Ludzie i style

Zhakowani kochankowie

E-gadżety erotyczne

Silikonowe lalki produkowane przez kalifornijską firmę. Klienci mogą wybierać spośród 10 modeli. Silikonowe lalki produkowane przez kalifornijską firmę. Klienci mogą wybierać spośród 10 modeli. Stephan Gladieu / Getty Images
Rozwój erotycznych technologii nie jest może na razie szczególnie urozmaicony, za to zaczyna być niebezpieczny.
Wibratory sterowane przez smartfony mają ułatwić kontrolę tych urządzeń w związkach na odległość. Kontrolę nad nimi może jednak przejąć ktoś trzeci.materiały prasowe Wibratory sterowane przez smartfony mają ułatwić kontrolę tych urządzeń w związkach na odległość. Kontrolę nad nimi może jednak przejąć ktoś trzeci.
Wibrator We-Vibe, który bardzo wrażliwe dane o użytkownikach przypisywał do ich adresów e-mail.materiały prasowe Wibrator We-Vibe, który bardzo wrażliwe dane o użytkownikach przypisywał do ich adresów e-mail.
Mapa Berlina stworzona przez Alexa Lomasa z zaznaczonymi użytkowanymi plugami analnymi Lovense.materiały prasowe Mapa Berlina stworzona przez Alexa Lomasa z zaznaczonymi użytkowanymi plugami analnymi Lovense.

Akcesoria erotyczne stały się częścią internetu rzeczy. Jednak przez producentów są na razie podłączane do sieci w tak nieprzemyślany, niefrasobliwy sposób, że prawie w ogóle nie zabezpieczają bardzo wrażliwych danych o ich użytkownikach. Rzeczywistość tych użytkowników przestała być różowa, gdy okazało się, że wibratory We-Vibe zbierały dane dotyczące częstotliwości używania urządzeń i preferowanych trybów wibracji, a potem przypisywały je do ich osobistych adresów e-mail. Producent urządzeń wypłacił w zeszłym roku za ten proceder miliony dolarów odszkodowań.

Kolejny przykład? Znów wibratory, Lovense Remote, połączone z aplikacją na smartfona, by ułatwić kontrolę urządzeń w związkach na odległość. One z kolei przechowywały nagranie audio uprawianego seksu. Ich chiński producent, przeciwko któremu toczą się teraz kolejne procesy sądowe, nazwał nagrywanie każdego takiego wydarzenia jedynie błędem. Wypuścił przynajmniej aktualizację likwidującą wadę tej aplikacji, podczas gdy twórca konkurencyjnego wibratora Svakom Siime Eye miesiącami ignorował ostrzeżenia specjalistów od zabezpieczeń internetu rzeczy. A jego maszyna, wyposażona w bezprzewodową kamerę, umożliwiała, hm, streaming wideo z wnętrza człowieka. Tyle że do wideo z wibratora za sprawą zbyt prostych, takich samych we wszystkich urządzeniach zabezpieczeń swobodny dostęp mieli cały czas także zainteresowani tym obcy użytkownicy sieci.

Internet zabawek erotycznych

Łamanie zabezpieczeń tych i wielu innych superintymnych zabawek jest dla zainteresowanych tym hakerów, a także testujących urządzenia specjalistów od zabezpieczeń naprawdę proste. Mogą po prostu, chodząc po ulicach miast, wynajdywać i przejmować takie wykorzystywane w mieszkaniach urządzenia za pomocą komórki i z poziomu chodnika. Zademonstrował to Alex Lomas z firmy Pentest Partners, tworząc mapę Berlina, a następnie zaznaczając na niej rozmieszczenie innej zabawki – plugów analnych Lovense, które chiński producent wyposażył w sieciowy sygnał naprowadzający na nie już 30 m od domu użytkownika. Lomas znalazł tą metodą także urządzenia, które były właśnie aktywne, i gdyby chciał, mógłby nad nimi przejąć kontrolę.

Ponieważ internet rzeczy jest podatny na ataki z zewnątrz, to w przypadku erotycznych technologii szczególnie dokładnie trzeba przyjrzeć się referencjom ich producenta. Tym bardziej że spece, tacy jak Lomas albo Brad Haines, analizujący bezpieczeństwo na pionierskim portalu Internet of Dongs (dosł. internet penisów), przygotowują się na sierpniową falę kolejnych urządzeń, które nie będą spełniały podstawowych zasad bezpieczeństwa danych. Stanie się tak, ponieważ w sierpniu wygasną tzw. patenty teledildonics z 2002 r., kluczowe dla technologii umożliwiającej kontaktowanie się ze sobą akcesoriów erotycznych przez sieć. A tylko one blokowały do tej pory przemysłowi erotycznemu funkcjonowanie w internecie rzeczy na dużą skalę. Twórcy takich urządzeń musieli albo wykupywać licencje na te patenty, albo próbować korzystać z nich nielegalnie. Teraz staną się dla nich łatwo dostępne.

Dane bardzo wrażliwe

Kolejne poważne niedociągnięcia przy ochronie wrażliwych danych nie będą wynikiem tylko złej woli producentów sekstechnologii, ale raczej oznaką ich naiwności i nieobecności na rynku takich technologii, gdy kilkanaście lat temu wykuwane były w Dolinie Krzemowej podstawowe zasady bezpieczeństwa. Bo wytwórcy nowych erotycznych gadżetów do tej pory mieli na linii produkcyjnej tylko proste urządzenia manualne. W tej chwili działają na rynku, który szybko się rozwija i którego przychody szacowane są na kilkanaście miliardów dolarów rocznie. A dodawanie do wibratorów czy plugów analnych mobilnych sensorów i połączonych z nimi aplikacji dało im nowe możliwości. Założyli więc w zbyt prosty i zbyt wygodny dla siebie sposób, że będą gromadzić wcześniej niedostępne, niezwykle wrażliwe dane o użytkownikach. Choć informacje mieli zbierać anonimowo, przez niewystarczające zabezpieczenia narazili tych użytkowników na ryzyko.

Wkraczając do internetu rzeczy z wibratorami, plugami, a także nakładkami na łechtaczki czy pierścieniami zakładanymi na penisy, przemysł erotyczny odpowiadał na rozwijające się ludzkie potrzeby. Technologia szybko się rozpowszechniła, bo ludzie chcą na przykład zdalnie kontrolować urządzenia, których używają ich mieszkający w innym kraju partnerzy. Ale wibratory oparte na technologii teledildonics mogą być wykorzystywane nie tylko w związkach na odległość, ale także przez ludzi pracujących w tzw. cammingu, czyli uprawiających seks z klientami przez kamerkę internetową. Jest to dla wielu kobiet bezpieczniejsza forma zarabiania pieniędzy niż prostytucja. A w ramach usług mogą używać urządzeń, nad którymi kontrolę za opłatą przejmowaliby zdalnie ich klienci. Tyle że przy okazji wdrażania tej technologii również pojawia się problem etyczny, nawet poważniejszy niż niedopilnowanie bezpieczeństwa danych użytkowników. Bo urządzenia, którymi można zdalnie sterować, mogą przecież zostać w niezauważalny dla ich właścicieli sposób zhakowane.

Gwałt wirtualny

Większość zdalnie sterowanych akcesoriów erotycznych połączona jest z aplikacją, z której korzystają dwie wyrażające na to zgodę osoby. Jeżeli jednak oprócz tych dwóch osób z urządzenia potajemnie skorzysta także ktoś obcy, kto włamał się do systemu, jeżeli wpłynie on na nieświadomych tego użytkowników, przestaje to być w porządku. Badająca prywatność takich urządzeń Sarah Jamie Lewis wykazała słabe strony zabezpieczeń funkcji „maila z seksem oralnym”, która pozwalała zaprojektować elektroniczne doświadczenie i przesłać do niego linka odbiorcy. „Zostawię was z informacją o słabości tych zabezpieczeń, abyście sami się zastanowili nad konsekwencjami połączenia się przez hakera z robotem owiniętym wokół lub umieszczonym wewnątrz czyichś genitaliów” – pisała Lewis.

Poza zagrożeniami czysto medycznymi taki atak może mieć emocjonalne implikacje. Osoba, która odkryje, że jej zabawką manipulował ktoś, komu na to nie pozwoliła, może się poczuć jak ofiara przestępstwa seksualnego. Choć prawo na świecie nie przewiduje jeszcze bezpośredniej konsekwencji za tak inwazyjną formę hakowania, to choćby w polskim Kodeksie karnym definicja poważnego przestępstwa seksualnego nie została zapisana w zastygłej formie uwzględniającej tylko penetrację. Przestępstwa dopuszcza się osoba, „która przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego”, oraz taka, która „doprowadza inną osobę do poddania się innej czynności seksualnej albo wykonania takiej czynności”. A podstęp wyklucza przecież wyrażenie zgody na kontakt z hakerem – choćby tylko wirtualny.

Dziewczyny maszyny

Wiele wątpliwości dotyczących rozwoju seksualnych technologii związanych jest właśnie z aspektem etycznym i z potencjalnymi konsekwencjami społecznymi ich rozwoju. Kontrowersje wywołał niedawno komentarz dziennikarza „New York Timesa” Rossa Douthata zatytułowany „Redystrybucja seksu”. Douthat napisał go po ataku vanem w centrum Toronto, gdzie zginęło 10 osób. Atakujący identyfikował się jako incel (involuntary celibate), czyli mężczyzna należący do internetowej subkultury ludzi przekonanych, że seks im się należy, a nie mają do niego dostępu z powodu płytkiej osobowości współczesnych kobiet.

Douthat, który na co dzień zajmuje się w amerykańskim dzienniku tematyką kościelną, zastanawiał się, czy można takie frustracje rozładować z pomocą przyznawanych incelom prostytutek lub seksualnych robotów. Nie dziwi szczególnie, że zestawianie w jednym zdaniu kobiet i maszyn nie spotkało się z pozytywnymi reakcjami. Ale Douthat na domiar złego niewłaściwie zdefiniował zgodę na stosunek seksualny, pokazując znacznie większy problem, jaki możemy mieć z seksualną sztuczną inteligencją.

Otóż powstające właśnie, dość prymitywne na razie, roboty seksualne są programowane w ten sposób, że można im przypisać osobowość – uległą, umożliwiającą seks z nimi bez potrzeby uzyskania na to zgody. Większość prototypów takich maszyn to oczywiście kobiety, a kontakt z nimi nie zmniejszy skłonności do agresji seksualnej wobec ludzi, choć tak utrzymują teraz ich twórcy. Najbardziej zaawansowane prace nad powstaniem takiego robota prowadzi Abyss Creations, fabryka z siedzibą w San Marcos w Kalifornii.

Na szczęście prawdziwe problemy związane z etyką seksu z robotem są jeszcze dość odległe. Maszyny, które będą zdolne do bardziej wyrafinowanej komunikacji i kontaktu fizycznego, nie powstaną przed upływem 50 lat. Na razie nawet technologia chodu jest dla twórców prototypów niedostępna ze względów finansowych. A robot, nad którym pracuje Abyss Creations, zapytany, czy chciałby móc się poruszać, odpowiada tylko wymijająco, że chciałby spełniać potrzeby swojego właściciela. Nuda.

Jest jeszcze fenomen, który naukowcy nazywają „doliną niesamowitości”. Kiedy ludzie mają do czynienia z robotami, które wyglądają robotycznie, czyli są kombinacją diod i metalu, czują się swobodnie. Jednak im bardziej maszyny wyglądają, poruszają się i reagują jak żywi ludzie, tym bardziej stają się dla swoich użytkowników niepokojące. Reakcja obejmuje antypatię, dyskomfort, a nawet wstręt.

W niedoskonałej imitacji ludzie nie widzą jeszcze nic pociągającego. Dlatego właśnie ważniejsze w tej chwili jest przyglądanie się rozwojowi zabawek erotycznych. One też mogą zmienić formę kontaktu seksualnego. Ważna dla korzystających z nich ludzi ma się stać niedługo kontrola dwukierunkowa, czyli to, że dwie maszyny używane przez uprawiającą seks na odległość parę będą wymieniały się ze sobą informacjami. Dwa takie urządzenia, dildo i sztuczna pochwa, będą dostosowywały działanie do impulsów uzyskiwanych od siebie wzajemnie. Ludzie, którzy zechcą z tej technologii korzystać, będą mogli (ale wcale nie będą musieli) wchodzić ze sobą w kontakt szerszy niż tylko przesyłanie impulsów do urządzeń. Sami staną się więc trochę jak roboty.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną