Ludzie i style

Czterdziestodziatek

Pharrell Williams porywa tłumy

Z przeboju na przebój Pharrell był coraz bardziej zamożny, utytułowany i… nieszczęśliwy. Z przeboju na przebój Pharrell był coraz bardziej zamożny, utytułowany i… nieszczęśliwy. Dan Anderson/EPA / PAP
Do Polski miał przyjechać Pharrell Williams, supergwiazda muzyki ostatnich lat. Jego wideoklip „Happy” stał się nową jakością w popkulturze.
Tytułem nowej solowej płyty „G I R L” chciał podziękować wszystkim kobietom i dziewczynom za lojalność, wsparcie oraz wysiłek wkładany w podtrzymywanie ludzkości przy istnieniu.Mark Brake/News Pix/Rex/EAST NEWS Tytułem nowej solowej płyty „G I R L” chciał podziękować wszystkim kobietom i dziewczynom za lojalność, wsparcie oraz wysiłek wkładany w podtrzymywanie ludzkości przy istnieniu.
„Alchemik” Paulo Coelho, jak mówi, pomógł mu znaleźć sens życia.kallerna/Wikipedia „Alchemik” Paulo Coelho, jak mówi, pomógł mu znaleźć sens życia.

Kilka miesięcy temu rozchwytywany producent muzyczny i wokalista Pharrell Williams opublikował w internecie teledysk, który reklamowano jako pierwszy 24-godzinny wideoklip w historii. I żaden z wielkich fenomenów sieciowych ostatnich lat – ani „Gangnam Style”, ani „Harlem Shake” – nie roztańczył świata tak jak jego utwór „Happy”. Zastępy Kalifornijczyków kolejno prezentowały przed kamerą niepowtarzalne choreografie do powtarzanej w kółko czterominutowej piosenki, odwiedzając przy okazji wszelakie zakątki Los Angeles i okolic. Tancerze uliczni i tancerki ze wstążkami, deskorolkowcy i stróże, był nawet przerośnięty kurczak pląsający w sklepie spożywczym. Scena po scenie, każdy przedstawiał własny pomysł na wyrażenie tytułowego szczęścia. A widz mógł dowolnie nawigować pomiędzy nimi za pomocą myszki.

Pomiędzy anonimowymi twarzami przemykały gwiazdy pokroju koszykarza Magica Johnsona czy aktora Jamiego Foxxa. I naturalnie sam Williams, który wkraczał w kadr o równych godzinach zegara. A to w białym argentyńskim kapeluszu (na zapleczu szykownej restauracji), a to w koszulce z uśmiechniętą buźką (na tle wysychającego kanału), wreszcie w kręgielni w asyście uroczej czarnoskórej dziewczynki. W sumie 24 razy. I ta jego wszechobecność zdumiała fanów Pharrella w podobnym stopniu jak artystę to, że swoją całodzienną potańcówką zapoczątkował globalny maraton tańca, który w końcu jego samego doprowadził do łez.

Szczęśliwi czasu nie liczą

Który Pharrell jest starszy? – pytał niedawno „New York Magazine” obok zestawienia kilkunastu fotografii. Połowę wykonano w latach 2002–03, połowę w ciągu ostatnich dwóch lat. Zadanie odróżnienia Williamsów 30-letnich od tych starszych o dekadę pozostawiono czytelnikom, co zazwyczaj kończyło się porażką. Niektórzy podejrzewali wręcz, że redakcja sobie z nich zakpiła i podsunęła wyłącznie zdjęcia wykonawcy z początku millennium.

Mimo że tej wiosny skończył lat 41, aparycja Pharrella pozwala mu wciąż kreować się na „kidulta”, czyli „młodorosłego”, jak sam siebie nazywa. Jeden z najbardziej wpływowych ludzi w amerykańskim przemyśle muzycznym, zdobywca siedmiu nagród Grammy i producent kilkudziesięciu globalnych przebojów, współtwórca sieci odzieżowych z salonami w najważniejszych stolicach Ameryki, Azji czy Europy, a dorywczo także projektant firmy Louis Vuitton – wciąż pokazuje się w krótkich spodenkach, za codzienny trening fizyczny wystarczają mu wirtualne wyścigi samochodowe („Spalam przy tym mnóstwo kalorii” – zapewnia), a na pytanie o ulubione danie świata bywalec najdroższych restauracji świata odpowiada jak przedszkolak: bułka z masłem orzechowym i dżemem.

Ze szkoły z kolei zachował przyjaciela. „To najzdolniejszy człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkałem, i na zawsze mój najlepszy kumpel” – zwykł odpowiadać na pytania o Chada Hugo, partnera w duecie producenckim The Neptunes. Tandem założony na początku lat 90. na przełomie kolejnej dekady seryjnie ekspediował na listy przebojów gwiazdy mainstreamu (Britney Spears, Backstreet Boys, N’Sync), odkurzał legendy epok minionych (od The Rolling Stones przez Prince’a po Madonnę), wspierał idoli blogosfery (jak raperzy Mos Def i Talib Kweli czy znany wówczas nie tak licznym Daft Punk). W studiu The Neptunes mijali się Beyoncé oraz Jay-Z na długo przed tym, jak spotkali się na pierwszej randce. Justin Timberlake zawdzięczał duetowi pierwsze sukcesy solowe, a w 2003 r. magazyn „Billboard” policzył, że aż 20 proc. utworów prezentowanych wówczas w brytyjskich rozgłośniach radiowych wyszło spod ręki The Neptunes. Latem udział ten przekraczał 40 proc.

To samo pismo umieściło ich później na szczycie zestawienia najważniejszych producentów pierwszej dekady nowego wieku. I najlepiej zarabiających, bo majątek The Neptunes prasa szacowała na 150–200 mln dol. W ciągu roku potrafili obdarować gotowymi przebojami nawet 30–40 wykonawców i trudno odgadnąć, jak znaleźli w tym wszystkim czas na pracę na własne konto. Pod pseudonimem N.E.R.D. – akronim zdania No One Ever Really Dies, czyli nikt nigdy naprawdę nie umiera – wydali dotąd cztery albumy. Ale tylko dwa z nich, i to z trudem, przebiły się do pierwszej dziesiątki „Billboardu”. Nie więcej Pharrell osiągnął swoim solowym debiutem z 2006 r.

Dwaj przyjaciele z wakacyjnego obozu szkolnego, potem ze szkolnej orkiestry marszowej i wreszcie ze wspólnego studia pozostali więc znani przede wszystkim jako ci, którzy komponują, nagrywają i goszczą w globalnych hitach, ale wydawanych pod cudzym nazwiskiem. Wydawało się, że taki stan rzeczy przypieczętuje rok ubiegły. Najpierw Pharrell gościnnie pojawił się w przeboju „Get Lucky” Daft Punk, następnie w kontrowersyjnym ze względu na występ dwóch półnagich modelek teledysku „Blurred Lines” Robina Thicke. Williams był także współautorem obu piosenek, dzięki czemu dołączył do elitarnego grona artystów, którzy równocześnie okupowali dwa pierwsze miejsca listy „Billboardu”. Ale dopiero po premierze trzeciego wielkiego przeboju 2013 r. naprawdę zaistniał w powszechnej świadomości jako samodzielny wykonawca. Bo wreszcie podpisał się własnym imieniem.

Od Rubika do Alchemika

Autorzy strony wearehappyfrom.com zebrali już ponad 1500 wersji teledysku „Happy” pochodzących ze 139 krajów świata. Tylko pod literą „b” obok Barcelony, Bostonu i Bejrutu znajdziemy Bełchatów, Białą Podlaską, Białystok czy Bielsko-Białą. Pod „p” ponad 20 filmików z Paryża, w tym „Paryż w wykonaniu Polaków”. A także Pszczynę, Proszowice i oczywiście Poznań. Pląsy poznaniaków obejrzało już pół miliona osób. Krakowskie – o połowę więcej. Polacy nakręcili też oddzielną wersję na Euromajdanie.

Wszystkie lokalne „Happy” miało już obejrzeć ponad 2 mld widzów, a echa „Happy” przekroczyły w końcu granice popkultury. Filmik zatytułowany „Happy British Muslims” – szczęśliwi brytyjscy muzułmanie – w środowisku imigrantów z krajów islamskich rozpętał poważną debatę na temat moralności. Konserwatystów oburzyło to, że przed kamerą wspólnie bawią się młodzi obojga płci. Wkrótce pojawiła się nawet wersja ocenzurowana, z której wycięto wszystkie kobiety. Liberałowie bronili klipu, bo obalał stereotypy o niezdolnych do zabawy muzułmanach.

Nawet jeśli Pharrell przygotował grunt pod to stukrotne żniwo – w końcu świadomie pozwolił na wykorzystywanie swojej piosenki do takich celów – na pewno nie spodziewał się aż takiego sukcesu. Choć z pewnością nań zasłużył. Umiejętności muzyczne rozwijał od dzieciństwa, kiedy odkrył w sobie synestezję. Słysząc dźwięki, widział kolory. Edukację muzyczną zapewnili mu kolejno rodzice, Kościół i on sam.

Najpierw matka, nauczycielka szkolna, śpiewała mu na różne melodie... trzy cyfry. 1, 4 oraz 3. Dopiero po latach odkrył znaczenie tego szyfru: I love you. Ojciec, z zawodu złota rączka, regularnie zabierał rodzinę do lokalnego kościoła w Virginia Beach. I tam jego pierworodny – młodsi bracia Pharrella urodzili się odpowiednio 10 i 20 lat po nim – poznał początkującego producenta Timothy’ego Mosleya. Wkrótce miał on zasłynąć na cały świat jako Timbaland, a na razie pozwolił ciekawskiemu chłopakowi odwiedzać się w domowym studiu. Własne studio 20-letni Pharrell założył już z Chadem Hugo i pod koniec lat 90. zarobił na pierwsze porsche, gdy raper Noreaga podbił radia utworem autorstwa The Neptunes. W kolejnej dekadzie nie musiał nawet sprawdzać, czy któreś z jego dzieł znajduje się na liście „Billboardu”. Zazwyczaj było ich tam kilka jednocześnie. Eter akceptował wszystko, co Pharrell proponował, choćby lepił swoje piosenki z dzwonków telefonicznych albo bloków ciszy.

Z przeboju na przebój Pharrell był coraz bardziej zamożny, utytułowany i… nieszczęśliwy. „Pieniądze krzyczały zbyt głośno. Dziewczyny wyglądały zbyt kusząco. Biżuteria lśniła zbyt jasno” – przyznał niedawno na łamach magazynu „GQ”. Doskonale pamięta wywiad telewizyjny z 2006 r., gdy ostentacyjnie bawił się przed kamerą kostką Rubika wysadzaną diamentami. Gorzka autorefleksja wepchnęła go w końcu jeszcze głębiej do studia i w ostatnich latach odpoczywał od niego tylko przez jeden dzień w miesiącu. Zdarzało mu się – i wciąż zdarza – pracować przez 10 godzin bez przerwy na posiłek czy nawet łyk wody. Podczas takiej sesji potrafi wyprodukować nawet cztery kompletne piosenki. Kompozytor Hans Zimmer, z którym współpracował przy muzyce do filmu „Spider-Man”, wspominał, że Pharrell napisał kiedyś cały utwór w pięć minut. Korzystał przy tym wyłącznie z telefonu komórkowego.

W studiu nagraniowym Williams pozostaje artystą wybitnym i rozchwytywanym. Poza nim chciałby się czuć zwykłym człowiekiem. Jeździ wprawdzie supernowoczesnym rolls-royce’em, ale czas wolny najchętniej spędza z poślubioną w październiku Helen Lasichanh oraz ich 5-letnim synem Rocketem. Do minimum ograniczył liczbę noszonych karatów. W zasadzie tylko do nieodłącznego pierścienia (wysadzanego szmaragdami), choć i jego wydaje się ostatnio wstydzić. Niesławną scenę z kostką Rubika nazywa dziś „niedorzeczną”. A pytany o to, czy przekazał kosztowną zabawkę synowi, irytuje się: wolałby mu podarować świetne wykształcenie i pozytywne spojrzenie na codzienność.

Tytułem nowej solowej płyty „G I R L”, na której okładce pokazuje się w szlafroku w obstawie trzech modelek, podobno nie zamierzał wcale wracać do młodzieńczych ekscesów. Chciał raczej podziękować wszystkim kobietom i dziewczynom za lojalność, wsparcie oraz wysiłek wkładany w podtrzymywanie ludzkości przy istnieniu. Nawet pytany o ulubioną książkę Pharrell wskazuje bohatera masowego. „Alchemik” Paulo Coelho, jak mówi, pomógł mu znaleźć sens życia.

Szczęście w nieszczęściu

Zaskoczyły nas tylko kwestie wyżywienia – mówi o liście wymagań koncertowych artysty Stanisław Trzciński, dyrektor artystyczny festiwalu Pozytywne Wibracje. Amerykanin miał zaprezentować na warszawskiej imprezie swoje nowe show zbudowane wokół materiału „G I R L”. Wymagania żywnościowe Williamsa zdziwiły organizatorów, bo artyści zwykli zamawiać tylko dwa rodzaje menu: bogatsze dla gwiazdy i jej ścisłego otoczenia oraz skromniejsze dla reszty ekipy. Pharrell zażyczył sobie jednak ponad 20 zestawów dostosowanych do egzotycznych nieraz gustów i wyznań religijnych. – Ewidentnie dba o to, by wszyscy w jego zespole czuli się równi, szanowani w tym samym stopniu – ocenia Trzciński.

O wrażliwości Pharrella świadczy także niedawny występ telewizyjny w programie Oprah Winfrey. Kiedy opowiadał o niebywałym sukcesie „Happy”, gospodyni przerwała rozmowę i wyświetliła montaż lokalnych przeróbek teledysku. Bermudy, Słowacja, Portugalia, Tajwan, Filipiny – wszyscy tańczyli do wspólnego rytmu i zgodnie śmiali się do kamery. Przy migawce z Irlandii Pharrell usztywnił się w fotelu, a na widok pląsających Senegalczyków zaczął łykać powietrze. Po Malawi zupełnie się rozrzewnił i w końcu zasłonił oczy. Potrzebował dobrej minuty, żeby wydukać słowa wdzięczności i zapewnienie – a jakżeby inaczej – że jest szczęśliwy.

Empatycznemu gwiazdorowi pewnie nie umknęły doniesienia o tragedii, którą pośrednio spowodował dwa tygodnie później. Jak co rano pewna 32-letnia kobieta z Karoliny Północnej samotnie jechała samochodem do pracy. Nagle jej pojazd zjechał na sąsiedni pas, uderzył w ciężarówkę przewożącą odpady wtórne, odbił od niej i wpadł do rowu, gdzie natychmiast stanął w ogniu. Zgłoszenie o wypadku straż pożarna otrzymała o godzinie 8.34. Minutę wcześniej Sanford opublikowała na Facebooku swoją ostatnią wiadomość: The happy song makes me HAPPY – ta szczęśliwa piosenka USZCZĘŚLIWIA mnie.

Dwa tygodnie przed koncertem zaplanowanym w warszawskiej Pepsi Arena Williams odwołał swój przyjazd. Organizatorzy festiwalu Pozytywne Wibracje zapowiedzieli, że do 30 czerwca poinformują o nowej imprezie. 24-godzinny teledysk „Happy” można obejrzeć pod adresem 24hoursofhappy.com.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bajki dla suwerena. Dlaczego filmy Patryka Vegi są tak popularne?

Rozmowa z dr. hab. Jackiem Wasilewskim o tym, co takiego wie o Polakach Patryk Vega, czego nie wiedzą inni.

Joanna Cieśla
20.03.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną