Ludzie i style

Tenis jest Polką?

Sukcesy polskich tenisistek

W 2005 r. Isia uzyskała tenisowy status profesjonalny i rozpoczęła mozolną wspinaczkę po szczeblach zawodowej kariery. W 2005 r. Isia uzyskała tenisowy status profesjonalny i rozpoczęła mozolną wspinaczkę po szczeblach zawodowej kariery. Toby Melville / PAP
Cztery kariery tenisowych mistrzyń rozgrywają się symetrycznie. Podobne życiorysy, podobne ambicje.
Na kortach u dziadka Angelique Kerber szlifowała formę pod okiem polskiego trenera Pawła Ostrowskiego.Toby Melville/PAP Na kortach u dziadka Angelique Kerber szlifowała formę pod okiem polskiego trenera Pawła Ostrowskiego.
Sabine Lisicki jest Niemką.Marc Atkins/IPS Photo Agency/MAXPPP/Forum Sabine Lisicki jest Niemką.
Caroline Wozniacki szybko stała się duńską rakietą numer jeden i rewelacją cyklu WTA, szczególnie kiedy wspięła się na szczyt rankingu.Ian Langsdon/PAP Caroline Wozniacki szybko stała się duńską rakietą numer jeden i rewelacją cyklu WTA, szczególnie kiedy wspięła się na szczyt rankingu.

Zakończony w niedzielę najważniejszy turniej tenisowy na świecie, Wimbledon. Ćwierćfinał: Angelique Kerber wygrywa z Sabine Lisicki. Oficjalnie Niemki, ale z pochodzenia Polki. Półfinał: Radwańska pokonuje Kerber. Pojedynek polsko-niemiecki czy polsko-polski?

Tenisistki krążą po wszystkich kontynentach pod barwami, które często nie oddają ich skomplikowanych losów. Maria Szarapowa to Rosjanka, ale wychowana od dziecka w USA. Słynna przed laty Czeszka Martina Navratilova reprezentowała Stany Zjednoczone. Słowaczka Martina Hingisova stała się sławna jako Szwajcarka Hingis, bo jej mama po rozwodzie z ojcem Martiny wyszła za szwajcarskiego informatyka i przeprowadziła się w Alpy. Do niedawna liderka tenisowego rankingu Caroline Wozniacki (paszport duński, dusza polska) przegrała Wimbledon już w pierwszej rundzie z Austriaczką Tamirą Paszek, z której sportowych sukcesów mogą być dumni nie tylko Austriacy. Tamira to córka Ariffa Mohameda, obywatela Kanady urodzonego w Tanzanii, i Françoise Paszek, Austriaczki urodzonej w Chile.

Polskie korzenie mają Australijki Samantha Stosur i Alicia Molik. Kanadyjka Aleksandra Woźniak, córka Jadwigi i Antoniego, chociaż urodzona w Montrealu, biegle mówi po polsku (włada też pięcioma innymi językami). Reprezentuje Kanadę, chętnie kibicuje jednak polskim sportowcom. Jej trenerem od początku kariery jest tata Antoni Woźniak. Podobnie jak trenerami bliskich sobie pokoleniowo Caroline Wozniacki (22 lata), Angelique Kerber (24 lata), Sabine Lisicki (23 lata) i Agnieszki Radwańskiej (23 lata) byli lub nadal są ich ojcowie – ostatnie sukcesy tych czterech dziewczyn powodują (słusznie lub nie) dumę polskich kibiców tenisa. Agnieszka mieszkająca w Krakowie to aktualnie numer drugi na top liście. Siódma jest Angelique z Kiel (urodzona w Bremie). Caroline (urodzona w Odense), która jako miasto rodzinne podaje Kopenhagę, chociaż od kilku lat mieszka w Monte Carlo – ósme miejsce. Sabine (urodzona w niemieckim Troisdorfie), mieszkająca trochę w Niemczech, a trochę na Florydzie (Bradenton) – lokata 18.

Wojciech Fibak, były świetny tenisista i wielki fan talentu Agnieszki Radwańskiej, nie jest zdziwiony, że tyle Polek (poprawniej: zawodniczek polskojęzycznych) wdarło się do światowej czołówki. – Był run na Latynoski, potem ruszyła fala Rosjanek, Czeszek, Belgijek. Nadszedł czas na falę polską – komentuje.

Adam Romer, redaktor naczelny magazynu „Tenisklub” i ekspert tenisowy, z lekką pobłażliwością podchodzi do umieszczania tenisistek z różnych stron świata pod wspólną polską flagą. – Tak naprawdę tylko Agnieszka to typowo polski produkt – mówi. – Lubimy przyznawać polskość każdemu dobremu sportowcowi, nawet jeśli on tego wcale nie chce.

W życiorysach Agnieszki, Caroline, Sabine i Angelique dostrzega jednak wiele wspólnych cech. Wszystkie są niesłychanie ambitne, utalentowane i pracowite. To cechy, które wyniosły z domów rodzinnych. Kariery tenisowe zawdzięczają rodzicom. – Ojcowie tych dziewczyn mieli podobne wizje ich rozwoju – mówi Adam Romer. – Sami byli ze sportem związani, czuli jego zapach i potrafili sportową pasją zarazić swoje córki.

Agnieszka

Robert (dla przyjaciół Piotr) Radwański uprawiał w młodości hokej na lodzie, potem łyżwiarstwo figurowe (był mistrzem Polski juniorów), wreszcie tenis (mistrzostwo kraju w deblu). W 1986 r. ukończył AWF w Krakowie. Za chlebem wyjechał do Niemiec, tam uczył dzieci gry w tenisa. Spędził za granicą kilka lat. Wrócił i wszystko, co zarobił, zainwestował w tenisową karierę córek: Agnieszki i Urszuli.

Rodzinna inwestycja Radwańskich w tenisowy biznes długo nie przynosiła zwrotu kapitału. Ten motyw często pojawia się w wywiadach udzielanych przez Agnieszkę i jej bliskich – nieustanne podróże na niskobudżetowe turnieje, noce w samochodzie, zupki ze słoika. Dziadek Isi i Uli, Władysław, sprzedał kiedyś fragment rodzinnej kolekcji obrazów sprzed wojny, bo Radwańskim zagroziła plajta. Być może, gdyby nie pomoc stworzonego przez biznesmena Ryszarda Krauze Prokom Team PZT, kariera przyszłej finalistki Wimbledonu zostałaby z braku pieniędzy przerwana. Prokom Team zainwestował w młodych i utalentowanych tenisistów: Agnieszkę i Ulę, a także w rozwój Łukasza Kubota, Jerzego Janowicza oraz deblistów Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego (dzisiaj światowa czołówka).

W 2005 r. Isia uzyskała tenisowy status profesjonalny i rozpoczęła mozolną wspinaczkę po szczeblach zawodowej kariery. Pierwsze zwycięstwo w cyklu WTA odniosła w 2007 r. w Sztokholmie. Dzisiaj ma już na koncie 10 takich zwycięstw.

Przez lata trenował ją Robert Radwański. W jednym z wywiadów Agnieszka powiedziała, że tata jest dla niej bardziej trenerem niż ojcem. Wymagający, nieprzebierający w słowach. Nie pozostawała mu dłużna. Coraz częściej dochodziło do awantur przy otwartej kurtynie, w przerwach meczów. Ojciec powiedział ostre słowo, córka odpowiedziała wulgarnie – mikrofony to wyłapały. Atmosfera gęstniała, a poziom gry na tym cierpiał. Dziennikarze namawiali team Radwańskich do zatrudnienia trenera spoza rodziny, Robert bronił się przed tym, wciąż chciał być jedynym autorem sukcesów córki. Ale zwycięstw zaczęło brakować.

Zmieniło się na lepsze, kiedy na turnieje zamiast ojca zaczął jeździć z Agnieszką młody trener Tomasz Wiktorowski. Spokojny, pewny siebie – te cechy szybko udzieliły się zawodniczce. Forma wróciła i to jaka! Finał Wimbledonu, według Fibaka, to nie jest kres tenisowej drogi Agnieszki. – Ona jest całkowicie świadoma swoich celów – ocenia Adam Romer. Uczy się, jak ważną rolę odgrywa umiejętny marketing. Pieniądze z nagród za wygrane turnieje – szacuje się, że w ten sposób zarobiła już ok. 10 mln dol. – to zaledwie część przychodów. Tenisiści z topu zawierają kontrakty reklamowe i pozyskują sponsorów strategicznych. W 2011 r. Agnieszka Radwańska związała się umową z francuską firmą Lagardere Unlimited, inwestującą w sportowe talenty. Od tej pory ta agencja załatwia tenisistce z Krakowa opłacalne kontrakty. Niektórzy właśnie w umowie z francuskim potentatem upatrują przyczyn wstrzemięźliwości Agnieszki w kwestiach politycznych. Robert Radwański nigdy nie krył swojej sympatii dla PiS i wspólnych z tą partią poglądów na temat katastrofy smoleńskiej. Agnieszka oficjalnie unika zajmowania jednoznacznego stanowiska. To ważne z handlowego punktu widzenia – zbudować swój wizerunek sportsmenki bez politycznych odniesień.

Caroline

Anna i Piotr Woźniaccy w Polsce byli sportowcami. Ona grała w siatkówkę nawet na poziomie reprezentacji kraju, on w piłkę nożną na niższych szczeblach ligowych (Miedź Legnica i Chrobry Głogów). W latach 80. XX w. Piotr urwał się z wycieczki do Szwecji i dotarł do Danii. Ściągnął tam żonę. Zamieszkali w Odense, gdzie w 1990 r. na świat przyszła Caroline.

Tajniki tenisa Piotr poznawał razem z małą Caroline. Dbał o jej ogólny rozwój sportowy, techniki uderzeń uczyli ją spece tenisowi. Do dzisiaj Piotr Woźniacki, chociaż jeździ z córką na wszystkie turnieje, jest bardziej jej menedżerem niż trenerem. Dba o stronę biznesową, niewątpliwie ma do tego talent. Swego czasu potrafił nawet zmusić duński związek tenisowy do partycypowania w kosztach, jakie pociągały tenisowe wyprawy Caroline. Związek nie był do tego skory, ale otworzył kiesę, kiedy Woźniacki zagroził, że razem z utalentowaną córką po raz kolejny wyemigrują, by szukać pomocy w innym kraju.

Caroline szybko stała się duńską rakietą numer jeden i rewelacją cyklu WTA, szczególnie kiedy wspięła się na szczyt rankingu. Polskim kibicom stała się naprawdę bliska, gdy na własne uszy przekonywali się, że ta piękna, blondwłosa duńska dziewczyna podczas największych światowych zawodów porozumiewa się ze swoim ojcem, siedzącym na trybunach, wyłącznie po polsku. Piotr Woźniacki, podobnie jak ojciec Agnieszki Radwańskiej, potrafił zwracać się do córki językiem, delikatnie mówiąc, mało parlamentarnym. Nie zawsze, zwłaszcza ostatnio, ta metoda motywacji przynosiła pożądane skutki. Caroline spadła w notowaniach rankingowych, w tym roku więcej przegrywa, niż wygrywa.

Przyjaźni się z Agnieszką. Często przyjeżdża do Polski, udziela wywiadów, w których deklaruje, że czuje się co najmniej pół-Polką. Chce, aby w Polsce nazywano ją Karoliną. Ale w Danii już na zawsze będzie Caroline, skarbem narodowym tego niedużego kraju, najlepszą tenisistką w historii sportu duńskiego.

Angelique i Sabine

Państwo Kerberowie, Beata i Sławomir, w świat wyjechali z Poznania. Dotarli do Niemiec, Sławomir Kerber został tam trenerem tenisa, co nie powinno dziwić, bo w Polsce był czynnym zawodnikiem, wysoko notowanym w krajowych rankingach. – Walczyłem ze Sławkiem na korcie, do dzisiaj grywamy sparingi – mówi Wojciech Fibak, też przecież poznaniak.

Kariera Angelique (można też prościej: Andżeliki) potoczyła się według schematu przećwiczonego w rodzinach Radwańskich i Woźniackich. Jej trenerem też został tata. Była równie utalentowana jak Agnieszka i Caroline i podobnie jak one wciąż szukała pieniędzy niezbędnych do rozwoju kariery. Był nawet moment, kiedy Kerberowie zastanawiali się, czy nie wrócić z córką do Polski na stałe, aby – jak ujawnili w mediach – mogła grać w barwach starego kraju. W gruncie rzeczy była to rozgrywka taktyczna, rodzaj subtelnego nacisku na niemiecką federację tenisową, aby aktywniej zajęła się pomocą młodej zawodniczce. Dzisiaj Angelique Kerber już nie ma dylematów. Jest Niemką, gra dla Niemiec. A jeszcze cztery lata temu mówiła polskim dziennikarzom, że czuje się bardziej Polką niż Niemką.

Mieszkała i trenowała wtedy pod Poznaniem, u dziadka w Puszczykowie. Zajadała się ruskimi pierogami, ćwiczyła grę w tenisa i przypominała sobie język rodziców. Po polsku mówi z lekkim akcentem, ale bardzo poprawnie.

Dziadek Angelique, Janusz Rzeźnik, w czasach PRL był właścicielem firmy polonijnej. W Puszczykowie wybudował halę tenisową, nazwał ją Centrum Tenisowe Angie, na cześć wnuczki. To właśnie na kortach u dziadka Angelique Kerber szlifowała formę pod okiem polskiego trenera Pawła Ostrowskiego. – To trwało półtora roku – wspomina Ostrowski. – Jak zaczynaliśmy, była 150 na świecie, a kiedy rok temu kończyliśmy współpracę, była już 40.

Rozstali się, bo trener uznał, że misję wypełnił, więcej podopiecznej już nie nauczy. – To naturalne w tenisowym światku. Zawodnicy muszą zmieniać trenerów, a trenerzy zawodników – mówi. Cieszy go, że cztery dziewczyny z polskich rodzin, chociaż z różnymi paszportami, znaczą w światowym tenisie tak wiele. Nie wiadomo, czy te kariery potoczyłyby się tak pomyślnie, gdyby Woźniacka, Kerber i Lisicka nie zaczynały za granicą. – Infrastruktura tenisowa w Danii czy w Niemczech to w porównaniu do Polski niebo – zauważa. Sam ma dwie córki, młodsza dwuletnia już wykazuje sportowe talenty, ale trener Ostrowski wstrzemięźliwie podchodzi do pomysłu, by została kiedyś zawodową tenisistką. – To prawdziwa droga krzyżowa, nie wiem, czy chciałbym na nią kierować własne dziecko.

Richard Lisicki, doktor nauk o wychowaniu fizycznym (praca doktorska na wrocławskiej AWF związana z tenisem), nie miał takich skrupułów. Został pierwszym trenerem Sabine, jest nim do dzisiaj. – Ryszard przeszedł to samo, co inni ojcowie – opowiada Paweł Ostrowski. – To, że mieszkali w Niemczech, nie znaczyło przecież, że wszystko przyjdzie im samo. Też szukał pieniędzy, też zaciskał przez lata pasa. Dopiero dzisiaj zbierają owoce.

Lisiccy wrośli w Niemcy mocniej niż Kerberowie, nie udzielają wywiadów, nie powołują się na polskie korzenie. Wojciech Fibak mówi, że to pozory. – Rozmawiają między sobą po polsku, tylko o tenisie mówią po niemiecku. Ryszard jest dla Sabinki bardzo delikatny, ma do tenisa podejście czysto filozoficzne. A ona też traktuje ten sport z właściwym spokojem, to wesoła, zawsze uśmiechnięta, kulturalna dziewczyna.

Sabine Lisicki jest Niemką, podobnie jak Angelique Kerber. Caroline Woźniacki to Dunka. – I niech tak zostanie – mówi Adam Romer. – Fajnie, że pochodzą z polskich rodzin, ale rozumiem, że wybrały grę w innych barwach. W tenisie narodowość nie jest sztandarem. To sport indywidualny, gdzie na co dzień gra się o własny prestiż i o własne pieniądze.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną