Ludzie i style

Łup dla pup

Co meble do siedzenia mówią o człowieku

Słynna Barcelona Miesa van der Rohe, 1929 r. Słynna Barcelona Miesa van der Rohe, 1929 r. materiały prasowe
Przez stulecia każdy, kogo tylko było na to stać, ochoczo inwestował w meble do siedzenia, które ze społecznego punktu widzenia „robiły różnicę”. Do dziś to, na czym siedzisz, mówi o tym, kim jesteś.
Egg Chair Arne Jacobsena (1955–58 r.)materiały prasowe Egg Chair Arne Jacobsena (1955–58 r.)
Model 366 projektu Józefa Chierowskiego, 1962 r.Andrzej Buława/Muzeum Narodowe we Wrocławiu Model 366 projektu Józefa Chierowskiego, 1962 r.
Krzesło z fabryki Mazovia w Radomsku, początek XX w.Arkadiusz Podstawka/Muzeum Narodowe we Wrocławiu Krzesło z fabryki Mazovia w Radomsku, początek XX w.
Włoskie krzesło typu sgabello, XVI w.Wojciech Rogowicz/Muzeum Narodowe we Wrocławiu Włoskie krzesło typu sgabello, XVI w.
Krzesło tron Alexander za 40 tys. zł autorstwa Stanisława JaniszewskiegoStanisław Janiszewski Krzesło tron Alexander za 40 tys. zł autorstwa Stanisława Janiszewskiego

We Wrocławskim Muzeum Narodowym trwa wystawa „Krzesła, zydle, fotele. Krótka historia mebli do siedzenia”. Narracja jest rzeczywiście dość skrótowa, bo opowiedziana za pomocą kilkudziesięciu zaledwie mebli. Ale i to wystarczy, by uzmysłowić sobie, jak bardzo i od zawsze nie tylko punkt widzenia zależał od punktu siedzenia, ale i na odwrót.

Taboret, zydel, stołek, karło, puf, ława, leżak, berżera, fotel, szezlong, chauffeuse, krzesło szkieletowe i skrzyniowe. Listę można mnożyć. A przecież są jeszcze siedziska, rzec by można, specjalistyczne: tron, ławka szkolna, lektyka, siodło czy nawet krzesło elektryczne. Od kiedy człowiek pojawił się na ziemi, biegał, kucał, leżał, ale też siedział. Najstarsze zachowane przedstawienia pokazują, że już w epoce neolitu twórczo adaptowano kamienie i drewno, by stworzyć sobie wygodne siedzisko. Osobliwe w kulturze basenu Morza Śródziemnego, bo cywilizacje bardziej dla nas egzotyczne – od Dalekiego Wschodu począwszy, a na Afryce skończywszy – lepiej rozwinęły tradycję siedzenia na ziemi (podłodze).

Symbol urzędu i godności 

Język nie kłamie. Jeden z najgłośniejszych seriali ostatnich lat nosi tytuł „Gra o tron” – nie o koronę czy berło. W języku potocznym mówimy o obejmowaniu fotela prezesa lub fotela ministra, a nie biurka czy gabinetu. Bo właśnie miejsce zasiadania było przez wiele stuleci, a nawet tysiącleci, głównym symbolem władzy. Wyróżnikiem pozycji społecznej, oznaką prestiżu. Najważniejszym symbolem urzędu i godności. Trudno sobie wyobrazić wizerunek faraona inny niż siedzący. Królowie rozpierali się wygodnie na tronach, czasami, ci miłościwi, rezerwując miejsce obok dla żony. W ich obecności wszyscy stali i niekiedy tylko najbardziej zasłużeni mieli przywilej przysiadania na małych (i niewygodnych) taboretach.

Efektowne fotele zawsze podkreślały pozycję sędziego, rektora, przewodniczącego, prezesa i wszelkich innych wyróżnionych w grupie. Pierwotnie, by ich lepiej było widać, z czasem już tylko ze względów symboliczno-prestiżowych. Nawet na większości malarskich wyobrażeń Sądu Ostatecznego jedynie Bóg Ojciec lub Syn Boży siedzi, reszta klęczy lub stoi. Nic dziwnego, że w kościołach bije po oczach dysonans między ławkami dla wiernych a tym, jak wyglądały sedilie dla celebransów, stalle dla kleru, o katedrze (rodzaj tronu) dla biskupa nie wspominając. A jeśli bogacące się z czasem grupy społeczne próbowały kopiować siedziska tych lepiej urodzonych, ci ostatni zawsze znajdowali okazję, by wyszukać dla siebie coś nowego i robiącego większe wrażenie.

Wrocławska wystawa nieźle dokumentuje ową ścieżkę zmiany stylów i niesłabnący obyczaj wzbogacania siedziska (rzeźbą, intarsją, efektowną materią, fantazyjnymi kształtami), tak by podkreślało pozycję jego właściciela. Wprawdzie w ekspozycji znalazł się tylko jeden obiekt renesansowy (tzw. sgabello wyprodukowane we Włoszech w XVI w.), ale już dalsza historia – od baroku po empire – opowiedziana została licznymi meblami, od dość prostego zydla po bogate pałacowe fotele.

Czy można wskazać moment, w którym siedziska weszły z historii w teraźniejszość? Kiedy, po epokach podkreślania różnic, stały się zwiastunem nowoczesności i demokratyzacji, zapowiedziały nadejście nowych czasów? Można, i to nawet precyzyjnie: 1859 r. Początek masowej produkcji legendarnego Krzesła Numer 14 austriackiego stolarza Michaela Thoneta. Mebel lekki, stosunkowo tani, seryjnie produkowany, łatwy w dystrybucji (podróżował w częściach, skręcanych dopiero na miejscu, w sklepie), niezwykle odważny w formie, wykorzystujący nowatorską metodę obróbki (gięte drewno), po raz pierwszy produkowany z myślą o masowym odbiorcy. Słowem, zwiastujący już nie tylko nadchodzące dziesięciolecia, ale i cały XX w. Kupcy nie zawiedli. Do 1903 r. sprzedano 45 mln sztuk Numeru 14, a do czasów współczesnych – ponad 60 mln. Licząc tylko egzemplarze autoryzowane, bo podróbek rozeszło się po świecie co najmniej kilka razy więcej.

Thonet zrewolucjonizował nie tylko meblarstwo, ale i całe wzornictwo przemysłowe, radykalnie zdemokratyzował ów fragment przestrzeni dedykowany ludzkim pupom. Ale na kolejny znaczący „przewrót krzesełkowy” trzeba było poczekać niemal 90 lat. W 1917 r. Gerrit Rietveld pokazał światu Fotel Czerwono-Niebieski. Fotel? Teoretycznie przypominał siedzisko, praktycznie niemal afunkcjonalny, był raczej dziełem sztuki, domową rzeźbą inspirowaną ideami awangardowego ruchu artystycznego De Stijl. W ten sposób holenderski projektant otworzył w designie worek, z którego zaczęły się wysypywać przez kolejne dekady (a już szczególnie w czasach triumfującego postmodernizmu) projekty mebli może nieergonomicznych, może wydumanych, może nienadających się do użytku, za to na pewno stworzonych do podziwiania. By pozostać w temacie krzeseł i foteli, warto przypomnieć choćby takie szalone wzory, jak krzesło Lattenstuhl Marcela Breuera (1922 r.), fotel Joe pracowni De Pas, D’Urbino&Lomazzi (1970 r.), krzesło Wassily autorstwa Alessandro Mendiniego (1978 r.), Well Tempered Chair Rona Arada (1986 r.), fotel How High The Moon Shiro Kuramaty (1986 r.), stołek WW Philippe’a Starcka (1990 r.) i wiele, wiele innych. Rietveld otworzył jeszcze jeden worek – z tzw. produktami kultowymi.

To wprost niezwykłe, jak wiele foteli i krzeseł wymyślonych w XX w. zyskało status legendarnych czy pokoleniowych. Jedne produkowane w krótkich seriach i bardzo drogie, demonstrowały zamożność i chęć wyróżnienia się. Inne, tańsze, wyrażały w różnym stopniu otwartość i nowoczesność myślenia ich nabywców, od dyskretnej (fotel Barcelona Miesa van de Rohe z 1929 r.) po demonstracyjną (Diamond Harry’ego Bertoia z 1952 r.).

EPC Charlesa i Raya Eamesów (1948 r.), Ant, Egg i Swan Arne Jacobsena (1955–58 r.) czy Panton Chair Vernera Pantona były kolejnymi wielkimi demonstracjami estetyki modernizmu w jego najlepszym wydaniu, a wykonany z poliwęglanu Louis Ghost Philippe’a Starcka stał się niekwestionowanym symbolem najnowszych, postmodernistycznych zabaw designu z historią. Na fotel P40 Orsaldo Borsaniego (1954 r.) mogli sobie pozwolić tylko najzamożniejsi zwolennicy nowoczesności. Ale już trójnogi taboret 60 Alvara Alto sprzedał się w 8 mln sztuk, krzesełko Serie 7 Arne Jacobsena (1955 r.) – w 7 mln sztuk, a powstałe w tym samym roku Superleggera Gio Pontiego pomyślane było jako piękny, ale też funkcjonalny mebel do niedużych mieszkań w nowoczesnym budownictwie.

Symbol nowoczesności

Trochę szkoda, że w Muzeum Narodowym symbolicznie, bo ledwie czterema obiektami, zaznaczono ów szalony XX w. Ale oryginalne to zestawienie. Jest w nim „polska odpowiedź Thonetowi”, czyli przedwojenny produkt fabryki Mazovia z Radomska oraz chyba najpopularniejszy fotel czasów PRL, produkowany od 1962 r. przez kolejne dwie dekady model 366 projektu Józefa Chierowskiego. Jest efektowny fotel jednego z mistrzów secesji Carlo Bugattiego oraz symbol nowoczesności – stołek Plopp Oskara Zięty, tworzony unikatową metodą pompowania sprężonym powietrzem blaszanych „rękawów”. Bardzo brakuje natomiast choćby jednego obiektu wykonanego z dominujących w XX w. tworzyw sztucznych. A warto przypomnieć, że mieliśmy w tym zakresie niebagatelny technologiczny i estetyczny wkład w rozwój światowego meblarstwa – fotel RM58 z 1958 r., zaprojektowany przez Romana Modzelewskiego z laminatu poliestrowo-szklanego.

Czego jednak nie ma na wystawie, to bez problemu wypatrzymy w internecie i w sklepach. Na rodzimym rynku znaleźć można dziś bowiem zaskakująco obszerną ofertę opisywanych powyżej XX-wiecznych „ikon do siedzenia”. Ceny? To zależy, czy oferuje je oficjalny dystrybutor, czy importer chińskich (co niekoniecznie oznacza tandetnych) podróbek. Generalnie jednak średnio zarabiający rodak, przy odrobinie determinacji lub finansowego szaleństwa, mógłby sobie pozwolić na posiadanie w mieszkaniu legendy. Najprędzej krzeseł Louis Ghost, Panton Chair czy Eames EPC. To wydatek rzędu 250–300 zł, choć sprzedawcy się zabezpieczają, pisząc w ofercie: „inspirowany wzorem…”. Na słynną Barcelonę van der Rohe, Jajo lub Łabędzia Jacobsena trzeba wyłożyć ok. 1,6–2 tys. zł. Legendarny Czerwono-Niebieski kosztuje już 3,5 tys., a fotel Longue Eamesa – 4,5 tys. Kto chce przebijać, może się zdecydować na precyzyjną kopię Wilow autorstwa Charlesa Rennie Mackintosha z 1902 r. (9 tys.) lub Bibendum projektu Eileen Gray z 1925 r. (8,5 tys.).

Ciekawe, że na szczycie cenowej piramidy (40 tys. zł) zasiadł nasz rodak: coś na wzór tronu z brązu o nazwie Aleksander autorstwa Stanisława Janiszewskiego. Dla mniej wymagających – równie efektowna „replika francuskiego tronu z głowami lwów” za jedyne 3,8 tys. zł. Jest jednak haczyk: wyrafinowaną drewnianą snycerkę udają odlewy z laminatu żywicznego.

Po słynne modele sięgają jednak nieliczni. Jak zapewniają dystrybutorzy, są to głównie ludzie młodzi, dobrze zarabiający i z dużych miast, dla których Jacobsen czy Eames w salonie minimalistycznie urządzonego apartamentu to element wizerunkowy, który docenią znajomi. Jeszcze bardziej wyrafinowani rozglądają się za… najnowszym designem rodzimym. Wystarczy przejrzeć ofertę takich firm, jak Noti czy Comforty, by uzmysłowić sobie, jak kapitalne siedziska wymyślają dla nich młodzi projektanci, jak Tomek Rygalik, Piotr Kuchciński, Tomasz Augustyniak czy Renata Kalarus. Te wzory do prywatnych domów trafiają jeszcze rzadko, ale do firm dbających o wizerunek – już coraz częściej.

Jednak nie tylko hipsterzy, ale i pozostała część narodu także ma wielkie możliwości wyrażenia poprzez siedziska własnych gustów, poczucia smaku, a nawet emocji. „Ukrzesłowianie” podąża w dwóch zasadniczych kierunkach estetycznych. Ciekawszym z nich, choć może nie najliczniejszym, są sentymenty historyczne. Wybierać tu możemy pomiędzy nielicznymi wprawdzie i dość drogimi oryginalnymi antykami oraz licznymi, tańszymi kopiami mebli historycznych. Od renesansowych sgabello, przez XVIII-wieczne berżery, po rozliczne warianty art déco. Zdaniem obserwatorów rynku, jeżeli Polak decyduje się już na meble nawiązujące do dawnych epok, to najchętniej wybiera coś w przedziale od stylu Ludwika XVI (peerelowska tradycja Henrykowa zrobiła tu swoje) i angielskiego chippendale, przez empire i biedermeier, a skończywszy na pikowanych, skórzanych meblach chesterfield. Plus kopie, a właściwie pastisze tzw. mebli gdańskich. Słowem, na bogato. Stąd umiarkowane zainteresowanie finezyjną secesją czy oszczędnym Arts&Crafts. Podobnie jak wzornictwem skandynawskim. Z jednym wyjątkiem: oferty IKEA, która skutecznie uwodzi niskimi cenami i umiejętną autopromocją.

Nurt drugi można by zaś nazwać modernizmem dla ubogich. To oferta takich firm na polskim rynku, jak Bodzio, Szynaka czy Black Red White oraz ich pomniejszych naśladowców. Jej podstawową zaletą są konkurencyjne ceny (150–250 zł za krzesło) oraz niekontrowersyjna estetyka, którą można by scharakteryzować jako „nowoczesna, ale bez przesady”. Przy statystycznych polskich gustach estetycznych to wystarczy, by mieć poczucie elegancji na miarę średniej krajowej. Pochodzące sprzed stu lat projekty Rietvelda nadal wyglądałyby wśród nich jak obiekty teleportowane z innej planety.

***

Krzesła, zydle, fotele. Krótka historia mebli do siedzenia, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, wystawa czynna do 28 lutego 2016 r.

Polityka 1/2.2016 (3041) z dnia 27.12.2015; Ludzie i style; s. 140
Oryginalny tytuł tekstu: "Łup dla pup"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną