Sukcesy polskich tenisistek

Tenis jest Polką?
W 2005 r. Isia uzyskała tenisowy status profesjonalny i rozpoczęła mozolną wspinaczkę po szczeblach zawodowej kariery.
Toby Melville/PAP

W 2005 r. Isia uzyskała tenisowy status profesjonalny i rozpoczęła mozolną wspinaczkę po szczeblach zawodowej kariery.

Na kortach u dziadka Angelique Kerber szlifowała formę pod okiem polskiego trenera Pawła Ostrowskiego.
Toby Melville/PAP

Na kortach u dziadka Angelique Kerber szlifowała formę pod okiem polskiego trenera Pawła Ostrowskiego.

Sabine Lisicki jest Niemką.
Marc Atkins/IPS Photo Agency/MAXPPP/Forum

Sabine Lisicki jest Niemką.

Caroline Wozniacki szybko stała się duńską rakietą numer jeden i rewelacją cyklu WTA, szczególnie kiedy wspięła się na szczyt rankingu.
Ian Langsdon/PAP

Caroline Wozniacki szybko stała się duńską rakietą numer jeden i rewelacją cyklu WTA, szczególnie kiedy wspięła się na szczyt rankingu.

Caroline

Anna i Piotr Woźniaccy w Polsce byli sportowcami. Ona grała w siatkówkę nawet na poziomie reprezentacji kraju, on w piłkę nożną na niższych szczeblach ligowych (Miedź Legnica i Chrobry Głogów). W latach 80. XX w. Piotr urwał się z wycieczki do Szwecji i dotarł do Danii. Ściągnął tam żonę. Zamieszkali w Odense, gdzie w 1990 r. na świat przyszła Caroline.

Tajniki tenisa Piotr poznawał razem z małą Caroline. Dbał o jej ogólny rozwój sportowy, techniki uderzeń uczyli ją spece tenisowi. Do dzisiaj Piotr Woźniacki, chociaż jeździ z córką na wszystkie turnieje, jest bardziej jej menedżerem niż trenerem. Dba o stronę biznesową, niewątpliwie ma do tego talent. Swego czasu potrafił nawet zmusić duński związek tenisowy do partycypowania w kosztach, jakie pociągały tenisowe wyprawy Caroline. Związek nie był do tego skory, ale otworzył kiesę, kiedy Woźniacki zagroził, że razem z utalentowaną córką po raz kolejny wyemigrują, by szukać pomocy w innym kraju.

Caroline szybko stała się duńską rakietą numer jeden i rewelacją cyklu WTA, szczególnie kiedy wspięła się na szczyt rankingu. Polskim kibicom stała się naprawdę bliska, gdy na własne uszy przekonywali się, że ta piękna, blondwłosa duńska dziewczyna podczas największych światowych zawodów porozumiewa się ze swoim ojcem, siedzącym na trybunach, wyłącznie po polsku. Piotr Woźniacki, podobnie jak ojciec Agnieszki Radwańskiej, potrafił zwracać się do córki językiem, delikatnie mówiąc, mało parlamentarnym. Nie zawsze, zwłaszcza ostatnio, ta metoda motywacji przynosiła pożądane skutki. Caroline spadła w notowaniach rankingowych, w tym roku więcej przegrywa, niż wygrywa.

Przyjaźni się z Agnieszką. Często przyjeżdża do Polski, udziela wywiadów, w których deklaruje, że czuje się co najmniej pół-Polką. Chce, aby w Polsce nazywano ją Karoliną. Ale w Danii już na zawsze będzie Caroline, skarbem narodowym tego niedużego kraju, najlepszą tenisistką w historii sportu duńskiego.

Angelique i Sabine

Państwo Kerberowie, Beata i Sławomir, w świat wyjechali z Poznania. Dotarli do Niemiec, Sławomir Kerber został tam trenerem tenisa, co nie powinno dziwić, bo w Polsce był czynnym zawodnikiem, wysoko notowanym w krajowych rankingach. – Walczyłem ze Sławkiem na korcie, do dzisiaj grywamy sparingi – mówi Wojciech Fibak, też przecież poznaniak.

Kariera Angelique (można też prościej: Andżeliki) potoczyła się według schematu przećwiczonego w rodzinach Radwańskich i Woźniackich. Jej trenerem też został tata. Była równie utalentowana jak Agnieszka i Caroline i podobnie jak one wciąż szukała pieniędzy niezbędnych do rozwoju kariery. Był nawet moment, kiedy Kerberowie zastanawiali się, czy nie wrócić z córką do Polski na stałe, aby – jak ujawnili w mediach – mogła grać w barwach starego kraju. W gruncie rzeczy była to rozgrywka taktyczna, rodzaj subtelnego nacisku na niemiecką federację tenisową, aby aktywniej zajęła się pomocą młodej zawodniczce. Dzisiaj Angelique Kerber już nie ma dylematów. Jest Niemką, gra dla Niemiec. A jeszcze cztery lata temu mówiła polskim dziennikarzom, że czuje się bardziej Polką niż Niemką.

Mieszkała i trenowała wtedy pod Poznaniem, u dziadka w Puszczykowie. Zajadała się ruskimi pierogami, ćwiczyła grę w tenisa i przypominała sobie język rodziców. Po polsku mówi z lekkim akcentem, ale bardzo poprawnie.

Dziadek Angelique, Janusz Rzeźnik, w czasach PRL był właścicielem firmy polonijnej. W Puszczykowie wybudował halę tenisową, nazwał ją Centrum Tenisowe Angie, na cześć wnuczki. To właśnie na kortach u dziadka Angelique Kerber szlifowała formę pod okiem polskiego trenera Pawła Ostrowskiego. – To trwało półtora roku – wspomina Ostrowski. – Jak zaczynaliśmy, była 150 na świecie, a kiedy rok temu kończyliśmy współpracę, była już 40.

Rozstali się, bo trener uznał, że misję wypełnił, więcej podopiecznej już nie nauczy. – To naturalne w tenisowym światku. Zawodnicy muszą zmieniać trenerów, a trenerzy zawodników – mówi. Cieszy go, że cztery dziewczyny z polskich rodzin, chociaż z różnymi paszportami, znaczą w światowym tenisie tak wiele. Nie wiadomo, czy te kariery potoczyłyby się tak pomyślnie, gdyby Woźniacka, Kerber i Lisicka nie zaczynały za granicą. – Infrastruktura tenisowa w Danii czy w Niemczech to w porównaniu do Polski niebo – zauważa. Sam ma dwie córki, młodsza dwuletnia już wykazuje sportowe talenty, ale trener Ostrowski wstrzemięźliwie podchodzi do pomysłu, by została kiedyś zawodową tenisistką. – To prawdziwa droga krzyżowa, nie wiem, czy chciałbym na nią kierować własne dziecko.

Richard Lisicki, doktor nauk o wychowaniu fizycznym (praca doktorska na wrocławskiej AWF związana z tenisem), nie miał takich skrupułów. Został pierwszym trenerem Sabine, jest nim do dzisiaj. – Ryszard przeszedł to samo, co inni ojcowie – opowiada Paweł Ostrowski. – To, że mieszkali w Niemczech, nie znaczyło przecież, że wszystko przyjdzie im samo. Też szukał pieniędzy, też zaciskał przez lata pasa. Dopiero dzisiaj zbierają owoce.

Lisiccy wrośli w Niemcy mocniej niż Kerberowie, nie udzielają wywiadów, nie powołują się na polskie korzenie. Wojciech Fibak mówi, że to pozory. – Rozmawiają między sobą po polsku, tylko o tenisie mówią po niemiecku. Ryszard jest dla Sabinki bardzo delikatny, ma do tenisa podejście czysto filozoficzne. A ona też traktuje ten sport z właściwym spokojem, to wesoła, zawsze uśmiechnięta, kulturalna dziewczyna.

Sabine Lisicki jest Niemką, podobnie jak Angelique Kerber. Caroline Woźniacki to Dunka. – I niech tak zostanie – mówi Adam Romer. – Fajnie, że pochodzą z polskich rodzin, ale rozumiem, że wybrały grę w innych barwach. W tenisie narodowość nie jest sztandarem. To sport indywidualny, gdzie na co dzień gra się o własny prestiż i o własne pieniądze.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną