Niezwykła kariera Gerarda Wilka

Czas pas
Krystyna Mazurówna i Gerard Wilk, Warszawa 1968 r.
Andrzej Wiernicki/Forum

Krystyna Mazurówna i Gerard Wilk, Warszawa 1968 r.

Telewizyjny program rozrywkowy z 1969 r. „Lucjan i inne”. Przy stoliku Gerard Wilk i Kalina Jędrusik.
Zygmunt Januszewski/PAP

Telewizyjny program rozrywkowy z 1969 r. „Lucjan i inne”. Przy stoliku Gerard Wilk i Kalina Jędrusik.

Dwa miesiące później przyszło największe wydarzenie artystyczne sezonu. Do Warszawy przyjechał Maurice Béjart. To był „szok estetyczny i kulturowy”, jak opisywał w radiowym wywiadzie Stanisław Dyzbardis, późniejszy dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi. Spektakl „Romeo i Julia” w wykonaniu Baletu XX Wieku odurzył publiczność zgromadzoną w tzw. bułgarskim cyrku (Teatrze Rozrywki). Na zaproszenie Pagartu Warszawę odwiedzały też inne zespoły: Royal Ballet z Londynu, Duński Balet Królewski, Alvin Ailey Dance Company, New York City Ballet. Młodzi tancerze coraz częściej przekonywali się o wtórności rodzimego repertuaru i że ich kariery mają wyłącznie lokalny charakter. Równocześnie zdawali sobie sprawę, że zawód tancerza jest krótki i decyzję należy podejmować szybko. Kiedy więc Gerard Wilk zobaczył w Teatrze Rozrywki Voytka Lovskiego, który dołączył do zespołu Béjarta w 1966 r. i zaczął odnosić światowe sukcesy, uwierzył, że świat stoi przed nim otworem i że ma szansę zatańczyć béjartowskiego Tybalta. 26 czerwca 1970 r. po raz ostatni zatańczył na warszawskiej scenie w, skrytykowanej przez prasę, premierze „Romea i Julii” w choreografii Aleksieja Cziczinadze. Następnego dnia porzucił status gwiazdy, spakował walizki i pojechał na spotkanie z Béjartem do Paryża. Został przyjęty do zespołu i przeniósł się do Brukseli.

Na głęboką wodę

Chociaż wyjeżdżał z kraju w tajemnicy, z biletem w jedną stronę, jego decyzja pozostania na Zachodzie nie wywołała wielkiej sensacji. Artyści baletu wędrowali i wtedy. Nie wszyscy tylko byli jednakowo zdeterminowani. Gerard wiedział, że rzuca się na głęboką wodę, ale chciał pracować z Béjartem i uczestniczyć w jego globalnych sukcesach.

Maurice Béjart był wtedy u szczytu sławy. Stanisław Bromilski – w latach 80. XX w. szef administracyjny Baletu XX Wieku (a później dyrektor administracyjny brukselskiej Opery Królewskiej La Monnaie) – zapamiętał go jako erudytę żyjącego tańcem: „Nie miał życia prywatnego. Jego pasją była sztuka. Miał ogromną wiedzę na temat malarstwa i rzeźby – co zresztą widać w jego dziełach. (...) Miał wielki talent do odkrywania talentów. Od pierwszego spotkania rozpoznawał w kandydacie zadatki na gwiazdę” – wspominał na łamach „Rzeczpospolitej”.

Béjart tworzył balety współczesne, totalne, wyzwolone, filozoficzne. Jednocześnie baletową klasykę, którą przez całe swoje twórcze życie konsekwentnie deformował, uważał za choreograficzny alfabet. A na dodatek, niczym gwiazda muzyki pop, umiał porywać tłumy. Słynne było jego spojrzenie. Maja Plisiecka w swojej autobiografii pisała: „Wpijają się we mnie bladoniebieskie tęczówki przenikliwych oczu w czarnej oprawie. Spojrzenie badawcze i chłodne”. W ten sposób poznawał się z większością tancerzy, w tym z Wilkiem, który zapamiętał jego przeszywający, a niekiedy nawet paraliżujący wzrok.

Wyjazd z szarej Warszawy początku lat 70. XX w. był więc przeskokiem do świata twórczego, kolorowego, w którym każdy kolejny sezon był nowym wyzwaniem. Zarabiał niewiele. Rekompensatą były podróże. W baletowej hierarchii – jeśli podchodzić do tematu w sposób stricte formalny – na pewno stracił. W Polsce to on był największą gwiazdą obsadzaną w premierowych spektaklach. W Brukseli pracowało się na Béjarta. Poza tym, chociaż wszyscy mieli status solistów, pierwszym i najważniejszym tancerzem był w tym okresie Argentyńczyk Jorge Donn. Gerardowi przypadały więc drugie bądź trzecie obsady oraz role zespołowe.

Spełniło się jednak jego wielkie marzenie z Warszawy. Zatańczył Tybalta. Béjart z tragedii Szekspira zrobił balet współczesny. Historia miłosna opowiedziana jest zwięźle i została ukazana na tle szerszych kontekstów społecznych i politycznych. Nie skorzystał z muzyki, Prokofiewa – wybrał Berlioza, a choreografia, którą ułożył, wymaga od tancerzy dużej siły fizycznej. Trzeba też aktorsko wczuć się w klimat całości. Na stronie internetowej zespołu, który w 1987 r. zmienił nazwę na Béjart Ballet Lausanne, nazwisko Gerarda widnieje w obsadzie pięciu spektakli: „Pli Selon Pli”, „GaÎté Parisienne”, „Eros Thanatos”, „Dichterliebe/Amor di Poeta”, „V Comme…”. On sam pod koniec życia z dużym sentymentem wspominał „Fausta” – trudną technicznie rolę z tekstem do muzyki tanga argentyńskiego i J.S. Bacha.

Podróż magiczna

Wilk nie miał problemów z przyjazdami do Polski – odwiedzał tu rodzinę i przyjaciół. W 1979 r. wziął udział w zdjęciach do filmu baletowego „Podróż magiczna”. Ścieżkę dźwiękową nagrali Skaldowie. Choreografią zajęła się Zofia Rudnicka. Chociaż przyjaźnili się z Gerardem od czasów szkolnych, onieśmielił ją fakt współpracy z wybitnym tancerzem, który już od dziewięciu lat pracował z guru światowego baletu. Tymczasem Gerard, z wrodzoną sobie skromnością i profesjonalizmem, powiedział: „Układaj i proponuj śmiało, co i jak mam robić – ty tu jesteś choreografem”.

W 1981 r. zdecydował się zakończyć karierę sceniczną. Zamieszkał w Paryżu. Zaczął tu udzielać lekcji w Szkole Tańca Andrzeja Glegolskiego, a także w Monachium, Berlinie, Florencji, Monte Carlo. Raz w roku przyjeżdżał podszkolić tancerzy w Teatrze Wielkim. Nowe zajęcie sprawiało mu satysfakcję. Był wymagającym pedagogiem – uczniowie nadali mu przydomek „Wilczyca”.

Nie chciał robić choreografii. Zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie stworzyć nic oryginalnego. Był za bardzo przesiąknięty Béjartem, a nie zamierzał stać się jego marną kopią. W 1994 r. podjął się jednak nowego zadania: wyreżyserował dla Teatru Wielkiego w Warszawie operę Jules’a Masseneta „Werther”. Obecna na premierze prawnuczka kompozytora Anna Bessand-Massenet miała powiedzieć, że był to najpiękniejszy „Werther”, jakiego oglądała. Prasa nie podzieliła jej zdania – chwalono wykonawstwo muzyczno-wokalne, ale już na libretcie, reżyserii i scenografii nie pozostawiono suchej nitki. Jedna z recenzji nosiła nawet tytuł „Cierpienia publiczności”, a jej autor uznał premierę za mizerne wydarzenie wpisujące się w często stosowaną w świecie kultury praktykę kadrową zwaną „rządami kolesiów” („Tygodnik Gospodarczy”).

Kolejne plany Gerarda pokrzyżowała szybko postępująca choroba. Zmarł 28 czerwca 1995 r. wskutek powikłań związanych z AIDS. Pożegnanie odbyło się na cmentarzu Père-Lachaise. Wśród zgromadzonych było wielu tancerzy, śpiewaków, dyrektorów oper i szefów baletów. Sławomir Pietras wygłosił pożegnalną mowę, a Andrzej Glegolski urządził stypę w kultowej paryskiej brasserie La Coupole. Pochówku nie było. Urnę z prochami zabrał do swojej podparyskiej posiadłości przyjaciel Gerarda Jean-Jacques Lecorre, z którym tancerz spędził ostatnie lata swojego życia. Maurice Béjart stworzył w 1997 r. wielkie widowisko baletowe „Ballet for Life”. Głównymi bohaterami byli zmarli na kilka lat przed Gerardem Jorge Donn i Freddie Mercury, ale spektakl został dedykowany wszystkim, którzy odeszli zbyt wcześnie.

Być może już na początku przyszłego roku Instytut Teatralny zorganizuje wystawę poświęconą Gerardowi Wilkowi. Idealnym miejscem wydaje się Teatr Wielki – Opera Narodowa. Kariera Wilka to część jego historii. Warto przywrócić pamięć o barwnym ptaku szarego PRL, choć ten wymiar zainteresowania sztuką baletową w czasach „Tańca z gwiazdami” i „You Can Dance” przywrócić trudniej.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną