Biura coworkingowe: praca razem, ale osobno

Wszystko współ
Klienci czekający na strzyżenie we Freelance Studio w Warszawie, pierwszym w Polsce coworkingu fryzjerskim.
Piotr Małecki

Klienci czekający na strzyżenie we Freelance Studio w Warszawie, pierwszym w Polsce coworkingu fryzjerskim.

W Biurcu, w coworkingu w centrum Warszawy, każdy robi swoje, ale zdarza się, że współpracują przy jakimś zleceniu, no i jadają wspólnie.
Piotr Małecki

W Biurcu, w coworkingu w centrum Warszawy, każdy robi swoje, ale zdarza się, że współpracują przy jakimś zleceniu, no i jadają wspólnie.

Okno Mam Biuro, pracowni coworkingowej dla matek i ojców na warszawskiej Saskiej Kępie. Pracują osobno, ale mają tu wspólne nianie do dzieci.
Piotr Małecki

Okno Mam Biuro, pracowni coworkingowej dla matek i ojców na warszawskiej Saskiej Kępie. Pracują osobno, ale mają tu wspólne nianie do dzieci.

Fantastic Studio na Pradze przy pracy.
Piotr Małecki

Fantastic Studio na Pradze przy pracy.

Fantastic Studio po godzinach.
Piotr Małecki

Fantastic Studio po godzinach.

Są i spotkania integracyjne: impreza po pracy w Fantastic Studio...
Piotr Małecki

Są i spotkania integracyjne: impreza po pracy w Fantastic Studio...

... turniej ping-ponga Amatorskiej Ligii Tenisa Biurcowego, w akcji freelancerka Luiza Szymańczak.
Piotr Małecki

... turniej ping-ponga Amatorskiej Ligii Tenisa Biurcowego, w akcji freelancerka Luiza Szymańczak.

Sky is the limit

Niemal każdy coworker powtarza drogę pioniera Brada Neuberga. Najpierw praca w domu. Potem, gdy atmosfera rodzinnych pieleszy rozleniwia albo po prostu brakuje kontaktów z ludźmi, wynoszą się do kafejek. Gdy zaczynają tyć (trzeba przecież od czasu do czasu coś zamówić) lub gdy brakuje im skanera i fotokopiarki, zaczynają się rozglądać za czymś innym. Jeśli wynajęcie biura nie wchodzi w grę, idealnym rozwiązaniem okazuje się coworking. Tak było w przypadku Marcina Dybka, analityka inwestycyjnego, który prowadzi płatny serwis internetowy Stock Analysis on Net, dotyczący amerykańskiej giełdy i 100 największych notowanych na niej spółek. Wcześniej przez osiem lat miał etat w dobrej firmie. Skończył ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim w 1995 r., a to były złote czasy dla ekonomistów. Pracę miał dobrą, zarobki też, ale nie mógł się odnaleźć w korporacyjnym rygorze. I mimo że merytorycznie był bardzo dobry, i wiedział o tym, nigdy nie awansował wyżej kierownika. Nie wiedział, jak rozmawiać z szefem, nie umiał okopać się na swojej pozycji, dbać o własne interesy, poruszać w gąszczu skomplikowanych układów w firmie. Chciał tylko robić swoje, a tacy nie awansują. – I tak długo wytrzymałem, głównie z powodu presji rodziców – śmieje się.

Kiedy w 2003 r. rzucał posadę, znajomi pukali się w czoło. Dziś zazdroszczą. Nie tylko pieniędzy (na pytanie o zarobki Marcin odpowiada dyplomatycznie: – Sky is the limit), ale swobody, tego, że pracuje, kiedy chce. W przypadku Marcina oznacza to właściwie zawsze, całkiem poważnie podejrzewa się o pracoholizm. Zarabia na reklamach i na abonamentach. Ponad 60 proc. jego klientów to Amerykanie. Na drugim miejscu są Brytyjczycy. Ma ok. 6 tys. wejść na stronę dziennie.

Początkowo pracował w domu. Czasem z laptopem uciekał do teściów, kiedy oni byli w pracy. Miał większy spokój. Stock Analysis on Net ruszył w 2004 r. A lata 2005–07 to była hossa na giełdzie. Dobrze trafił po prostu. Odezwali się dziennikarze, pisał do „Forbesa”, „Pulsu Biznesu”, robił serwis giełdowy wspólnie z WP.

Od kilku lat Marcin znów chodzi do pracy. Ma swoje biurko w Biurcu, coworkingu założonym przez Wojciecha Majewskiego w centrum Warszawy.

Podwójne paluszki

Coworkerzy w Biurcu najczęściej są młodzi. Przed lub po trzydziestce. Mają już za sobą doświadczenie pracy w firmie czy korporacji. Pójście na własne przeważnie było świadomą decyzją, jak w przypadku Marcina. Czasem w jej podjęciu pomogła redukcja etatów w korporacji tak freelancerką została Beata, zajmująca się reklamą. Najczęściej do Biurca trafiają przedstawiciele wolnych zawodów: webdesignerzy, programiści, graficy, tłumacze, dziennikarze, reżyserzy. Pracują na komputer i telefon, większość z powodzeniem mogłaby to robić w domu. Na własnej skórze przekonali się jednak, że człowiek jest zwierzęciem społecznym. I od czasu do czasu, choćby dla psychicznej higieny, powinien z domu wyjść.

Wśród coworkerów Biurca jest także Bartosz Głodowski, producent podwójnych (czyli zlepionych) słonych i słodkich paluszków, jego firma warta jest ponad milion złotych. Głodowski podwójne paluszki opatentował jeszcze na studiach. Razem z kolegą, z którym pijąc piwo, wpadli na ten pomysł, zaczęli produkować, a raczej zlecać produkcję paluszków. Sami zajmowali się dystrybucją i pozyskiwaniem odbiorców. Sami także zaprojektowali opakowanie swojego produktu, sprzedawanego pod nazwą Beerfingers. Zwyczajnie, nie stać ich było na opłacenie profesjonalnego grafika. Design jak z PRL okazał się znakomitym chwytem marketingowym. Podwójne paluszki sprzedawały się świetnie. Tymczasem jednak Bartosz stracił wspólnika, ale nieoczekiwanie pozyskał potężnego inwestora, firmę Bakalland. W zamian za wsparcie oddał ponad połowę udziałów. Dwa lata temu udało mu się je odkupić. Dziś znów sam sobie jest sterem, żeglarzem i okrętem, szacuje, że jego dwie marki, Podwójne Paluszki i Beerfingers, warte są 1,5 mln zł.

Od czterech lat pracuje w Biurcu i bardzo sobie to chwali. Każdy robi tu swoje, ale zdarza się, że współpracują przy jakimś zleceniu. Albo dzielą się know-how, kontaktami. – To jest właśnie inspirujące, że tu prawie każdy ma inne doświadczenia zawodowe – mówi Paweł, inny pracownik Biurca zajmujący się informatyką. – Zwykła pogawędka przy kawie czy na papierosie potrafi czasem przerodzić się w dobry pomysł na biznes.

Tradycją stały się już spotkania po godzinach. Raz są to czyjeś urodziny, świąteczny śledzik albo jajeczko, albo tzw. open bar, czyli integracyjne imprezy, w czasie których barek kawowy zmienia się w bar prawdziwy, najczęściej inspirowane powrotem któregoś z coworkerów z dalekiej podróży. Jak choćby relacja Marcina z podróży motorem po Bałkanach, zdjęcia, opowieści i zapiekany bałkański ser. Innym razem turnieje ping-ponga w ramach rozgrywek Amatorskiej Ligi Tenisa Biurcowego.

Można powiedzieć, że się zaprzyjaźnili, a na pewno stworzyli biurcową społeczność. Bo jak mówi Wojciech Majewski prawdziwy coworking to nie tylko wynajmowanie biurek.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną