Na czym polega syndrom odstawienia od sieci

Czy prezydent ma FOMO?
FOMO – czyli obawa, że coś nas ominie, jeśli się wylogujemy – to jedna z najbardziej demokratycznych dziś dolegliwości. Dotyka wielu. Nawet głowy państw.
Internauci – zwłaszcza ci z młodszych pokoleń, wyposażeni od dziecka we wszelkie technologiczne instrumenty – są dla Dudy wyrozumiali.
Filip Błażejowski/Forum

Internauci – zwłaszcza ci z młodszych pokoleń, wyposażeni od dziecka we wszelkie technologiczne instrumenty – są dla Dudy wyrozumiali.

I młodzi, i starsi uzależnieni od sieci stwarzają realne zagrożenia dla otoczenia i samych siebie.
Laura Bittner/Flickr CC by 2.0

I młodzi, i starsi uzależnieni od sieci stwarzają realne zagrożenia dla otoczenia i samych siebie.

audio

AudioPolityka Aleksandra Żelazińska - Czy prezydent ma FOMO

Zapada zmrok, Andrzej Duda zagląda na Twittera. Trudno, żeby prezydent udzielał się wirtualnie w ciągu dnia – funkcja wymaga, żeby przemawiał, podpisywał ustawy, odbywał oficjalne wizyty dyplomatyczne. W połowie maja spotkał się w Rzymie z premierem Matteo Renzim, w Akademii Obrony NATO wzywał do dialogu w sprawie kryzysu migracyjnego, razem z małżonką uczestniczył w obchodach 72. rocznicy zakończenia bitwy na Monte Cassino. Nocą pozdrawiał z Rzymu internautów, dziękując im za pamięć i „wiele dobrych słów” (15 maja obchodził imieniny, dzień później – urodziny). Dociskany w sprawach politycznych, nie odpowiada albo szybko dyskusje ucina („Szkoda dyskutować, lepiej omijać”). Za to w sprawach obyczajowych, osobistych głos zabiera chętnie i bez skrępowania.

Internauci są zresztą dociekliwi bez żenady, urząd prezydenta jakoś ich nie odstrasza i nie dystansuje. Gdy Duda wspominał w sieci swoją maturę, Samuel Pereira wypomniał mu wiek, nazwał go dziadkiem. „Córka nic mi jeszcze nie mówiła… Ale jestem gotowy ;-)))” – odparł prezydent. „Gotowy, żeby zostać dziadkiem” – podchwyciły media. Gdy te same media spekulowały, że relacje Dudy z pierwszą damą nieco się ochłodziły, ten – niby mimochodem – opowiadał na Twitterze, że zawsze lubili trzymać się za ręce, a „Agatka” zachwyca go niezmiennie od 26 lat.

Uczniom prezydent życzy powodzenia, nieszczęśliwie zakochanych pociesza („Coś się kończy, coś zaczyna… ;-)”), z rówieśnikami wspomina dawne czasy, odwzajemnia pozdrowienia. „Chciałabym pochwalić się Panu Prezydentowi 5, którą dostałam z chemii. Czy jest Pan Prezydent dumny ze mnie?” – pyta młoda internautka. Duda na to wylewnie: „Brawo! Serdeczne gratulacje! To Pani powinna być z siebie dumna i Rodzice. Dumni powinni być Ci co mają zasługi w sukcesie:-)”. W ramach premii za stopień dodaje dziewczynę do obserwowanych. Ta dołącza więc do elitarnego, choć osobliwego grona osób, które Duda śledzi na Twitterze – nastolatków z nickami, które czasem wstyd powtórzyć na głos (wymieńmy tylko kilka: „kupa z majorki”, „ruchadło leśne”, „karolina wazelina”, „fiutek majkula”). Ba, prezydent śledzi nawet sfingowane konto Jarosława (Jarka) Kaczyńskiego.

Jeśli ktoś nie dowierza, że to prezydent we własnej osobie podejmuje dyskusje na Twitterze, są dowody – Duda od czasu do czasu pokazuje twarz, publikuje selfie (jak przyznaje, woli określenie „selfie” niż „samojebki”). Jako żywo – Andrzej Duda w wydaniu mniej oficjalnym, bez krawata, czasem i bez marynarki.

Objawy

Marek Magierowski, szef biura prasowego Kancelarii Prezydenta, w rozmowie z Moniką Olejnik w Radiu Zet wyjaśnił, że „prezydent jest sową”, ma zwyczaj pracować po nocach, nie powinno więc dziwić, że i w sieci się o tej porze uaktywnia. Komentatorzy podnoszą, że dobór rozmówców Andrzeja Dudy budzi jednak wątpliwości, szkodzi Polsce wizerunkowo, godzi w powagę urzędu, że to jakoś ogólnie nie uchodzi. Były prezydent Aleksander Kwaśniewski, również w Radiu Zet, zalecał Dudzie powściągliwość i ostrożność. Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” wysłała Kancelarii Prezydenta szereg zapytań. „Czy używane przez tych twitterowiczów słowa powszechnie uważane za wulgarne nie ujmują głowie państwa dostojeństwa, godności i szacunku?” – dociekała. Kancelaria odpowiedziała, że wpisy zamieszczane na prywatnym profilu prezydenta „nie stanowią informacji o działaniach podejmowanych przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę w ramach sprawowanego urzędu”, nie są więc informacjami publicznymi.

Obserwatorzy życia publicznego nie mogą się nadziwić, ale sami internauci – zwłaszcza ci z młodszych pokoleń, tzw. wirtualni tubylcy, wyposażeni od dziecka we wszelkie technologiczne instrumenty – są dla Dudy wyrozumiali. Bo wiedzą, że mogą to być w jakiejś mierze przejawy FOMO, fear of missing out, czyli obawy, że jeśli na chwilę wyłączymy się z sieci, to coś istotnego nas ominie. Rodzaj przeczucia, że ekscytujące, ciekawe zdarzenia zadzieją się bez naszego udziału, bo na przykład chwilowo straciliśmy zasięg albo byliśmy zmuszeni się wylogować. Tak to przynajmniej definiuje Oxford Dictionary, który zanotował ten skrótowiec w 2013 r., co oznacza, że zjawisko – oraz samo wyrażenie – wystarczająco się rozpowszechniło.

„Rozprzestrzenia się to jak wirus” – mówił w jednym z wywiadów Patrick McGinnis, przedsiębiorca, pisarz i autor akronimu. Chodził mu on po głowie na przełomie lat 2003–04, kiedy przyglądał się i próbował opisywać życie codzienne studentów (w tym własne) Harvard Business School. Tuż przedtem, gdy pojawił się Facebook (był już Friendster), i chwilę po zamachu na World Trade Center. „Było to tak traumatyczne, że wszyscy chyba zapragnęli zapełnić bez reszty każdy dzień. A jednocześnie – to za sprawą postępu technologicznego – poczuli, że wiele ich omija”. Wystarczyło zaszczepić to poczucie niepewności innym ludziom i udostępnić im dowolną platformę, która sprzyja porównaniom. Podsunąć Facebooka, Instagram i ogół aplikacji zestawiających zdjęcia, osiągnięcia, przeżycia.

Wątek FOMO regularnie powracał, zwłaszcza przy okazji powstawania kolejnych serwisów społecznościowych. W USA w 2011 r. głośny był zwłaszcza wpis blogowy Cateriny Fake, współzałożycielki serwisu fotograficznego Flickr. Do niedawna – pisze Fake – przeciętny człowiek zastanawiał się, czy spędzić sobotni wieczór w samotności, czy jednak gdzieś się wybrać. Teraz nie ma wątpliwości, że powinien wyjść z domu, ale wciąż się zastanawia, czy wybrał właściwą imprezę? Na tym polega podstępność FOMO – media społecznościowe wciąż podpowiadają, gdzie i co się dzieje. Nie sposób być wszędzie, ale skąd wiadomo, że wybrało się właściwie? „Nigdy nie mieliśmy takiej świadomości, że tyle się dzieje – zauważa Fake. – To tak jak z kuponami na siłownię, z filmami Bergmana, ustawionymi w Netflixie w kolejce do obejrzenia, tak jak ze stosem nieprzeczytanych jeszcze wydań »New Yorkera« – obserwowanie strumienia wieści od naszych znajomych i tych płynących ze świata daje nam poczucie, że uczestniczymy”.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną