Ludzie i style

Dzieci różnych apek

Bez aplikacji ciężko żyć

Nie brakuje naukowców, którzy ostrzegają przed konsekwencjami eksportowania naszej pamięci do pamięci wirtualnej i podporządkowywania woli wskazówkom cyfrowego móżdżku. Nie brakuje naukowców, którzy ostrzegają przed konsekwencjami eksportowania naszej pamięci do pamięci wirtualnej i podporządkowywania woli wskazówkom cyfrowego móżdżku. Mirosław Gryń / Polityka
Najpierw służyły prostej komunikacji. Potem stały się naszymi doradcami, trenerami i przewodnikami. Teraz aplikacje próbują wyprzedzać nasze potrzeby. Dokąd nas zaprowadzą?
Przewidywanie przyszłości ma być kolejnym etapem ewolucji w świecie aplikacji.Mirosław Gryń/Polityka Przewidywanie przyszłości ma być kolejnym etapem ewolucji w świecie aplikacji.
Całościowe kontrolowanie postępów we wdrażaniu zdrowego stylu życia ułatwia jeden z ostatnich wynalazków świata aplikacji: możliwość integrowania ich ze sobą.Mirosław Gryń/Polityka Całościowe kontrolowanie postępów we wdrażaniu zdrowego stylu życia ułatwia jeden z ostatnich wynalazków świata aplikacji: możliwość integrowania ich ze sobą.

Trzy lata temu Federico Viticci dowiedział się, że ma chorobę nowotworową. Dwie chemioterapie i zabieg chirurgiczny wyrugowały chłoniaka z jego organizmu. Ale spustoszyły także ciało pacjenta. A regeneracji nie sprzyjał jego dotychczasowy – i podjęty na nowo po terapii – tryb życia. Jako zawodowy bloger większość życia spędzał przy rozmaitych ekranach. Odżywiał się tym, co dało się zorganizować i skonsumować w kilka minut. Tylko w weekendy oddychał świeżym powietrzem, a i to nie zawsze. W rezultacie zaraz po wyjściu ze szpitala zaczął błyskawicznie tyć mimo trwałej utraty apetytu. Na schodach już po dwóch piętrach tracił oddech. Źle sypiał. „Może i pokonałem raka – wspomina na blogu – ale haniebnie marnowałem daną mi szansę. Było mi z tego powodu coraz bardziej wstyd”.

Rok temu podjął decyzję o radykalnej zmianie stylu życia. Na tyle jednak świadomy był własnego lenistwa – nawet w dzieciństwie omijał boiska, a na rower wsiadał jedynie pod przymusem – że zwrócił się po pomoc do kogoś z zewnątrz. Własnego telefonu. Jako wzrokowiec i miłośnik wszelkiego rodzaju wizualizacji danych, sposobu na zmobilizowanie się poszukał w statystyce – i zaczął starannie notować swoje postępy.

Lekarze nie zalecali mu biegania przynajmniej przez rok, bo sterydy przyjmowane podczas terapii uszkodziły kość udową w jego prawej nodze. Pierwszym krokiem było więc liczenie kroków. Specjalna aplikacja wieczorem pokazywała mu, ile danego dnia przeszedł, i umieszczała wynik na długoterminowej krzywej. Pod presją krokomierza Viticci przestał zabierać samochód na drobne zakupy. Nawet w te poranki, gdy grafik zobowiązywał jego partnerkę do wyprowadzenia psa, zwlekał się z łóżka i dołączał do spaceru. Po jakimś czasie zauważył, że nawet podświadomie parkuje coraz dalej od biura. Z korzystania z windy zupełnie zrezygnował, gdy barometr wbudowany w telefon zaczął zliczać pokonane (pieszo) piętra.

Urządzenie monitorowało również postępy gimnastyczne właściciela oraz ich wpływ na jego ciśnienie czy tętno. Odnotowywało skład i kaloryczność spożywanych posiłków. A nawet czas spędzony przy tablecie. „W pewnym momencie trochę przesadziłem. Miałem dwie aplikacje, które niezależnie od siebie analizowały moją dietę. I dwie, które liczyły moje kroki” – śmiał się Viticci. Faktem jest, że po raz pierwszy w życiu zaczął regularnie ćwiczyć. Dzięki aplikacjom monitorującym sen zaczął chodzić spać „o przyzwoitej porze”. I wstawać po wymarzonych siedmiu godzinach, bo dawniej miotał się pomiędzy zarywaniem snu (w ciągu tygodnia) i przesypianiem południa (w weekendy). Radykalnie poprawił dietę. A przede wszystkim pił więcej wody. Bo wśród aplikacji są również te przypominające o potrzebie regularnego nawadniania się. Tę najpopularniejszą – przedstawia antropomorficzne roślinki doniczkowe, która usychają, jeśli właściciel zbyt rzadko nawadnia sam siebie – zainstalowało już ponad milion osób.

Po pewnym czasie proste ćwiczeniowe apki Viticci zamienił na wirtualnego trenera, który codziennie podpowiadał mu, o które partie mięśni powinien teraz zadbać. Wciąż za pomocą prostych domowych ćwiczeń. Po kilku miesiącach tego smartfonowego rygoru zrzucił 12 kg. Odzyskał pełną sprawność w prawej nodze. Choć, jako Włocha, najbardziej ucieszyło go to, że po kilku miesiącach odzyskał apetyt. „A spisywanie posiłków uświadomiło mi, jakie świństwo dotychczas jadałem” – wspominał.

Całościowe kontrolowanie postępów ułatwił mu jeden z ostatnich wynalazków świata aplikacji: możliwość integrowania ich ze sobą. Te kulinarne potrafią się już skomunikować z tymi od ćwiczeń fizycznych. I wspólnie ustalić zalecenia ruchowe. Grafik zajęć zależy oczywiście również od informacji zebranych przez aplikację od snu. I nie chodzi tylko o godziny zasypiania i wstawania. Gdy umieścimy telefon pod poduszką, aplikacja Pillow (Poduszka) będzie monitorować ruchy głowy i rytm oddechu podczas spoczynku. Dzięki temu rozpoznaje fazy snu. A jeśli właściciel nie może zasnąć, włącza relaksacyjną muzykę lub np. szum oceanu. Jeśli użytkownik mówi przez sen – wszystko zarejestruje. Po przebudzeniu Poduszka pozwoli odsłuchać takie nocne monologi, wyświetli dane o przebiegu snu i spyta o samopoczucie. Dzięki temu wszystkiemu Viticci odkrył, że jakość snu bezpośrednio przekłada się na kontrolę nad apetytem. Oczywiście przebieg dnia i posiłki wpływają z kolei na sen. Niby wszystko to wiemy, ale teraz odpowiedzialność za naszą samokontrolę można zrzucić na telefon.

Aplikacja dobra na wszystko

– Widzimy wyraźny trend, by nadawać urządzeniom, aplikacjom i technologiom status eksperta – mówi dr Aleksandra Przegalińska z Akademii Leona Koźmińskiego, która zajmuje się rozwojem nowych technologii, sztucznej inteligencji czy ruchem quantified self. Czyli osobami, które poznają siebie poprzez liczby i sensory monitorujące przez całą dobę ich organizm i zachowania. I dzięki temu o diagnozę medyczną mogą poprosić własny telefon, zamiast udawać się do lekarza. Ale miliony zwykłych posiadaczy smartfonów pytają już swoje urządzenia o to, jak ćwiczyć, co jeść, kiedy sypiać. A w przypadku aplikacji randkowych – także z kim.

Wymowne bywają same nazwy popularnych aplikacji: Jak Dojadę (komunikacja publiczna w pigułce), Doradca Smaku (proponuje dania na podstawie składników znajdujących się w lodówce), What2Wear (czyli Co Mam Ubrać). Kierowcom aplikacje podpowiadają nie tylko to, którędy najlepiej jechać i jak ominąć korki (np. Google Maps), ale także gdzie spodziewać się patrolu policyjnego (słynny Yanosik) i gdzie najtaniej zatankować (aplikacje paliwowe).

Kompletną ofertę usług doradczych proponują aplikacje finansowe. Przypilnują stanu konta, posegregują wydatki, podsumują inwestycje i podpowiedzą, gdzie najlepiej zainwestować oszczędności. Po pracy telefon doradzi nam, jaki film obejrzeć lub jakiej posłuchać muzyki na podstawie naszych poprzednich wyborów i ocen innych użytkowników. A na wakacjach w ciepłych krajach ekran wyliczy dla nas dozwolony czas opalania i zalecany filtr – w zależności od nasłonecznienia i naszej karnacji.

– W rozmaitych kwestiach, mniej i bardziej kontrowersyjnych, oddajemy urządzeniom elektronicznym kompetencje zarezerwowane dotąd dla ludzi. Następuje więc swoista redystrybucja władzy. A same urządzenia zaczynają nabierać podmiotowości – przyznaje dr Przegalińska. W ogóle jednak nie dziwi jej to, że tak chętnie oddajemy pewne kompetencje komputerom. We własnym telefonie znajdujemy bowiem idealnego arbitra: osobistego, przyjaznego, a zarazem bezstronnego. Maszyny wydają się nam równie mądre co eksperci, ale bardziej obiektywne. – Ich wiedza nie jest wiedzą spersonalizowaną, lecz chłodną, bezstronną. A przez to nawet bardziej ekspercką niż w przypadku ludzi – tłumaczy dr Przegalińska. – Przy czym przeświadczenie, że maszyna zrobi coś lepiej niż my sami, towarzyszy nam nie od dziś. Już u początków sztucznej inteligencji odkryliśmy, że w pewnych dziedzinach maszyna nie jest tak podatna na błędy jak człowiek.

Zakochani bez pamięci

Wkrótce po naszym artykule o japońskiej specjalistce od porządkowania domu i duszy (POLITYKA 28/15) Marie Kondo odwiedziła Polskę. Nakład jej książki o „Magii sprzątania” przekroczył już na świecie 4 mln egzemplarzy, więc zgodnie z oczekiwaniami zapowiedziała już kolejną, zaplanowaną na wiosnę premierę. Wcale nie książkową. Zamiast papierowego sequelu przygotowuje aplikację, która ułatwi wcielanie w życie jej dotychczasowych zaleceń. Bo czytelnicy często skarżą się jej, że po radykalnym uprzątnięciu domu wkrótce na nowo zaczynają zagracać półki.

Aplikacja KonMari uporządkuje więc porządkowanie. Ale już w obecnej ofercie aplikacji znajdziemy takie, które pomagają ogarnąć książki i płyty, przepisy kulinarne i zdjęcia, kable i mejle, czas pracy, życie zawodowe i prywatne – a nawet studenckie, bo istnieje również tak wyspecjalizowana aplikacja. Jedne pomagają uporządkować kuchnię, garaż czy ogród. Inne koncentrują się na zwartości szuflady z bielizną lub… piórnika. Czy rzeczywiście potrzebujemy doradcy w tak banalnych kwestiach? Doradcy być może nie, ale raczej mobilizacji. Skuteczności w tej dziedzinie telefonom nie można odmówić, co pokazuje wspomniana historia włoskiego blogera.

Oprócz dopingu smartfony oferują nam także zapasową pamięć. Plan dnia, książka adresowa, lista zadań – to oczywistości. Ale niezwykłą popularnością cieszą się choćby aplikacje zapamiętujące miejsce, gdzie zaparkowaliśmy samochód. Co docenią pewnie wszyscy bywalcy dużych podziemnych parkingów. O krok dalej poszła firma Pixie. Jej aplikacja zanotuje położenie ważnych domowych czy osobistych rzeczy dzięki małym znacznikom, które można przykleić do kluczy, portfela czy pilota. Dzięki czemu telefon wysonduje je nawet przez ścianę.

Poza domem przydaje się aplikacja Checkmark. Zapamiętuje ona, co i gdzie mamy zrobić. Dzięki nadajnikowi GPS poinformuje więc nas, że właśnie po raz któryś przechodzimy obok sklepu, do którego mieliśmy wstąpić po pastę do zębów. Takim przypominaczom powierzamy coraz więcej obowiązków i udzielamy coraz szerszych uprawnień: niech same przejrzą nasz kalendarz, mejle czy notatki i w odpowiednim czasie powiadamiają o spotkaniu, potrzebie opłacenia rachunków, zamówią transport na lotnisko i przygotują do kontroli elektroniczny bilet. Najnowsza wersja aplikacji pocztowej Google wyręczy nas nawet w odpisywaniu na proste mejle. Samodzielnie przeanalizuje zawartość oraz ton otrzymanej wiadomości i zaproponuje trzy gotowe odpowiedzi do wyboru. Jeśli intuicja telefonu okaże się trafna, zapewne pozwolimy mu korespondować bez pytania o pozwolenie.

Nie brakuje naukowców, którzy ostrzegają przed konsekwencjami eksportowania naszej pamięci do pamięci wirtualnej i podporządkowywania woli wskazówkom cyfrowego móżdżku. Dr Przegalińska zwraca jednak uwagę, że komputery wspomagają nas w procesach decyzyjnych od ponad półwiecza. Wrażenie tracenia pewnych umiejętności może być zresztą złudne. Bo czy umiejętności te rzeczywiście posiadaliśmy? W sprawie korków drogowych zdawaliśmy się wcześniej na komunikaty radiowe oparte na telefonach od słuchaczy – czyli swoistej przedinternetowej chmurze informacyjnej. Do kina wybieraliśmy się na film, który polecano w recenzjach. Tanie bilety lotnicze znajdowało dla nas biuro. A do ćwiczeń mobilizowali nas trenerzy lub znajomi. Nawet partnera życiowego niejednemu i niejednej znalazło biuro matrymonialne lub swat. – Jednego arbitra zastąpił zatem inny – mówi dr Przegalińska. – Przy czym ten nowy przynajmniej nas zna.

Zgadza się z potrzebą ostrożności wobec szczególnie postępowych i spersonalizowanych technologii. Ale zwraca jednocześnie uwagę na to, że większość z nas już zdążyła się uzależnić choćby od mediów społecznościowych. W dużej mierze to one decydują, czym się zainteresujemy, co polubimy i o co się pokłócimy. Podsuną nam nawet znajomych, z którymi powinniśmy wejść w relację. A jeśli wykryją niepokojące treści – automatycznie powiadomią administratorów o wykryciu zagrożenia terrorystycznego albo potencjalnego samobójcy. W tym kontekście nie wydaje się aż tak futurystyczną chociażby nowa aplikacja opracowana przez psychiatrów z Izraela. Monitoruje ona sen, telefony, esemesy czy spacery pacjentów i automatycznie informuje lekarzy o nietypowym zachowaniu podopiecznych. Dzięki temu może uprzedzić ewentualne załamanie stanu psychicznego i dzięki temu zagrożenie dla jego zdrowia.

Między zwojami

Właśnie przewidywanie przyszłości ma być kolejnym etapem ewolucji w świecie aplikacji. „Technologia osiągnęła taki poziom, że zaczynamy od niej oczekiwać, by odgadywała nasze myśli. I wyprzedzała potrzeby, zanim sami je sobie uświadomimy” – uważa Tim Porter z firmy Gluru, której aplikacja chętnie uwolni cię od stert dokumentów i sama wyciągnie wnioski ze zgromadzonych w nich danych. Według Portera telefon już wkrótce sam domyśli się, że powinien zamówić dla właściciela taksówkę, bo inaczej ten nie zdąży na zapisane w kalendarzu spotkanie. Jeśli służbowe, smartfon przygotuje odpowiednie materiały. Jeśli prywatne, to podpowie, gdzie w okolicy możemy kupić kwiaty lub butelkę dobrego wina. Jeszcze przed wyjściem z domu czujnik światła w aparacie zauważy, że żarówka w korytarzu zaczyna się wypalać. I zamówi nową. „Pierwsze tego rodzaju aplikacje już trafiają na rynek. Nawet nie zauważymy, gdy staną się zwyczajnie wszechobecne” – ocenia Porter.

Przypisany telefonom nieco na wyrost przymiotnik „smart”, czyli „bystry”, nabiera więc zasadności. Z miniaturowych bram do internetu urządzenia te wyrastają bowiem na wszechstronnie kompetentnych i zawsze dyspozycyjnych asystentów. Jak relacja z nimi będzie wyglądać? Dość prawdopodobną wizję nakreślił Spike Jonze w filmie „Her”, którego bohater zakochał się w systemie operacyjnym swojego mobilnego komputera, obdarzonym głosem Scarlett Johansson. – Dzieci antropomorfizują lalki. Dorośli uważają, że ich samochody mają twarze. Nie od dziś mamy skłonność do szukania cech ludzkich w otaczającej nas rzeczywistości – śmieje się dr Przegalińska. – Współczesne urządzenia znakomicie się do tego nadają, ponieważ są interaktywne. Mimo tego nie spodziewam się, by w najbliższym czasie miało dojść do zatarcia tej granicy – dodaje. Przypomina zresztą, jak skończyła się relacja człowieka i komputera we wspomnianym filmie. Jeśli maszyna rzeczywiście osiągnie podmiotowość, która mogłaby ludzi zaniepokoić, to… przestanie się nimi interesować. Świat podobnych jej maszyn uzna bowiem za znacznie ciekawszy. A jeśli zrealizuje się raczej scenariusz „Matrixa”? Wówczas pozostaje mieć nadzieję, że i na zbyt bystre smartfony w końcu znajdzie się odpowiednia apka.

Polityka 3.2016 (3042) z dnia 12.01.2016; Ludzie i style; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Dzieci różnych apek"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną