Ludzie i style

Dewi-fizacja

Moda na miejsca bez dostępu do internetu

Warszawski Bar Prasowy Warszawski Bar Prasowy Piotr Małecki
Wi-fi i stały dostęp do sieci są już czymś tak powszechnym, że w kawiarniach zaczynamy cenić coś, co parę lat temu uznalibyśmy za ograniczenie: brak dostępu do internetu.
Cafe Borderlands, San FranciscoCory Doctorow/Flickr CC by SA Cafe Borderlands, San Francisco
Do sieci wrzucamy dziś zdjęcia, informacje, deklaracje, nierzadko intymne wyznania.Antonio Guillen Fernández/PantherMedia Do sieci wrzucamy dziś zdjęcia, informacje, deklaracje, nierzadko intymne wyznania.

Jeden z dużych koncernów spożywczych stworzył w grudniu 2012 r. strefę bez wi-fi w centrum Amsterdamu. W promieniu 5 m od zlokalizowanego w samym środku miasta punktu blokowano wszystkie sygnały radiowe. To była tylko prowokacyjna akcja marketingowa, adresowana głównie do młodych ludzi, odnosząca się do dewizy koncernu – „Zrób sobie przerwę”. W domyśle: od maili, tagów, hashtagów, lajków i uaktualnień profili. „Przez 10 minut nie patrz na iPhone’a, iPada czy tablet. Zrób sobie przerwę. Odpręż się” – nawoływało hasło akcji.

Pomysł przyniósł efekty: niektóre z osób siadających na ławce rzeczywiście ze sobą rozmawiały, i to nie przez bezużyteczne w tym miejscu smartfony. Pracownicy agencji reklamowej byli bardzo zadowoleni i zastanawiali się, czy może za kilka lat naprawdę zaczną powstawać tego typu strefy. Poważnych naśladowców doczekali się bardzo szybko. Najpierw w sieci pojawił się mem z wypisanym kredą na tablicy zdaniem „No, we don’t have wi-fi, talk to each other” (Nie mamy wi-fi, rozmawiajcie ze sobą). Potem identyczny napis – potraktowany jako hasło wywoławcze – zaczął się pojawiać w różnych miejscach na świecie.

Pewnego grudniowego dnia 2013 r. na podobną tabliczkę trafili goście wchodzący do kawiarni Tallipiha w Tampere w Finlandii. Właściciele ustawili ją, bo zauważyli, że od dłuższego czasu wielu gości natychmiast po wejściu logowało się do sieci – i znikało. A oni założyli kawiarnię po to, żeby ludzie ze sobą rozmawiali. Podobnymi przesłankami kierował się menedżer Cafe Liebling w Berlinie. W menu kawiarni zostały wydrukowane komiksowe chmury, które oznajmiają nam, że tu wi-fi nie ma i trzeba z drugim człowiekiem rozmawiać naprawdę. I ludzie rozmawiają.

Właściciele kawiarni Kaffeine w centrum Londynu też nie założyli u siebie wi-fi. A gdy klienci skarżyli się na to w komentarzach w internecie, odpisali, że to część ich pomysłu na biznes. Tablicę z takim samym napisem jak w Tampere – po polsku i angielsku – można teraz zobaczyć przy kasie w warszawskim Barze Prasowym. Tu na początku wi-fi było. Jednak po krótkim czasie właściciele doszli do wniosku, że Bar Prasowy to miejsce specyficzne. Odbywają się tu odczyty, pokazy, projekcje, są wystawiane spektakle teatralne. Powinien być miejscem wytchnienia i odpoczynku – także od życia w sieci.

Tym bardziej że w tym samym czasie w innych miejscach proces zmierza w przeciwnym kierunku. W lutym 2014 r. gubernator indyjskiego stanu Bihar Nitish Kumar ogłosił otwarcie największej w tym momencie strefy wi-fi na świecie. Od Patny do Danapur w północno-wschodnich Indiach rozciąga się 20-kilometrowy obszar z bezprzewodowym internetem. W planach jest tworzenie kolejnych, podobnej wielkości stref. Do sieci bez problemu podłączymy się, będąc na szczycie Mount Everestu. Hotspoty zlokalizowane są od podnóża góry aż do ostatniej, położonej na wysokości 5148 m bazy, z której himalaiści przypuszczają atak na szczyt góry. Już niedługo sieć znajdziemy także na 15–20 obszarach w obrębie największych parków krajobrazowych w Kanadzie. Jeżeli pilotażowy pomysł zakończy się sukcesem, w ciągu najbliższych trzech lat w kanadyjskich parkach narodowych pojawi się 75 stref wi-fi w najczęściej odwiedzanych przez turystów miejscach.

Magazyn „Time”, komentując decyzję Parks Canada (odpowiednika naszych Lasów Państwowych), napisał: „Bo co to za radość przebywać samotnie w nieskalanym przez człowieka parku krajobrazowym, skoro nie możesz sobie zrobić fotki na Facebooka? Kanadyjskie zapierające dech w piersiach dzikie tereny po decyzji Parks Canada o stworzeniu tam stref wi-fi już nie będą takie dzikie”.

Do sieci wrzucamy dziś zdjęcia, informacje, deklaracje, nierzadko intymne wyznania. Robiąc to, kreujemy własny wizerunek – i coraz trudniej przychodzi nam odłączyć się od sieci.

Na przykład 20-letni Michał, student, który pragnie uchodzić za faceta powszechnie lubianego i bywalca hipsterskich lokali, natychmiast po wejściu do pubu lub kawiarni sprawdza, czy jest tam internet. Jeszcze przed zamówieniem kawy czy drinka zadaje obsłudze pytanie o hasło do sieci. Potem loguje się na swoje ulubione strony, obowiązkowo oznaczając miejsce, gdzie aktualnie przebywa. Czasem dodaje jeszcze zdjęcie tego, co je, żeby wszyscy się dowiedzieli, że o godz. 18.12 wypił mocha frappuccino w wielkim, białym kubku i zjadł fantastyczne danie. Wtedy może liczyć na dużo lajków. Twierdzi, że robi to dla beki – żeby było zabawnie. I żeby wszyscy zobaczyli, w jakie fajne chodzi miejsca. Żeby pamiętali, że on w ogóle istnieje. Wydaje mu się, że jak go nie zobaczą na Facebooku, to go nie będzie.

– Portale to agora. Jak w dawnych wiekach kościół czy rynek miejski. Antropolog Daniel Miller stwierdził, że Facebooka można porównać do Boga, wiecznie obserwującego nas sumienia, które powoduje, że niektóre rzeczy chcemy światu pokazać, a inne ukryć. W sieci chcemy być atrakcyjni, fajni, dobrze odbierani, ale nasza wirtualna tożsamość wynika również z tego, jak oceniają nas inni internauci – tłumaczy dr Piotr Cichocki z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, autor pracy doktorskiej „Etnografia wybranych internetowych serwisów społecznościowych. Relacje wirtualności i realności”. – Kiedy się wylogowujemy, jesteśmy z powrotem w realu, w którym nasza rola społeczna może być nieco mniej przystosowana do naszych oczekiwań, nie dostajemy lajków, przychylnych komentarzy, nie odgrywamy ważnej roli w fabule sieciowej gry. To może niektórych boleć, zatem wolą być w sieci niż w realnym życiu.

Natalia, spotykając się w kawiarni z koleżanką, zawsze kładzie przed sobą komórkę. Zresztą koleżanka też. Obie co chwila dostają powiadomienia o nowościach z portali. Wtedy od razu trzeba odpisać. Bo zaraz przyjdą kolejne powiadomienia i esem­esy. I tak cały czas. – Realny czas, jaki ze sobą spędzamy, jest skracany o jakieś 30 proc., bo tyle mniej więcej marnujemy na wirtualne rozmowy – zauważa Natalia.

Nawet siedząc obok siebie, ludzie chętniej porozumiewają się elektronicznie. – Możemy być razem, ale nie komunikować się werbalnie, tylko za pośrednictwem esemesów czy maili – mówi dr Julita Koszur ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, współautorka publikacji „Atrakcyjność i użyteczność zawansowanych aplikacji internetowych”. Stała dostępność internetu ma też wpływ na naszą pamięć i proces zapamiętywania. – Nowe pokolenie ma kłopoty z pamięcią długotrwałą. Mamy potencjał, ale jednocześnie coraz mniej wyzwań, aby z pamięci długotrwałej korzystać. Odłączeni od sieci, tracimy poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. Czujemy się bezradni – dodaje dr Julita Koszur. Tym bardziej że serwisy pozwalają nam odczuć namiastkę bliskości. Już teraz możemy korzystać z systemu Siri – aplikacji, która odpowiada na pytania, rekomenduje rozwiązania i wykonuje za nas niektóre działania. Producent twierdzi, że oprogramowanie dostosowuje się z czasem do nawyków i zachowań właściciela. Dajemy Siri zadanie, np. podróż do Gdańska, a system sam kupuje bilet i rezerwuje hotel, mówiąc do nas ciepłym głosem. Męskim lub żeńskim – wybór należy do nas. Siri przybliża nas do systemu operacyjnego (OS) wymyślonego na potrzeby filmu „Ona” w reżyserii Spike’a Jonze’a. Sztucznej inteligencji zaprojektowanej tak, żeby adaptowała się do otoczenia i rozwijała. System zaspokaja potrzeby emocjonalne człowieka, doradza w trudnych momentach, wskazuje rozwiązania w życiowych wyborach. Główny bohater, po zakończonej relacji z kobietą, traci zainteresowanie drugim człowiekiem; randkuje ze swoim systemem operacyjnym i jest z tego powodu szczęśliwy. Przynajmniej do momentu, gdy dowiaduje się, że system w tym samym momencie co z nim rozmawia z 8316 mężczyznami, z których już 641 wyznał swoim ciepłym kobiecym głosem miłość. Lepiej już rozłączyć się profilaktycznie, raz na jakiś czas, żeby nie wpaść w taką sieć.

A kiedy już się okazuje, że rzeczywistość jest bardziej interesująca niż świat wirtualny, często, zamiast się nią cieszyć, wyciągamy telefon. I zamiast patrzeć na koncercie na swój ulubiony zespół, wyciągamy komórkę i go nagrywamy. Podobnie bywa w domach. – Mam rodzeństwo cioteczne. Przychodzą do kuchni, biorą jedzenie i idą do komputera i iPhone’a. Tradycja wspólnoty zanika m.in. przez urządzenia mobilne – mówi Aleksandar Ćirlić, menedżer Baru Prasowego w Warszawie.

Coraz trudniej nam odłożyć komórkę. Choćby na czas trwania zajęć, spotkania czy rozmowy z drugą osobą. – Komórka to dla młodych pokoleń przedłużenie ręki. Uważam, że korzystanie i sprawdzanie w trakcie wykładu, co tam świeci, jest niestosowne, niegrzeczne. Myślę, że oni inaczej interpretują tę sytuację – mówi dr Julita Koszur. Wielozadaniowość, naturalna dla młodszych, zmniejsza efektywność działania zadaniowego w szkole czy w pracy. – Pogarsza to jakość relacji. Jesteśmy, jak nazwała to zjawisko badaczka internetu Sherry Turkle, samotni razem – dodaje badaczka z SWPS.

Niedawno narodziło się też jednak pojęcie wirtualnej współobecności – cały czas widzimy, kto jest online. Widzimy osoby, które znamy i których nie znamy, ale jako znajomi naszych znajomych staną się wkrótce naszymi znajomymi. Konto na Face­booku ma już ponad 12 mln Polaków. A słowo „znajomy” zmieniło swój sens.

– Dla najmłodszych technologie to środowisko naturalne – mówi dr Piotr Cichocki. – Współprowadziłem badania terenowe we wsiach Kurpiowszczyzny. Młodzi ludzie, z którymi rozmawiałem, nie uczą się już pracy w gospodarstwie i na roli, tylko obsługi tabletów. Dzieci przebywają w świecie, gdzie rodzice nie mają nad nimi kontroli. Chcą w nim przebywać. Czemu mieliby zachowywać tradycję, skoro jest z tym coraz słabiej nawet u ich rodziców, a wirtualne środowisko równa ich szanse z dziećmi pochodzącymi z większych miast?

To dlatego menedżerowie Prasowego chcą zachęcać ludzi do bycia ze sobą. Jest to wpisane w ideę miejsca – w barach mlecznych klienci, siadając, nie zajmują całego stolika. Jeżeli jest wolne krzesło, może na nim usiąść każdy. Choć od tego zjawiska ludzie wyraźnie już się odzwyczaili. Gdy pracownicy baru słyszą pytania o wi-fi, grzecznie odpowiadają, że nie ma. – Oczywiście jak ktoś przychodzi z iPhone’em i korzysta ze swojej sieci, to mu tego nie zabraniamy. Mamy profil na fejsie czy kanał na YouTube, ale wydaje nam się, że powinien zostać zachowany zdrowy rozsądek – mówi Aleksandar Ćirlić.

Dr Julita Koszur postuluje, by uczyć nowe pokolenia, jak radzić sobie bez nieustannego bycia online: – Nie chodzi o to, by nie ufać maszynom, tylko żeby nie zapominać, co jest prawdziwą wartością – że to bliskość, kontakt z drugim człowiekiem.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną