Prawicowi dziennikarze w kuchni

Prawa strona żołądka
Kulinarne skojarzenia to przekleństwo polskiej polityki. Z głodu zmarła kawiorowa lewica, zaś symbolem ostatniego wyborczego klopsa PO były ośmiorniczki. A co wyjdzie z kursu gotowania, który wyborcom PiS serwują prawicowi dziennikarze?
Cezary Gmyz w programie „Kuchnia polska” gotował wspólnie z politykami (na fot. z Antonim Macierewiczem).
Editions Spotkania

Cezary Gmyz w programie „Kuchnia polska” gotował wspólnie z politykami (na fot. z Antonim Macierewiczem).

Piotr Semka w swojej książce kulinarnej sięga po przepisy z wielu stron świata.
Jacek Piotrowski/Zysk i S-ka

Piotr Semka w swojej książce kulinarnej sięga po przepisy z wielu stron świata.

Pytanie na Facebooku: „Jak powinien jeść prawilny Polak?”. I odpowiedź: polska paella z kaczką i owocami morza. Z odesłaniem na stronę PrawicowyInternet, gdzie samo zdjęcie niecodziennej potrawy sprawia, że soki żołądkowe internauty wzbierają gotowe do trawienia. „Miłośnicy prawdziwej paelli powinni przestać czytać ten przepis, by nie oburzyć się, że została ona przyrządzona tak amatorsko, jak amatorsko Platforma rządziła w Polsce” – zastrzega pomysłodawca dania.

Na co komu polska paella, skoro można zrobić hiszpańską, oryginalną? Nie wiadomo. Ale prawicowy master chef chyba nie żartuje.

Sama powaga i dobre chęci pana od sarmackiej paelli nie są odpowiedzią na pytanie, czy w Polsce istnieje coś takiego jak prawicowa dieta oraz czy w ogóle jadłospis może mieć polityczny odcień. Dlatego właściwszym tropem może być ostatnia kulinarna aktywność znanych dziennikarzy niepokornego nurtu, którzy w przerwach między publicystyczną robotą zabrali się za pisanie książek kucharskich. W przypadku Cezarego Gmyza, nowego korespondenta TVP w Niemczech, mamy do czynienia z książkowym podsumowaniem kulinarnego cyklu „Kuchnia polska” z politykami, którego był gospodarzem w TV Republika. Na stronach „Co nam Gmyz zgotował?” odnajdziemy wzmiankowane wywiady zza patelni i garnków m.in. z Antonim Macierewiczem, Andrzejem Dudą czy Jarosławem Gowinem oraz potrawy, jakie z ich pomocą w programie powstały.

Ryż na skośne oczy.

„Zobaczyć Macierewicza (o którym Gmyz pisze, że to jego ulubiony minister – red.) w fartuszku w malownicze łosie, przygotowującego słynny befsztyk… Bezcenne!” – podkreśla Gmyz w swojej książce. Jego kuchnia polska nazwę zawdzięcza raczej krajowym gościom niż nadwiślańskiemu menu. Macierewicz towarzyszy autorowi przy przygotowaniu polędwicy chateaubriand, Paweł Kowal smaży z nim sznycle po wiedeńsku, Marek Jurek – robi tortillę, Ryszard Czarnecki zaś – na wskroś wschodnie bliny z kawiorem. Swoje miejsce w książce kucharskiej Gmyza mają też jego koledzy po piórze z prawicowych łamów i z punktu widzenia zyskującego dziś na popularności w naszym kraju patriotyzmu konsumenckiego ich kulinarne stylizacje można uznać za bardziej poprawne. Tomasz Terlikowski poleca śledzie w śmietanie, Rafał Ziemkiewicz – chłopskiego gryczoka (zapiekanka z kaszy gryczanej i twarogu), natomiast Paweł Lisicki – zupę z soczewicy.

Piotr Semka, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”, zabiera z kolei czytelników w samotną podróż po krainie smaków. Choć jego książka ma równie mało oryginalny tytuł („Semka się gotuje”), jej zawartość to nie tylko interesujące przepisy, ale i dziesiątki wdzięcznych kulinarnych gawęd, anegdot czy smacznych cytatów na temat najróżniejszych delikatesów, które zanim wylądują na talerzu – jak zaznacza dziennikarz – wymagają czasem inwencji czarodzieja. Semka bynajmniej nie pitrasi patriotycznie – jego dzieło mogłoby wylądować w księgarni na półce z napisem „kuchnie świata”. Są tam bowiem receptury argentyńskie, brazylijskie, włoskie, tajskie, niemieckie, a nawet cajuńskie (Cajunowie to mieszkający w Luizjanie potomkowie francuskich osadników). W tej przejażdżce po odległych kulturach tylko gdzieniegdzie publicysta wkomponowuje polskie akcenty, często zupełnie zaskakujące. Na przykład opisując nowoorleańską odmianę flagowej potrawy Cajunów gumbo (jednogarnkowe danie z ryżu, warzyw, krewetek z dodatkiem kiełbasy), przytacza słowa magazynu „Cook’s Illustrated”, który ubolewając nad trudną dostępnością autentycznej kiełbasy andouillette, radzi, by zastępować ją polską kielbasą. „A więc choć pod tym jednym względem pobiliśmy kulinarnie Jankesów” – konstatuje Semka.

Jego gastrokosmopolityzm nie przeszedł bez echa w recenzjach, które chętnie drukowały media, oczywiście na prawicy. Kolega z redakcji Krzysztof Masłoń docenia kulinarną erudycję Semki oraz jego umiłowanie kucharskich tradycji, ale krzywi się na widok zachwytów nad niektórymi z nich. „Generalnie na wschodzie nie ma specjalnie czego szukać. (…) Semka jest bardziej otwarty, ale on lubi barszcze, których ja do ust nie biorę” – czytamy. Kuchnia azjatycka? „Była kiedyś taka piosenka: jedzcie ryż, a będziecie mieli bardziej skośne oczy. Ja mam oczy wystarczająco skośne i kuchnia europejska całkowicie mi wystarczy”. Dodajmy, że nie chodzi o każdą kuchnię europejską: „Uwagę autora, że lepiej wyskoczyć do Berlina, by delektować się szparagami, przyjąłem z tzw. mieszanymi uczuciami”. Przywodzi to na myśl refleksje innego prawicowego autorytetu Wojciecha Cejrowskiego, który w jednym ze swoich programów obśmiewał jadłospisy m.in. Niemców i Francuzów. „Kuchnia niemiecka jest tłusta, ciężka i zupełnie bez fantazji. Nadaje się na wojnę, do czołgu, a nie dla człowieka, który nie ma ochoty tylko trawić cały dzień”. A francuska? Według Cejrowskiego we francuskiej restauracji jest drogo, a w dodatku – uwaga – trudno zrozumieć nazwy potraw.

Robert Makłowicz, znany podróżnik i kucharz, podkreśla, że nie da się być dobrym kucharzem i narodowcem. – Kartkując książkę Piotra Semki, zastanawiałem się, w którym wcieleniu jest prawdziwszy? – opowiada Makłowicz. – Kuchnia kłóci się z ideologią, zawsze jest dorobkiem kulturowym wielu narodów, religii. Nie ma w Polsce dań, które można by poświęcić narodowym stemplem czystości.

Polityczny wymiar jedzenia.

Czy sztuka kulinarna jest całkowicie wolna od polityki? To pytanie postawił recenzent książki „Semka się gotuje”, po czym sam na nie odpowiedział: „W zasadzie tak”. Problem w tym, że politycy mają inne zdanie na ten temat. W styczniu tego roku Witold Waszczykowski, szef polskiej dyplomacji, w wywiadzie dla dziennika „Bild” zapowiedział, że Polska sprzeciwi się dyktaturze rowerzystów i wegetarian. Jedno i drugie jest, zdaniem Waszczykowskiego, owocem polityki lewicowej.

To w sumie żadne odkrycie. Zrównanie „lewactwa” ze wstrzymywaniem się od dań mięsnych jest częstym elementem retoryki prawicowych blogerów i publicystów. „Wegetarianizm lewacki nie tylko wyraża wątpliwości w to, że możemy nie stanowić korony stworzenia, co obniża nasze morale, ale w coraz większym stopniu zatruwa umysły młodych ludzi” – czytamy w wywodzie Krzysztofa Sarmackiego na portalu Salon24.pl. Skoro więc wegetarianie mają żołądki po lewej stronie, trzeźwo myślący prawicowcy muszą jeść mięso. Prawicowa jest miłość do flaków, golonek, befsztyków, rumsztyków i płucek na kwaśno. Jej wyznawcy przed rokiem namalowali swastykę i gwiazdę Dawida na witrynie wegańskiego baru Vegan Burgers w trójmiejskim Wrzeszczu. Twierdzili, że kuchnia bezmięsna jest lewacka i w związku z tym należy ją zwalczać.

Jeśli natomiast, zgodnie z powielanym często przesądem, młoda, hipsteryzująca lewica gustuje we frykasach prosto z food trucków, co zostaje tradycyjnie usposobionej prawicy? Może myślenie, które w książce „Dusza światowa” próbowała uchwycić Dorota Masłowska, przepytywana przez Agnieszkę Drotkiewicz: „Ten wysyp sklepów z ekożywnością wydaje się fantasmagorią – kupujesz ideę zdrowia i marzenia o lepszym, uczciwszym życiu nad brzegiem rzeki, ale to jest tylko mrzonka, bo biologicznie i tak jesteśmy przegrani”. Innymi słowy w skażonym biologicznie świecie nie ma znaczenia, czy zjemy jabłko z supermarketu czy organiczne. A przecież nie wiemy, ile razy kupujemy samą ideę organicznego jabłka, o czym wspomina pisarka.

Polityczny wymiar jedzenia nie dotyczy tylko Polski. 11 lat temu media w całej Europie powtarzały słowa czeskiego prezydenta Vaclava Klausa, który lewicowca rozpoznawał po… piciu butelkowanej wody oraz jeździe na snowboardzie. Prawicowcy z kolei wybierali narty i czekoladowy krem zamiast na przykład smoothie z jarmużu. Klaus za lewackie uznał też wszelkie sałatki, no może poza sałatką ziemniaczaną, którą czeska tradycja serwuje podczas kolacji świątecznej.

O tym, że kubki smakowe mogą być narzędziem ideologicznej walki, przekonali się także Amerykanie. Gdy trzy lata temu w Kongresie toczyła się dyskusja na temat raportu organizacji Food Policy Action dotyczącego m.in. znakowania żywności modyfikowanej genetycznie, politycy republikańscy powtarzali, że to tylko „wąski punkt widzenia niezbyt licznej grupy najbardziej ideologicznie nastawionych aktywistów i amatorów organicznych przekąsek”. Z drugiej strony w ubiegłym roku amerykański portal Everyday Feminism rozpoczął kampanię przeciwko modzie na tzw. etniczne jedzenie, sugerując, że jest ona „rasistowska” i „zawłaszczająca elementy zdominowanej wcześniej kultury”. „Gdy mówimy o etnicznej żywności, nie odnosimy się do kuchni francuskiej, włoskiej czy szwedzkich klopsików z Ikei. Zwykle mamy na myśli jedzenie tajskie, wietnamskie, hinduskie, etiopskie czy meksykańskie, czyli z krain zamieszkiwanych przez kolorowych. Sam termin »etniczna żywność« został zarezerwowany dla narodowości egzotycznych z punktu widzenia białego człowieka” – głosił jeden z manifestów lewicującego serwisu. „Jedzenie stało się jedynym identyfikatorem dla miejsc egzotycznych dla Amerykanów: Meksykanie zostali zredukowani do tacos i burritos, a Hindusi – do curry. Ameryka skolonizowała bliskowschodnie menu, jak hummus czy falafel, ale ludzie, jedząc te potrawy, nawet nie myślą o postępującej islamofobii w USA” – czytamy dalej. Konserwatywny kanadyjski portal The Rebel odpowiadał: „To wygląda jak ucieleśnienie marzeń o multikulturalizmie. Czy lewica nagle ma z tym problem?”.

Pijąc, wspierasz antykomunistów.

Wbrew zastrzeżeniom recenzentów, od polityki w swoich książkach kucharskich nie uciekli Gmyz i Semka. Ten pierwszy rzecz jasna z politykami gotuje, ale wystarczy zerknąć na filmowe relacje z jego spotkań z czytelnikami w różnych zakątkach Polski. Wiele z nich kuchni nie dotyczy wcale, bo czytelnicy bardziej spragnieni są odpowiedzi na pytania o Jarosława Kaczyńskiego, relacje rządu Beaty Szydło i prezydenta Andrzeja Dudy, agentów WSI, historię I i II Rzeczpospolitej, politykę Angeli Merkel czy stosunki Polski i Węgier (na YouTube znajdziemy całą filmową relację z promocji „Co nam Gmyz zgotował?” w Krakowie).

Ideologizuje też Semka, pisząc choćby o nieufności wobec kucharzy rozkochanych w stylu fusion: „To zazwyczaj demonstracja pychy kucharzy eksperymentatorów wmawiających sobie i innym, że wszystko można ze wszystkim »patchworkować«, tak jak w ideologii gender. Tak nie jest. Przepisy na potrawy kuchni regionalnych są wynikiem stuletnich doświadczeń i mądrego zrozumienia kompozycji rozmaitych składników”.

Gdy natomiast opisuje losy twórców rumu Bacardi i ich perypetie z reżimem Fidela Castro (firma produkuje kubański rum w Puerto Rico), puentuje: „Dobrze wiedzieć, że kupując butelkę rumu z nietoperzem, wspieramy kubańskich antykomunistów”.

Robert Makłowicz gotowania redaktorów Gmyza i Semki nie traktuje inaczej niż jako happeningu politycznego. – Szczególnie ten pierwszy ma swoje zasługi dla prawicowej kuchni – to przecież w jego programie minister Macierewicz, odziany w fartuch w łosie, na przemian pichcił i opowiadał o katastrofie smoleńskiej – mówi Makłowicz. Jeśli kulinarne przewodniki opracowują żony piłkarzy, celebryci telewizyjni czy nawet fani Brada Pitta (powstała książka zbierająca wszystkie dania i przekąski, jakie aktor pochłonął w swoich filmach), mogą to robić również prawicowi dziennikarze.

Poziom merytoryczny tych wydawnictw bywa różny. Może właśnie dzięki temu widzowie i czytelnicy mogą docenić fachowość ludzi, którzy naprawdę się na kuchni znają – uważa Makłowicz.

Wszyscy, którzy od niepokornych publicystów spodziewali się czytelnej odpowiedzi na wychodzącą z każdej lodówki lewicową propagandową pretensjonalność, będą musieli zadowolić się drobiazgami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że popyt na prawilne nawyki żywieniowe jest w Polsce wyższy niż kiedykolwiek, a ostatnio na sympozjum medycznym pobudzał go prof. Bogdan Chazan. Lekarz – cytowany przez „Głos Wielkopolski” – miał stwierdzić, że „osoby o poglądach lewicowych częściej mają problemy z zajściem w ciążę, a przyczyną zaburzeń płodności jest przesadna dbałość o szczupłą sylwetkę”. Prawilny żołądek z pewnością ma wyjątkowo wrażliwe połączenie nerwowe z mózgiem.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną