Ludzie i style

Tytuł czeka na wenę redaktora

Dlaczego na najlepsze pomysły wpadamy pod prysznicem?

Karla Alexander / Unsplash
Zmagasz się z trudnym problemem? Weź prysznic albo wyjdź na spacer! – zachęcają amerykańscy tropiciele innowacji w nowej książce poświęconej genialnym odkryciom.
Pewien tatuażysta na widok pióra doznał olśnienia i tak powstała maszynka do tatuażu.Mirosław Gryń/Polityka Pewien tatuażysta na widok pióra doznał olśnienia i tak powstała maszynka do tatuażu.
Jak w ostatnich latach odkryli neuronaukowcy, przełomowe pomysły biorą się z umiejętności przełączania się pomiędzy dwoma trybami: skupieniem i błądzeniem.Mirosław Gryń/Polityka Jak w ostatnich latach odkryli neuronaukowcy, przełomowe pomysły biorą się z umiejętności przełączania się pomiędzy dwoma trybami: skupieniem i błądzeniem.
Zbadano, że w biurach typu open space chodzenie podnosiło poziom kreatywności pracowników aż o 60 proc.Mirosław Gryń/Polityka Zbadano, że w biurach typu open space chodzenie podnosiło poziom kreatywności pracowników aż o 60 proc.

Artykuł w wersji audio

Zapytany kiedyś o to, skąd bierze tytuły artykułów, pewien redaktor odparł nie bez zakłopotania: „Wymyślam je w toalecie”. Odpowiedź ta spodobałaby się z pewnością autorom ukazującej się właśnie książki „Siatka i motyl: Sztuka i praktyka innowacyjnego myślenia” („The Net and the Butterfly: The Art and Practice of Breakthrough Thinking”). Dwoje amerykańskich specjalistów tropi w niej okoliczności tzw. momentów eureka. Czyli sytuacji, w których wielcy wynalazcy – często ku własnemu zaskoczeniu – wpadali na genialne pomysły. Przekonują także, że każdy z nas może łatwo dać szansę własnemu geniuszowi. Chociażby poprzez wizytę w toalecie.

Olivia Fox Cabane oraz Judah Pollack poznali się w inkubatorze start-upów na Uniwersytecie Stanforda, gdzie mogli obserwować wschodzące talenty internetowej przedsiębiorczości. Obecnie doradzają potężnym koncernom technologicznym na czele z Google czy Airbnb, jak również amerykańskiej armii. Ale przejawów geniuszu szukają także w przeszłości. I w historycznych olśnieniach – Charlesa Darwina i Charlesa Dickensa, Beethovena i Czajkowskiego, Sørena Kierkegaarda i grupy the Rolling Stones – dostrzegają pewien wspólny element.

Strumienie pomysłów

Ci ostatni narodziny swego największego przeboju zwyczajnie przespali. Pewnego poranka gitarzysta zespołu Keith Richards obudził się w hotelu z bólem głowy i gitarą u boku. Nie pamiętał, żeby włączał nagrywanie w magnetofonie. Ale na taśmie znalazł 40 minut własnego chrapania, poprzedzonych jednak dwuminutowym tematem gitary akustycznej. Świat wkrótce poznał go jako główny riff piosenki „(I Can’t Get No) Satisfaction”. Ten wyśniony przebój autorzy książki zestawiają z okolicznościami, w których Albert Einstein opracował szczególną teorię względności. Przez długie lata zmagał się z tą zagadką, by pewnego dnia dać za wygraną. Zamiast pracować, postanowił porządnie się wyspać. Obudził się z gotowym rozwiązaniem.

„Na ten sam schemat bez przerwy natrafialiśmy podczas rozmów z największymi wynalazcami i innowatorami współczesnego świata – piszą Cabane i Pollack. – I z tym samym modelem miałeś do czynienia ty sam, jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś nagłego objawienia pod prysznicem”. W języku angielskim funkcjonuje nawet określenie „shower moment”, które opisuje takie olśnienia spod prysznica. Głowimy się nad jakimś problemem zawodowym czy prywatnym. Wchodzimy pod prysznic. Rozluźniamy się fizycznie i psychicznie. Myśli odpływają wraz z lejącą się wodą. I nagle, ni stąd, ni zowąd spływa na nas odpowiedź.

Co to ma wspólnego z odkryciami Richardsa i Einsteina? Otóż gdy wchodzisz pod prysznic – wyjaśniają amerykańscy badacze – odruchowo przełączasz tryb myślenia. Wcześniej świadomie koncentrowałeś się na danym problemie. Pod prysznicem twój umysł zaczyna dryfować, pogrąża się w leniwych marzeniach, a może po prostu nie myślisz o niczym. Jak w ostatnich latach odkryli neuronaukowcy, przełomowe pomysły biorą się właśnie z umiejętności przełączania się pomiędzy tymi dwoma trybami: skupieniem i błądzeniem.

Ten pierwszy tryb odpowiada za wszystkie zadania, które wykonujemy świadomie: od szkolnych rachunków po wypełnienie PIT. Dlatego część mózgu odpowiadającą za tego rodzaju obowiązki nazywa się siecią wykonawczą, po angielsku executive network. Stąd skrót EN. Sieć wykonawcza zgodnie z nazwą pozwala nam się skupić na danym zadaniu i osiągnąć zamierzony cel. „I jak każdy inny człowiek jesteś znakomicie zaznajomiony ze swoim EN. W końcu spędziłeś z nim przynajmniej dekadę w szkole, trenując odpowiednie rejony mózgu. W istocie korzystasz z EN w tej chwili, aby przeczytać niniejsze zdanie – piszą autorzy „Siatki i motyla”. – To właśnie dzięki EN możemy efektywnie pracować, dotrzymujemy deadline’ów i trzymamy się zasad społecznych”.

Ale EN w pojedynkę nie jest w stanie doprowadzić nas do olśnienia. Potrzebuje do tego pomocy ze strony tzw. sieci spoczynkowej, po angielsku default network, czyli DN. To ona odpowiada za bujanie w obłokach spod prysznica. „Możemy wyobrazić sobie DN jako radę geniuszy w naszym mózgu. Omawiają bez przerwy jakieś pomysły, snują teorie i stawiają dzikie hipotezy. To źródło naszej kreatywności, innowacyjności, naszego geniuszu” – tłumaczą Cabane i Pollak. Jeśli EN pozwala nam skoncentrować się na zadaniu i poprawnie je wykonać, DN daje wgląd w „ukryte pod powierzchnią wzorce, zależności i możliwości”. Geniusz ludzki włącza się wówczas, gdy oba tryby zamieniają się miejscem na pierwszym planie. W ten sposób Keith Richards wymyślił jeden z rockowych przebojów wszech czasów, a Albert Einstein opracował swoją teorię. I w podobny sposób dokonała się większość odkryć w historii ludzkości – przekonuje amerykański duet.

Według nich każdy może włączyć swój wewnętrzny geniusz, chociażby kładąc się spać. Tak robią cytowani przez nich guru Doliny Krzemowej. Tuż przed snem świadomie przywołują problem, jaki chcieliby rozwiązać. Obracają go przez kilka minut w myślach, a następnie zasypiają z przekonaniem, że gdy się przebudzą, rozwiązanie będzie gotowe. Ważne, aby je od razu zanotować, zanim się ulotni – tak jak sny. Jednak gdy klienci proszą ich o wskazanie najlepszego przepisu na pobudzenie kreatywności, Cabane i Pollack odpowiadają: po prostu wyjdź na spacer.

Szlak rozmyślań

W wydanej w Polsce dwa lata temu książce „Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły” Mason Currey przeanalizował metody pracy 161 wybitnych postaci, od Beethovena po Davida Lyncha czy Stephena Kinga. Jak zauważył, jedynym wspólnym zwyczajem dla niemal wszystkich wielkich artystów, matematyków i wynalazców były regularne przechadzki.

Charles Dickens każdego popołudnia spędzał trzy godziny na nogach. I zaraz potem siadał do pisania, aby zapisać skumulowane w głowie pomysły. Czajkowski spacerował tylko dwie godziny dziennie, ale pilnował tego czasu co do minuty. Beethoven po obiedzie wybierał się na spacer z ołówkiem i notatnikiem w dłoniach. „Wychodziłem swoje najlepsze myśli i nie znam myśli tak uciążliwych, aby nie dało się od nich uciec spacerowaniem” – mawiał Søren Kierkegaard. Duński filozof miał też często przybiegać pędem do swojego biurka, by jeszcze z kapeluszem na głowie czy parasolem w dłoni siadać do pisania. Z kolei Charles Darwin miał koło domu słynny „szlak rozmyślań”. Spacerował nim codziennie rano i po południu, wyprowadzając przy okazji swego foksteriera. Trudność danego problemu określał liczbą okrążeń, które musiał wykonać, aby znaleźć rozwiązanie.

Obserwacje autora „Codziennych rytuałów” potwierdza badanie Stanforda z 2014 r. Uczestnikom dano do rozwiązania zadania wymagające kreatywności, tyle że części z nich kazano spacerować. Niektórym na świeżym powietrzu, innym na bieżni elektrycznej z pustą ścianą przed nosem. Obie grupy wygenerowały dwa razy więcej pomysłów niż ci, którzy główkowali na siedząco. Spacerowicze jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu przechadzki pozostawali ponadprzeciętnie pomysłowi. „Wiedzieliśmy, że spotkania mające formę spaceru sprzyjają kreatywności. Ale okazuje się, że także spacer poprzedzający spotkanie na siedząco może być bardzo korzystny” – podkreślali badacze ze Stanforda.

Dlaczego właśnie spacerowanie? Cabane i Pollack doszli do wniosku, że chodzenie w idealnych proporcjach angażuje nasz umysł i ciało. Z jednej strony to bardzo złożona czynność włączająca nasz „tryb wykonawczy”. Bez przerwy otrzymujemy impulsy z naszych stóp, nóg, bioder, ramion i oczywiście ucha wewnętrznego, głównego ośrodka równowagi. Ale dla mózgu to żadne wyzwanie. Dzięki latom ćwiczeń potrafimy wszystko skoordynować jak gdyby mimochodem. A to pozostawia pole dla swobodnych rozmyślań. Spacer sprzyja temu również od strony fizycznej. Zwiększony dopływ krwi wywołuje korzystne zmiany chemiczne w mózgu, między innymi poprzez wydzielanie białek BDNF, które wspierają powstawanie i nowych neuronów, i synaps oraz wzmacnianie tych istniejących.

„Biura typu open space mają wielu przeciwników. Ale dzięki niewielkiej liczbie ścian przynajmniej sprzyjają spacerowiczom” – śmieją się Amerykanie. Przywołują badanie Stanforda, które pokazało, że w praktyce to najważniejszy atut takich przestrzeni: chodzenie podnosiło w nim poziom kreatywności uczestników aż o 60 proc. I to mimo że biurowy hałas niezbyt sprzyja błądzeniu w myślach. Podobnie jak spacerowanie po zatłoczonej ulicy, które utrzymuje naszą sieć wykonawczą w gotowości – abyśmy nie wpadli pod samochód tudzież na kogoś wgapionego w ekran telefonu. W poszukiwaniu weny lepiej zatem poszukać spokojnego miejsca. Czy to będzie stały szlak jak u Darwina, czy może błądzenie bez celu – to już kwestia osobistych upodobań.

Z dłoni do mózgu

Zgodnie z tytułem „Siatka i motyl: Sztuka i praktyka innowacyjnego myślenia” dostarcza rad nie tylko dla spacerowiczów. Jeśli szukamy rozwiązania konkretnego problemu, warto go zwerbalizować i powiedzieć sobie w myślach, co jest naszym celem. Autorzy zalecają noszenie przy sobie notatnika lub dyktafonu, aby nie zgubić żadnej obiecującej myśli, która napatoczy się w najmniej spodziewanym momencie. I rekomendują jeszcze mały trick: trzymanie czegoś w dłoni.

„Moneta, kamień, spinacz biurowy, a może figurka z »Gwiezdnych wojen«? Nie będziemy oceniać. Nasze dłonie wysyłają do mózgu potężną ilość informacji. I gdy ten kanał jest otwarty, także umysł pozostaje bardziej otwarty na rozmaite asocjacje” – piszą badacze. Jeden z głównych ekspertów Apple w zakresie sztucznej inteligencji wyznał im, że trzyma na biurku kostkę Rubika, aby się nią bawić podczas rozmyślań. Także w redakcji POLITYKI często widuje się pewnego płodnego komentatora, jak spaceruje po korytarzu, odbijając o podłogę piłeczkę tenisową. Taką kostką Rubika czy piłeczką dla rozmyślających pod prysznicem może być gąbka, dla ogrodnika szpadel, dla wędkarza wędka, a dla rozmyślających przy prasowaniu – żelazko. Albo nawet kanapka przy śniadaniu, chyba że w drugiej dłoni trzymamy telefon.

Na wzór Keitha Richardsa można także spróbować płodnej półdrzemki i wcale nie trzeba przy tym sięgać po środki wspomagające wyobraźnię. Cabane i Pollack podają inny przepis na wprowadzenie się w odpowiedni stan (nazywają go „hipnagogicznym”). Najlepiej zastosować go w środku dnia, na przykład po obiedzie, kiedy jesteśmy już nieco zmęczeni. Ogarnij bałagan w swoim pokoju – radzą. Przygaś światło i upewnij się, że nikt nie będzie ci przeszkadzał. Przełącz telefon na tryb samolotowy. Przygotuj coś do notowania. Usiądź wygodnie, tylko bez przesady: żadnego wylegiwania się w łóżku. Ustaw budzik, dając sobie 10–15 minut. Skup się na moment na problemie. Następnie pozwól mu umknąć, a sobie pozwól na chwilę relaksu. Satysfakcja gwarantowana.

Za największą przeszkodę dla naszej kreatywności autorzy książki uważają stereotyp, jakoby przełomowe idee brały się z powietrza. Zbyt często – podkreślają – traktujemy je jako samodzielne byty, które wybitni myśliciele wyławiają nie wiadomo skąd. I cytują słynne słowa Steve’a Jobsa: „Kreatywność polega na zwykłym kojarzeniu faktów. Gdy pytasz ludzi kreatywnych, jak daną rzecz zrobili, czują się trochę winni. Bo tak naprawdę tego nie zrobili, po prostu coś dostrzegli... Potrafili połączyć swoje doświadczenia w coś nowego”.

Według obserwacji Cabane i Pollacka niemal wszystkie przełomowe odkrycia okazywały się właśnie kombinacją rozwiązań, które już funkcjonowały. Słynną linię montażową Henry Ford opracował poprzez dodawanie: skojarzył mechaniczne haki stosowane w przemyśle mięsnym oraz ruchome taśmy wykorzystywane w piekarniach. Gdy połączył jedno z drugim, narodził się nowoczesny przemysł motoryzacyjny. Inny przykład takiego dodawania to nowoczesna broń palna. Szukając sposobu na poprawienie celności strzelb, ich producenci przyjrzeli się strzałom łuku. Pióra sprawiają, że strzała obraca się podczas lotu i dzięki temu leci na wprost. Podobnie dzieje się z piłką na boisku piłkarskim. I tak wpadli na pomysł, by nawiercić wnętrze lufy i sprawić, że pociski będą się obracać wokół własnej osi. Efekt? Pięciokrotnie wyższa celność – piszą Cabane i Pollack. Wspominają także nieudany wynalazek Thomasa Edisona, jakim było pióro elektryczne. Miało pomagać w kopiowaniu dokumentów, ale pod koniec XIX w. nikogo ten pomysł nie zainteresował. Z wyjątkiem pewnego tatuażysty, który na widok pióra doznał olśnienia i tak powstała maszynka do tatuażu.

W tym miejscu artykułowi przydałaby się puenta, najlepiej nawiązanie do przywołanego na początku wyznania redaktora. W poszukiwaniu weny autor oddala się więc od komputera na krótki spacer – zaznaczmy – do kuchni (każdy ma swoje sposoby – red.).

Polityka 17/18.2017 (3108) z dnia 25.04.2017; Ludzie i style; s. 148
Oryginalny tytuł tekstu: "Tytuł czeka na wenę redaktora"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dzieła Fangora biją rekordy cen na aukcjach. Skąd ta moda?

W ostatni wtorek w domu aukcyjnym Polswiss Art odbyła się nietypowa aukcja – licytowano dzieła tylko jednego twórcy. Mogłoby się wydawać, że aukcja monograficzna to pomysł ryzykowny. Ale nie w przypadku Wojciecha Fangora.

Aleksander Świeszewski
22.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną