Ludzie i style

Wyznawcy Zmiany

Ideologia eko-eto podbija miasta

Wielu wchodzi w eksperyment ze Zmianą, kiedy rodzi się dziecko. Wielu wchodzi w eksperyment ze Zmianą, kiedy rodzi się dziecko. Andrzej Rybczyński / PAP
Rośnie w siłę, zwłaszcza w dużych miastach, nowe pokolenie. Dla niego kasa, kariera, posiadanie są przereklamowane. Zamiast tego postulują aktywność i pracę społeczną, kolektywność i ekologiczność oraz naturalność we wszystkich możliwych dziedzinach życia.
Dla pokolenia Zmiany najważniejsza jest natura.mamysposob.blogspot.com/Internet Dla pokolenia Zmiany najważniejsza jest natura.
Rower zamiast samochodu.Bartłomiej Zborowski/PAP Rower zamiast samochodu.

Na pierwsze spotkanie grupy zakładającej spółdzielnię rowerowego transportu na warszawskim Mokotowie przyszło kilkanaście osób. Poziom entuzjazmu rósł wraz z kolejnymi odsłonami dyskusji. Że świetnie, że rower, fantastycznie, że razem – idealnie, że i rower, i że w kooperatywie. Prototyp towarowego bicykla, turkusowa konstrukcja wyposażona w pakowną skrzynię zbitą z paździerzowej płyty, została pozyskana lokalnie, w Brwinowie. Dziś egzemplarz Veli – bo tak brzmi jej imię – garażuje na Mokotowie, na co dzień służy do przewożenia dużych ilości spożywki, materiałów budowlanych, do wożenia dzieci do szkoły. Pracuje średnio 60–80 godzin w miesiącu, dzięki czemu ponad tuzin zupełnie zwyczajnych gospodarstw domowych w Warszawie obywa się bez samochodu. Rezygnacja z auta jest elementem zmiany mentalności – tak mówią.

Ta Zmiana być może nie dorównuje rozmachowi Transformacji, ale ma coraz większy wpływ na życie. To już nie nastoletnia hipsterka – dzieci z bogatych domów, które szukają jakiejś robiącej dobre wrażenie idei. To normatywne rodziny dwa plus dwa, pracownicy najemni, uciekinierzy z korporacji – lecz także jedynie mentalni. Etat za średnią krajową, ale do pracy rowerem.

Zmiana dzieje się głównie w dużych miastach, ale nie obligatoryjnie. Przede wszystkim w pokoleniu 20–30-latków, ale to też nie żelazna reguła. Tym razem nie chodzi o wielkie idee – jak obalanie ustroju, ale o drobne rzeczy – jak codzienność. O jakość jedzenia, sposoby transportu, minimalizowanie ilości produkowanych śmieci, odpowiedzialność za własne konsumpcyjne wybory, sposób wychowania dzieci – o to, że stać nas dziś na mniej, dosłownie i w przenośni. Dosłownie, ponieważ pomysł, że na wiecznych kredytach buduje się wzrost gospodarczy, a więc powszechną szczęśliwość, okazał się dla wielu niewypałem. I w przenośni – że już może czas odciąć się od doświadczeń pokolenia, które robiło transformację. I które, wyrwawszy się już z siermięgi PRL, kupowało na potęgę. Byle mieć.

Ci, którzy lubią tę Zmianę połączyć z jakąś szerszą ideą, mówią o niezgodzie na zabójcze tempo życia, rywalizację, dogmat wiecznego wzrostu, dyktaturę konsumpcjonizmu. Na pogłębiające się rozwarstwienie społeczne, na wykluczenie, na przemoc, także w stosunku do planety, na bałagan – też wizualny, na to prawo silniejszego, widoczne choćby na miejskich ulicach. Ci, co hodują Zmianę, mówią: dziękujemy, wystarczy, więcej nie trzeba. Naprawdę stać nas już na mniej. Mniej stresu, hałasu, zakupów, rzeczy, śmieci. Stać nas nawet na mniej pieniędzy.

W sieci

Socjologowie podkreślają, że pokolenie Zmiany jest pierwszą posttransformacyjną grupą, która zaczyna wyraźnie artykułować, że kariera, kasa, posiadanie są przereklamowane. Wskrzesza dawne słowa: kolektyw, spółdzielczość, wymiana, aktywista. Trochę na przekór, też – w ramach buntu – bo poprzedni system, ten socjalizm z nazwy, zdewaluował takie słowa.

Adeptom nowego wyraźnie w sukurs przychodzi internet; badacze zjawiska zastanawiają się wręcz, czy doraźność, projektowość internetowych wspólnot to nie główna siła napędowa tego ruchu. Bo dziś, żeby znaleźć grupę wyznawców dowolnego podnurtu Zmiany, wystarczy odpalić komputer. Adresów są setki – dla wegetarian i rodziców noszących dzieci w chustach. Dla tych, którzy organizują tymczasowe domy dla porzuconych zwierząt, i tych, którzy chcą budować własne domy z gliny i słomy. Dla balkonowych ogrodników, miłośniczek kooperatywnych zakupów i tych, którzy chcą się pozbyć z domu wszystkiego, co im niepotrzebne. Każdemu jego plemię. – Do przeprowadzenia zmian nie są potrzebne wielkie pieniądze, ale drobne działania, które usprawniają życie ludzi. W środowisku miejskich aktywistów karierę robi obecnie określenie „shareable cities”, a więc miasta współdzielone – mówi Joanna Erbel, socjolożka miasta, aktywistka, kooperatystka, od niedawna polityczka związana z Partią Zielonych. – Takie, w których za pomocą sieciowych relacji rozwiązuje się problemy dnia codziennego. Sieć buduje poczucie bezpieczeństwa oparte na wspólnocie, działaniach zespołowych w silnie zindywidualizowanym społeczeństwie.

Tych sieci-narzędzi, które pozwalają skojarzyć ze sobą osoby Zmiany, przybywa. Polski Wymiennik, czyli platforma do kojarzenia ze sobą ludzi, którzy mogą wymieniać się czasem, usługami, niepotrzebnymi dobrami, jest częścią międzynarodowego systemu Community Exchange System. W Wielkiej Brytanii jest pajęczyna, która łączy posiadaczy leżącej odłogiem ziemi z chętnymi do jej uprawy. W Niemczech – internetowa platforma kontaktu ułatwiająca przekazywanie nadwyżek jedzenia tym, którzy ich potrzebują. Działa niekiedy efektywniej niż instytucjonalna pomoc społeczna.

W ziemi

Poza siecią tym, co mocno cementuje związki adeptów Zmiany, jest ziemia. W sensie ścisłym: trochę gleby do wykorzystania. Rodzice większości dzieci z pokolenia Zmiany jeszcze od ziemi uciekali – oni rośli w odcięciu. Jakoś zatęsknili. W Warszawie są już grupy, które wspólnie uprawiają porzucone działki. Plony są dzielone proporcjonalnie do wkładu pracy. Wiedza, jak siać i zbierać, przychodzi z postępem prac, nauka w procesie, od siebie nawzajem. Grupy miejskich partyzantów obsadzają publiczne trawniki kwiatami. Na miejskich balkonach rosną pomidory. Na niejednym zamkniętym osiedlu – zwykle po wytrwałym lobbingu – udaje się wygospodarować kawałek trawnika pod kolektywną uprawę rzodkiewki.

Coraz częściej Zmianę wspierają też instytucje. Służewski Dom Kultury w Warszawie otworzył w tym sezonie społeczny warzywniak – dla sąsiadów, a dziewięć galerii z całej Polski, namówionych przez artystkę Elżbietę Jabłońską, zdecydowało się zaprosić na swój teren amatorów miejskiego ogrodnictwa. Jest wśród nich zielonogórskie BWA, Galeria Labirynt w Lublinie i warszawska Królikarnia: w ostatniej na pierwsze spotkanie ogrodniczej grupy przyszło ponad 100 chętnych. Podzielili się 13 grządkami metr na metr. Wspieranie Zmiany przez instytucje kulturalne jest naturalną konsekwencją sposobu, w jaki funkcjonują. Kultura podąża za awangardą, a teraz w awangardzie jest zwykłe życie.

 

Idealnie by było, gdyby i w Polsce powstała sieć łącząca właścicieli ziemi z chętnymi do jej uprawy – mówi Iga Kołodziej, ogrodniczka, która obsadzała bratkami perony na dworcu w Ursusie, budowała ogród w skrzynkach na dziedzińcu Centrum Sztuki Współczesnej na zamku w Warszawie, współorganizowała desant tulipanów na Jazdowie, a aktualnie pomaga artystce Karolinie Brzuzan stworzyć w stolicy głodowy ogród. Głodowy, bo mają w nim rosnąć gatunki roślin, które niosły przetrwanie w ciężkich czasach. Perz, komosa, żywokost, psianka, którą jedli – podobno – więźniowie obozów koncentracyjnych. To też jest wpływ nowego trendu, acz już na bardzo metapoziomie: rzucić światło na zacienione sfery egzystencji. Na to, co nie błyszczy, co bywa trudne, wyparte.

Powoli atmosfera Zmiany udziela się też urzędnikom. Kilka lat temu, gdy krakowskie Muzeum Etnograficzne finalizowało projekt poświęcony ogródkom działkowym, nie udało się zamienić kazimierzowskiego placu Wolnica w modelową działkę. Opór materii był nie do przeskoczenia. Zmiana zaczęła jednak w końcu uwodzić i instytucje samorządowe. W zeszłym roku do opuszczonych domków fińskich na warszawskim Jazdowie za zgodą miasta wprowadziło się kilka obywatelskich grup. Były więc debaty o lokalnej walucie, garażowe wymiany, na których można było kupić wygrzebane w piwnicach ręcznie malowane talerze z Włocławka, warsztaty smażenia konfitur z owoców zebranych z miejskich drzew i krzewów: gruszek, aronii, derenia. Jak podkreślano: darmowego bogactwa, które można znaleźć wokół siebie.

W grupie

Darmowy to zresztą słowo klucz do Zmiany. Bo kolejnym znakiem szczególnym tego pokolenia jest to, że omija szerokim łukiem sieciowe sklepy, które lokują produkcję w Bangladeszu, studiuje etykiety, pyta o pochodzenie komponentów – ale ostatecznie i tak, co się da, kupuje na garażówce w swojej dzielnicy albo pozyskuje w drodze bezpieniężnej wymiany. A – przynajmniej w dużych miastach – tych okazji do wymiany przybywa, jakby rzeczywistość próbowała nadążyć za potrzebą. Jeszcze w 2012 r., gdy stołeczne Centrum Sztuki Współczesnej urządziło wyprzedaż garażową na dziedzińcu zamku, stoiska rozstawiło kilka osób. Rok później było ich kilkadziesiąt; można więc powiedzieć, że przyjmuje się nowy miejski obyczaj – weekendowego grzebania w tym, co już niepotrzebne sąsiadom.

Zdrowe i lokalne jedzenie nie może być dostępne wyłącznie dla zamożnych – mówi Piotr Trzaskowski, aktywista, który współtworzy w Warszawie kolektyw Rolnictwa Wspieranego przez Społeczność, polegający na zawieraniu długoterminowej umowy lojalnościowej między konsumentem a producentem jego żywności. Pewny zbytu rolnik może obniżyć ceny i skupić się wtedy na tym, co najważniejsze, czyli uprawie, a konsument wie, w jakich warunkach powstaje to, co kupuje, zdaje też sobie sprawę, że może być udziałowcem urodzaju, względnie musi się liczyć z mniejszymi dostawami za te same pieniądze, gdy plony będą słabe. RWS nie jest więc dla każdego; wymaga stałości i elastyczności jednocześnie – a jednak chętnych jest coraz więcej. RWS Świerże-Panki zaczyna właśnie trzeci sezon i nie jest już jedyną grupą tego typu w Polsce, kolejne właśnie zadebiutowały na Ursynowie, w Poznaniu i Szczecinie.

Zmiana pobudza też do dzielenia się, bo – jak szybko odkrywają jej wyznawcy – zwyczajnie przyjemnie jest coś z siebie dać. Prywatne osoby za pomocą platform do crowdfundingu (stron typu polakpotrafi.pl, wspieramkulture.pl) finansują w ten sposób a to organizację protestu przeciwko likwidacji przedszkola na warszawskich Sielcach, a to remont kooperatywnego sklepu, zrzucają się też np. na organizację wydarzenia Warszawa Czyta, czyli dyskusyjny klub książki. – Sposób finansowania, jaki wybieramy, to przemyślana decyzja – mówi Magda Majewska, która współorganizuje akcję razem z grupą blisko 20 osób. – Bo dzięki temu tworzy się wspólnota wokół wydarzenia, a samo wydarzenie, choć niewielkie, pozostawia trwały ślad.

Takim trwałym odciskiem po zeszłorocznym wydaniu Warszawa Czyta jest dyskusyjny klub książkowy na Mokotowie, który właśnie obchodzi pierwsze urodziny. A pączkują kolejne.

W genach

Wielu wchodzi w eksperyment ze Zmianą, kiedy rodzi się dziecko. Bo dogmaty o betonowym położnictwie już dawno obalone; teraz zaczyna się bardziej więziotwórczo, od rodzinnych porodów.

A jeśli liczy się głównie dziecko, bywa, że trzeba się finansowo zredukować. Ci porwani w nurt Zmiany najczęściej decydują się wejść w rodzicielstwo małymi krokami. W kraju, w którym blisko jedna trzecia pracujących nie ma stałego zatrudnienia, Zmiana Generalna, czyli redukcja etatu, jest przywilejem tych, którzy się nie boją. Ci, których na nią zwyczajnie nie stać, decydują się choć na Zmianę Częściową – przeprowadzaną za pomocą materialnych atrybutów nowego rodzicielstwa. Na przykład inwestycji w tetrę, żeby nie dorzucać się do hałdy pieluchośmieci.

Czasem z tego klucza trafia się na książkę lub portal o rodzicielstwie bliskości – coraz popularniejszej w Polsce filozofii wychowywania, gdzie stawia się nie na hierarchię, ale na harmonię, preferuje komunikację opartą na negocjacji, a nie waleniu pięścią w stół i tak dalej. Gdzie jest miejsce i na eksperyment, w którym to dziecko jest aktywnym uczestnikiem Zmiany. Na przykład przychodzi i mówi, że czytało w internecie o szkołach demokratycznych, w których dzieci też mogą podejmować decyzje. Oraz że chciałoby do takiej chodzić. Nie ma jeszcze takich w okolicy, więc rodzice decydują się założyć sami, tak jak Agnieszka Borek, socjolożka, która zawodowo zajmuje się oceną systemu edukacji w Polsce. Przez ostatnie kilka lat koordynowała ogólnopolski projekt kształcenia nauczycieli i dyrektorów szkół, jeździła na międzynarodowe konferencje, nasiąkała ideami, teraz chce te idee wcielać w życie. Szkoła demokratyczna powstaje więc we wsi pod Puszczą Kampinoską.

 

To pokolenie (czy też archipelag różnych środowisk) ma też tę przewagę nad ludźmi z rocznika własnych rodziców, że jako pierwsze w polskiej historii powszechnie przekraczało granicę pomiędzy Pierwszym a Trzecim Światem. Dla nich obraz banglij­skiej szwaczki, pogrzebanej pod warstwą gruzu z Rana Plaza, przestaje być abstrakcyjną migawką ze świata nierealnego. Pokolenie zmiany wierzy, że world problems are now local (problemy świata są teraz naszymi problemami) – bo często miało okazję poznać tamten świat. A i w drugą stronę, na zachód, też się najeździli. Dorosło pokolenie Erasmus-Sokrates. 140 tys. studentów-stypendystów, którzy w latach 1998–2012 mieli szanse w miarę bezstresowo pomieszkać w Europie Zachodniej. Nie tylko zasobniejszej od Polski, ale i mądrzejszej o doświadczenie prób wycofania się z niepohamowanej konsumpcji. Europie, która już zdążyła dostać zadyszki, biegunki z nadmiaru, dała się też przeczołgać gentryfikacji – by oficjalnie, ostentacyjnie przewartościowywać priorytety. Z kondominiów na systemy budownictwa społecznego, z płatów surowego tuńczyka na plasterki pomidora na kanapce – własnoręcznie wyhodowanego z nasionka wydłubanego z owocu kupionego w sklepie pod domem.

Tak więc ci, którzy liznęli tej zmieniającej się Europy, przeskoczyli pewien etap w myśleniu. Ich marzeniem nie jest domek z wystrzyżonym trawnikiem z tujam i, ale adres wśród sąsiadów, których się zna. Zakupy chcą robić na bazarku pod domem, a nie na luksusowym ekotargu. Rower jest dla nich środkiem codziennego transportu, a nie wyciąganym w weekend gadżetem, służącym do podkreślania swojego statusu – bo w świecie, do którego mogą aspirować, właśnie tak się robi.

W szranki

Ale wszystkiego tego, co sprawdza się tam, w Europie, u nas wciąż jest za mało: ścieżek rowerowych, stref 30 (z zakazem jazdy powyżej 30 km na godzinę), parków nierozjeżdżanych przez samochody, lokalnej waluty, którą można płacić w państwowych muzeach albo dorzucić z niej bonus urzędnikowi, który zdecyduje się dojechać do pracy rowerem. Nie ma też powszechnego dostępu do luksusowych dóbr, którymi są – w optyce tych, co generują Zmianę – zdrowe jedzenie, czyste powietrze, bezpieczeństwo, kultura.

Powoli, powoli, pokolenie Zmiany upomina się też więc o inne sprawy. Choćby dostęp do natury, która – szczególnie w miastach – mówiąc językiem Zmiany, staje się deficytowym towarem, podlega urynkowieniu i staje się elementem pogłębiającym rozwarstwienie. Dzika opieka nad opuszczonymi działkami, zakładanie miejskich ogrodów społecznych, nielegalne sadzenie drzew, partyzanckie obsiewanie facelią nieużytków – w tych działaniach ludzie Zmiany widzą symboliczne odzyskiwanie przestrzeni. Która rozdrapywana przez silniejszych systematycznie się kurczy.

To też świadoma ucieczka od myślenia, w którym natura stała się źródłem lęku. – W ostatnich kilkunastu latach zaczęliśmy patrzeć na przyrodę jak na potencjalnego agresora – mówi Anna Zdrojewska, wydawczyni, która sprowadziła do Polski głośną na Zachodzie książkę Richarda Louva „Ostatnie dziecko lasu”. – Rzeki nie są już ciekami wodnymi, ale miejscami, w których topią się dzieci. Krzaki kryją pedofilów. Lasy są siedliskiem boreliozy. Być może to właśnie moje pokolenie, dorastające w końcówce lat 80., jest ostatnią generacją, u której kontakt z przyrodą nie wywołuje stanów lękowych.

Orędownicy Zmiany odbijają więc tę przyrodę dla siebie. Zdiagnozowanie przez Richarda Louva zespołu deficytu natury jako rzeczywistego problemu społecznego zainspirowało lokalne społeczności w Stanach, Kanadzie, Meksyku do przyłączenia się do sieci Dzieci i Natura (Children and Natura Network). Jeszcze nie jest za późno, mówią, żeby odzyskać intymną relację z przyrodą. Która to relacja może, paradoksalnie, pomóc nam zachować równowagę w kontakcie z nowoczesnymi technologiami.

I równowagę w ogóle. Inez Rogozińska, 30-latka z zachodniopomorskiego, autorka poczytnego bloga herbiness.com, dzieli się na nim swoją wiedzą na temat jadalnego i leczniczego bogactwa natury. Choćby z miejskich trawników: – Piszę o moich przygodach, bo chciałabym, żeby każdy widział te skarby, co ja. Nie chwasty, tylko: materiał na maść na stawy, szampon przeciwłupieżowy, surowiec do zupy, herbatki. Lubię zadawać pytania: jak i dlaczego? Analizuję i eliminuję balast. Docieram do sedna: po co kupować preparat z żywokostem, w pudełku i z wypełniaczami, skoro żywokost rośnie w pobliżu? Po co jeść nowalijki z Hiszpanii, skoro na trawniku mam tyle witamin?

Inez funkcjonuje pomiędzy dwoma światami. Jeden z nich to las tuż koło jej domu, w którym w ciągu godziny potrafi znaleźć 60 jadalnych roślin, drugi – własny sklep odzieżowy w mieście. Czasem spóźnia się z otwarciem sklepu; przeprasza wówczas klientki, że pasła rano gęsi i się zagapiła. Klientki się uśmiechają, bo wiedzą, że Inez, nawet gdy mieszkała w dzielnicy zalanej betonem, hodowała kury. Bo dlaczego nie?

Tę Zmianę niełatwo zagospodarować politycznie – acz to się powoli dzieje. Trudno ją sobie zjednać, bo jest krytyczna. Widzi odklejenie klasy rządzącej od rzeczywistości, nie da sobie wcisnąć pustosłowia. Nie jest też homogeniczna. Pielęgnują ją przecież zarówno wiejscy działacze na rzecz rewolucji żywieniowej, jak i członkowie ruchów miejskich. Aktywiści i normalsi. Środowiska lewicowe i anarchistyczne oraz blogerzy, którzy piszą o konieczności odzyskania chrześcijańskiego postu jako narzędzia duchowego rozwoju, także prawicowi, aktywni religijnie, tradycjonaliści, pielęgnujący „naturalne” podejście do rodziny, potępiający zachodni konsumpcjonizm i hedonizm.

Zdaniem Joanny Erbel idee pielęgnowane dotąd w niszowych środowiskach zaczynają właśnie przeciekać do mainstreamu. Ruchy obywatelskie wyłaniają swoich samorządowych przedstawicieli – coraz liczniejszych, wybranych właśnie z tego klucza przez innych orędowników Zmiany. Ona sama zdecydowała się niedawno kandydować na prezydentkę Warszawy. – Horyzont się przesuwa. Przestrzeń wyobraźni, w jakiej się poruszamy, jest dużo szersza, niż nam się wydaje. Mamy szansę na przyjazne miasto, udogodnienia dla grup wymagających większej uwagi, na przykład seniorów, na lepsze życie. Nie idealne, ale wystarczająco dobre. Obłupane do rdzenia, zwyczajne, lokalne. Czy z tego może wyrosnąć polityka?

Polityka 19.2014 (2957) z dnia 06.05.2014; Temat tygodnia; s. 14
Oryginalny tytuł tekstu: "Wyznawcy Zmiany"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną