowy płot.

Nadrobimy dobrą atmosferą i gościnnością – zapewnia min. Beata Stelmach. Do gościnności namawia Polaków rząd kampanią „Wszyscy jesteśmy gospodarzami” i (budzącym dyskusje językoznawców) plakatowym hasłem „Feel like at home”. Choć zespół prof. Gizy-Poleszczuk kilka lat temu naliczył ponad 40 instytucji promujących Polskę i do dziś promocji nie skoordynowano, to tym razem udało się wyprodukować bardzo dobre spoty reklamowe. „Avete żurek?” (Czy macie żurek?) – pyta Włoch kelnera w rzymskiej restauracji. Jest ponura jesień i Włoch z nostalgią wspomina kibicowanie w słonecznej Polsce... Kampania z żurkiem właśnie ruszyła. Wcześniej Ministerstwo Sportu i MSZ zrzuciły się na spoty w CNN i Eurosporcie pokazujące najładniejsze zakątki kraju. Bo grunt to kibiców na Euro ściągnąć i ugościć z nadzieją, że kiedyś powrócą. Tym razem z rodzinami czy w celach biznesowych. Bo tzw. efekt powrotu będzie takim samym sukcesem jak wyjście naszych z grupy.

Tak się złożyło, że turniej Euro jest symbolicznym zwieńczeniem polskiej transformacji. Stać nas już na to, żeby zaprosić do domu gości z całej Europy i pokazać się miliardowi telewidzów. To fakt, że nasz dom jest jeszcze w budowie, a impreza przypomina trochę parapetówkę, ale byłoby wyjątkową niezdarnością, gdybyśmy popsuli sobie wizerunek „nowego, ale sympatycznego i zaradnego sąsiada”, jaki już mamy w Europie.

Polityka 22.2012 (2860) z dnia 30.05.2012; Temat Tygodnia; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Efekt żurku"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną