Ludzie i style

Jak tak wszyscy rykną

Skąd się bierze radość kibicowania?

Współczesne kibicowanie sporo mówi o świecie, w jakim żyjemy. Współczesne kibicowanie sporo mówi o świecie, w jakim żyjemy. Sascha Schuermann/ddp / Forum
Podczas Euro 2012 z równą uwagą co piłkarzom przyjrzeć się warto lokalnym i przyjezdnym fanatykom futbolu. Współczesne kibicowanie sporo mówi o świecie, w jakim żyjemy.
Być może największą wartością Euro 2012 będzie zderzenie się z innymi narodowościami.Sascha Schuermann/ddp/Forum Być może największą wartością Euro 2012 będzie zderzenie się z innymi narodowościami.
Kibicowanie jest nieustanną grą o tożsamość.Milos Bicanski/Getty Images Kibicowanie jest nieustanną grą o tożsamość.

Artykuł w wersji audio

Na Veltins Arenie – stadionie renomowanego niemieckiego klubu Schalke 04 Gelsenkirchen przygodnych przybyszów wprawia w zdumienie pięciokilometrowy rurociąg z lokalnego browaru (sponsora tytularnego klubu). Ale na tej samej Veltins Arenie znajduje się kaplica, w której ochrzczono już około 200 dzieci i zawarto 800 małżeństw. Tak oto kibicowska wspólnota odnajduje się nie tylko na obszarze przynależnym konsumpcji, gdzie piwo leje się strumieniami, ale i w sferach, które z piłką nożną kojarzą się w sposób o wiele mniej oczywisty.

Wspólnotaaaaaaaa

Realizując projekt badawczy „Stadion – Miasto – Kultura. Euro 2012 a przemiany kultury polskiej”, mieliśmy możliwość przeprowadzenia rozmów m.in. z fanatycznymi kibicami polskich drużyn ligowych. I usłyszeliśmy wówczas także takie wyznanie.

„Jak się urodziłem, już wiedziałem, że będę legionistą. Skąd to się wzięło we mnie w ogóle? Przez kolegów. I samo z siebie. Większość oczywiście była za Legią. No i chodzę tak na mecze 10 lat co najmniej, jestem bardzo tym zajarany. Byłem na wielu meczach, na żadnym wyjeździe, zawsze tak u siebie. Planuję na wyjazd jechać tak w tym roku, jakby to dało radę, bo to też ciekawa przygoda. No ale kręci mnie po prostu takie kibicowanie. Na Żylecie [trybunie fanatyków Legii], że przez 90 minut zdzierasz gardło za drużynę i nieraz było tak, że kibice wygrali mecz, bo swoim dopingiem nieśli drużynę, a po prostu ta druga, można powiedzieć, się zesrała. Teraz weszła nowa przyśpiewka, rodzaj dopingu, nawoływanie wojenne, takie po prostu głośne »Aaaaaaaa« [respondent w tym momencie ryknął, prezentując nową formę dopingu]. Piłkarze przeciwnej drużyny wychodzą na mecz i nagle jak z zaskoczenia wszyscy rykną, to po prostu widać, że dresy mają pełne. Siła, emocje. Jak najbardziej”.

W wypowiedziach tego rodzaju kryje się często głębszy sens niż w kilku traktatach z nauk społecznych razem wziętych. Podstawowy wymiar kibicowania – niezależnie, czy odbywa się na stadionie, czy przed telewizyjnym ekranem – sprowadza się do bycia razem. Do doświadczenia, gdy w jednym miejscu spotykają się ludzie różniący się statusem, wykonywanym zawodem, miejscem zamieszkania i wieloma innymi czynnikami. Nie mają raczej wielu okazji, by razem uczestniczyć w tym samym przeżyciu i zdarzeniu.

Ta wspólnota – wykreowana na dwie godziny meczu (a w przypadku takiej imprezy jak Euro do czasu, gdy nasi nie odpadną) – nie ma nic wspólnego z pokutującym wciąż plemiennym wyobrażeniem o kibicowskiej hordzie. Zbiorowości – dodajmy – portretowanej najczęściej niezbyt jasnymi kolorami, utożsamianej z agresywnymi chuliganami, pijanymi barbarianami demolującymi stadiony, miasta i pociągi albo dilerami rozprowadzającymi narkotyki wśród ogłupiałej gawiedzi, pochłoniętej prymitywną rozrywką. „Kibolstwo” (obecne w całej Europie; mitem jest przekonanie, że Anglia, Niemcy czy Holandia rozwiązały ten problem) to głośna, ale marginalna zbiorowość. U nas termin ten uczynił z kibiców wrogów publicznych – chyba bez świadomej intencji obu stron.

Prosument, kibic twórczy

Kibice tworzą jedno ciało. I nie ma w tym stwierdzeniu przesady ani nie jest to metafora. Z antropologicznego punktu widzenia, jakkolwiek praktyk kibicowskich mamy multum, ich mechanizm jest taki sam: ciała kibiców stadionowych harmonizują się, uczestnicząc w procesie, który antropolog Edward T. Hall określił w książce „Taniec życia” mianem dopasowania.

 

Rytmicznie podskakują, „śpiewając i zdzierając gardło”, co przewiduje regulamin kibicowania na wspominanej Żylecie; zresztą każdy szanujący się klub ma podobny zbiór przykazań. Inni robią meksykańską falę (jej odmian jest bez liku: pionowa, poprzeczna, podwójna). W Argentynie kibice po strzeleniu bramki wykonują tak zwaną lawinę – widok kilku tysięcy ludzi zbiegających z trybun pod ogrodzenie zapiera dech zwłaszcza tym, którzy pamiętają stadionowe tragedie, stratowanych i zaduszonych kibiców. W Japonii ultrasi wymachują ogromnymi chorągwiami kojarzącymi się z samurajskimi filmami Kurosawy. W wielu miejscach, które – jak na przykład Skandynawia – nie kojarzą się z żywiołowym dopingiem, powrócono do odpalania rac; spróbowano nawet tę formę oprawy meczowej zalegalizować. W innych krajach – przykładem niechaj będą Niemcy – na stadionach wydzielone są sektory dla tych, którzy chcą oglądać mecz stojąc; o powrocie takich sektorów dyskutuje się żywo na Wyspach Brytyjskich (Anglicy, po tragedii w Sheffield w 1988 r., gdy podczas meczu zginęło 96 kibiców Liverpoolu, przeżyli szczególną traumę). Na tle tych przejawów liberalizacji form kibicowania polskie przepisy dotyczące dopingu stadionowego jawią się jako restrykcyjne.

 

Wspólnota kibicowska, oczywiście, nie wyczerpuje się we wspólnym byciu ciał. Być może najlepiej sens kibicowania określił znany angielski pisarz i zagorzały kibic Arsenalu Londyn, Nick Hornby w „Gorączce futbolowej”: „Jedno jest pewne: życie kibica to nie zastępcza przyjemność mimo pozorów, a ci, którzy twierdzą, że woleliby raczej coś robić, niż oglądać, nie rozumieją, w czym rzecz. Piłka nożna to zjawisko, w którym oglądanie staje się robieniem”.

Odwołując się do klasyki nauk społecznych, można rzec, że kibice są doskonałą realizacją postawy prosumenckiej, którą przed 30 laty przewidywał w „Trzeciej fali” Alvin Toffler. Doczekaliśmy momentu, gdy kibic jest nie tylko konsumentem boiskowych wrażeń, ale także producentem treści.

Po pierwsze, kibice produkują teksty, którymi wymieniają się z innymi kibicami. Czyniąc autoetnograficzne wyznanie, mogę powiedzieć, że podczas meczu reprezentacji Polski piszę średnio około pięciu esemesów w bieżących futbolowych sprawach i mniej więcej tyleż otrzymuję wiadomości zwrotnych. Inni, w przerwie meczu, eksploatują się na portalach społecznościowych, komentują, dopowiadają i szydzą.

Ultrasi, najbardziej fanatyczni kibice drużyn klubowych, wytwarzają trudną do ogarnięcia ilość „produktów”: od vlepek (naklejki np. na szyby autobusów – w wielu przypadkach pomysłowe i o niezłej jakości artystycznej) po sektorówki – olbrzymie, kilkudziesięciometrowe bannery, których wytworzenie wymaga i czasu, i nakładów (zrzuta dokonywana jest co łaska, podczas meczów). Geneza tak zwanych opraw meczowych nie jest do końca rozpoznana: jedni wskazują tu na Amerykę Południową i ruch tamtejszych preultrasów już w latach 30., większość przywołuje włoskich tifosi z lat 60. ubiegłego stulecia.

Po wtóre, równie istotne jak produktywność tekstualna jest wytwarzanie przez kibiców znaczeń. Bycie razem wymaga wspólnych symboli, które nie ograniczają się do barw klubowych bądź reprezentacyjnych i wspominania piłkarskich świętych. Kluby wynajdują swoją tradycję i rekonstruują tożsamość, już to czcząc żołnierzy wyklętych (jak Legia czy Lechia Gdańsk), już to podpinając się pod któreś z lokalnych powstań.

Międzynarodowy kibic narodowy

A czym jest dla kibica drużyna narodowa? Zawoalowany jest w tym pytaniu problem ogólniejszy: czym jest naród w czasach globalizacji i płynności kulturowej? Dylematy Jana Tomaszewskiego – człowieka, który ongiś zatrzymał Anglię, a niedawno chciał powstrzymać francusko-niemiecką nawałnicę, kalającą nieskażony czysty polski futbol (i został powstrzymany przez kolegów z PiS) – nie są bynajmniej oryginalne. Czy Otto Rehhagel, niemiecki trener, który doprowadził Grecję do mistrzostwa Europy, nadal może być w Atenach bohaterem narodowym w chwili, gdy kanclerz Merkel przykręca śrubę Hellenom? Co mają powiedzieć Słowacy, którzy mają w swoich barwach piłkarza urodzonego w Togo, wychowanego w Niemczech i bez żadnych słowiańskich koneksji rodzinnych?

By rzecz skomplikować jeszcze bardziej, odwołajmy się do przypadku Macedonii. Tamtejsi kibice (oraz kibice najważniejszego klubu – Vardaru Skopje) lżą swoją reprezentację, w której grają Albańczycy, oszczędzając przy tym największą gwiazdę (Albańczyka, a jakże, który w pamiętnym meczu dla macedońskiego futbolu strzelił Anglikom bramkę wprost z rzutu rożnego). Równocześnie drużynie narodowej przydano miano Macedońskiej Falangi, nawiązując w ten sposób do falangistów Aleksandra Macedońskiego, od którego – przynajmniej w dominującym dyskursie politycznym – bałkański naród się wywodzi.

Kibicowanie jest więc nieustanną grą o tożsamość, a piłka nożna – jako epicka opowieść o zmaganiach drużyny – wyznacza pole kreowania banalnego nacjonalizmu, by odwołać się do klasycznego już tytułu książki Michela Billiga.

Na szczęście są kibice niezapominający, że futbol jest także (albo przede wszystkim) sferą ludyzmu, humoru, dystansu i autoironii. Niepokonani wydają się tu kibice Hartlepool United, klubu z rewirów trzeciej ligi angielskiej, których hymn jest miksem potocznych, lokalnych i ogólnonarodowych motywów: „My brother’s in borstal (Mój brat jest w poprawczaku)/My sister’s got pox (Moja siostra ma syfa)/My mother’s a whore down on Hartlepool docks (Moja matka jest dziwką w dokach Hartlepool)/My uncle’s a pervert (Mój wujek jest zboczeńcem)/My auntie’s gone mad (Moja ciotka zwariowała)/And Jack the Ripper’s my dad (A Kuba Rozpruwacz jest moim tatą).

Autoironiczna nuta (pomijając wyjątki) jest nieobecna w polskim kibicowaniu – ciężkim jak zbroja husarii i monumentalnym jak spaghetti westerny Sergia Leone. Na tym kibicowskim odcinku mamy jeszcze więcej do zrobienia niż na autostradzie A4, czego świadectwem choćby lament nad „Koko Euro spoko” – artystycznym wkładem zespołu Jarzębina do spuścizny europejskiego futbolu.

Telekoneser

Myli się ten, kto sądzi, że w tyglu kreowania znaczeń uczestniczą tylko kibice stadionowi. Cóż bowiem uczynić z kibicem telewizyjnym, który odseparowany od rodziny, w samotności przeżywa futbolowy spektakl, a jedynym znakiem jego czuwania staje się zielony refleks bijący z ekranu, czyli z murawy boiska? W przypadku telekibiców i przyjemności, jaką czerpią oglądając mecz, można odwołać się do strukturalnej istoty piłki nożnej: oto wydarzenia nieprzewidziane (taki jest w istocie rozwój zdarzeń na boisku) wpisane są w żelazny i niepodważalny porządek futbolowego biegu rzeczy. Mówiąc inaczej: chaos i niepewność wyniku wkomponowane są w żelazny zbiór zasad usankcjonowanych ponad sto lat temu. W tej perspektywie telewizor staje się 30-, 40-calowym mikrokosmosem.

Przyjemność okiełznania świata telekibic dzieli z innymi fanami. Staje się on koneserem, śledząc przedmeczowe analizy, kółka, krzyżyki i strzałki rysowane przez Jacka Gmocha lub innego koryfeusza polskiej myśli szkoleniowej (to różni go od kibica pubowego).

Druga kwestia jest znacznie ważniejsza. Nie od dziś wiadomo, że piłka nożna – i w ogóle globalny sport – bez telewizji nie istnieje. To, co zwykle nazywa się rewolucją telewizyjną w piłce nożnej (futbol w kolorze i transmisje dalekiego zasięgu), dokonało się w latach 70., a właściwie podczas mistrzostw świata w Meksyku w 1970 r. Jednakowoż, pomimo wielu przełomów technologicznych, wciąż o wyniku decyduje czynnik ludzki w osobie sędziego. Tylko telekibic ma możliwość prześledzenia akcji pokazanej z możliwie wielu ujęć i przy maksymalnych zwolnieniach, które zapewniają kamery slow motion.

Mecz piłkarski jest więc kwintesencją teleoptikonu – panowania nad rzeczywistością, którą zapewniają kamery: przed nimi nic się nie ukryje. To telewizja staje się sędzią ostatecznym, rozstrzygającą instancją oddzielającą prawdę od fałszu. Za wielkim socjologiem francuskim Pierre’em Bourdieu można powiedzieć, że telewizja jest władzą. Kibic zaś ma poczucie partycypowania we władzy, orzekającej, kto ma rację w politycznych utarczkach, kto lepiej śpiewa i tańczy w rozlicznych talent shows, wreszcie – kto się mylił, odgwizdując spalonego w sytuacji, gdy „nasz” zawodnik miał naprzeciwko siebie już tylko bramkarza.

Piknik niezaangażowany

Podstawowy spór we współczesnym futbolu ogniskuje się wokół pytania, kim ma być idealny kibic, wymarzony przez światowe władze piłkarskie oraz lokalnych włodarzy futbolu. Czy to ultras, który zdrowie i struny głosowe stracił dopingując drużynę, ale niespecjalnie pomnaża majątek klubu, czy też dobrze sytuowany kibic należący do klasy średniej. Niespodziewanie w dyskusji tej zabrał głos piłkarz (do niedawna) Wisły Kraków Patryk Małecki, który po jednym z ligowych spotkań wystosował taki oto apel: „Mamy wspaniałych kibiców, ale ci piknikowi, którzy przychodzą tutaj po to tylko, żeby zjeść kiełbasę i pooglądać mecz – to takich kibiców nie potrzebujemy. Chodzi mi o tych, którzy gwizdali. Jest to niedopuszczalne, bo kibice powinni być z drużyną, tak jak ci, którzy są za bramką. Nawet jak przegrywamy, to są z nami. Wolałbym grać przy 5 tys. fanatyków, którzy są za bramką, a nie przy takich, którzy jedzą kiełbasę i powiem szczerze – mnie denerwują. Dziękuję”.

 

Władze Wisły zareagowały natychmiast i podziękowały Małeckiemu. Swoistym signum temporis było oświadczenie wystosowane przez władze klubu, w którym bez ogródek powiedziano, że piłkarz – pracownik korporacji, jaką jest klub piłkarski – obraził klientów płacących za bilety. Małeckiego ustawiono do pionu i ukarano grzywną.

Czy zatem kibic ma być wierny barwom, czy też ma prawo traktować mecz jak każdą inną dwugodzinną rozrywkę (choćby hollywoodzki film), za którą godziwie płaci? Pytanie to dotyczy zasadniczych przemian, które dokonują się we współczesnej piłce nożnej, a które obserwować możemy w kolebce nowożytnego futbolu, czyli w Anglii, gdzie ceny biletów w Premier League (najwyższej klasie rozgrywek) wywindowano do poziomu 50–70 funtów, eliminując z trybun tradycyjną robotniczą publiczność. Zmiana ta obrazuje przejście od znanego nam przez dziesiątki lat modelu piłki nożnej w stronę postfutbolu. Tak, razem z Jackiem Drozdą i Jakubem Myszkorowskim, pozwoliliśmy sobie nazwać tę fazę rozwoju dyscypliny, gdy mecz coraz częściej staje się ilustracją korporacyjnego modelu zarządzania, kreowania wizerunku gwiazd, reklamy i marketingu. Słowem – zjawisk, które znamy z innych sfer życia. W Europie już rozwija się wśród kibiców ruch Against Modern Football, optujący za oldskulowym modelem kibicowania.

Kibic z klasy średniej – w Polsce potocznie zwany przez ultrasów właśnie Januszem, Andrzejem albo po prostu piknikiem – w postfutbolowe realia dobrze się wpisuje, jakkolwiek byłoby niesprawiedliwością i uproszczeniem odmawianie mu zaangażowania w stadionowy bieg zdarzeń, choć nie jest dla niego sprawą życia i śmierci to, czy wygramy my czy też oni. Prawdą jest, że podczas niedawnych meczów reprezentacji z Niemcami i Portugalią (a to właśnie te potyczki są domeną pikników) doping był, oględnie mówiąc, taki sobie. Tyle że meczów towarzyskich reprezentacji narodowych nikt już dziś nie traktuje poważnie, i to także jest stygmat współczesnego futbolu.

McKibic tranzytowy

Jacy kibice przyjadą na nasze Euro? Potwierdzi się pewnie to, co mogliśmy obserwować podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w Niemczech w 2006 r., a następnie podczas mistrzostw kontynentu w Austrii i Szwajcarii. Zdecydowaną większość wśród przyjezdnych stanowią ci, których można by określić mianem kibiców jednego kontaktu – w zorganizowanej grupie przybywają na jedno spotkanie. Dla nich mecz piłkarski jest jednym z punktów wykupionego pakietu, a stadion to ni mniej, ni więcej – przestrzeń tranzytowa, by przywołać określenie Marca Augè. Dla tej grupy kibiców – pożądanej przez UEFA, bo wypłacalnej i na ogół niestwarzającej problemów – mecz reprezentacji narodowej jest produktem reklamowanym jako przeżycie i przygoda. Euro to nie tyle symboliczna Bitwa Narodów, ile konfrontacja globalnych marek patronujących imprezie. Dla McKibica Euro jest bezpieczną imprezą, a gwarancją spokoju jest przemieszczanie się właśnie w pasie rzeczonych miejsc tranzytowych: między lotniskiem, hotelem, stadionem i na powrót.

Na szczęście – piszę to z pełną odpowiedzialnością – przyjadą tu także ci, którzy zboczą z oficjalnych ścieżek wyznaczanych przez UEFA. Wieki temu Arystoteles w swej „Polityce” napisał: „Miasto składa się z ludzi różnego rodzaju; ludzie podobni nie mogą stworzyć miasta”. Ta sama uwaga tyczy kibiców.

Być może największą wartością Euro 2012 są nie kilometry wylanego asfaltu, odnowione dworce, stadiony, wybudowane iście stachanowskim wysiłkiem. Tym, czego nie da się przeliczyć na żadne liczby, jest wartość, jaką daje zderzenie się z innymi. Będzie mówiło się tu w wielu językach, obserwowało rozmaite zachowania i obcowało, choćby fragmentarycznie, z rozmaitymi stylami życia. Ta lekcja kibicowskiej antropologii wydaje się nie do przecenienia, zwłaszcza w obliczu postawy Polaków wobec „onych”, którą określić można generalnie jako defensywną i wsobną. Wszak patrząc na innych, uświadamiamy sobie, kim sami jesteśmy.

Autor, były dziennikarz POLITYKI, jest profesorem antropologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, pisze również powieści kryminalne. Kieruje projektem badawczym „Stadion – Miasto – Kultura. Euro 2012 i przemiany kultury polskiej”, realizowanym w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej dla Narodowego Centrum Kultury. Razem z Jackiem Drozdą i Jakubem Myszkorowskim opublikował książkę „Postfutbol. Antropologia piłki nożnej”.

Polityka 23.2012 (2861) z dnia 06.06.2012; Euro 2012; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Jak tak wszyscy rykną"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną