Francuzi o krok od tytułu mistrzów świata
Obie drużyny, Francja i Belgia, sięgnęły po jedną z niezliczonych futbolowych mądrości: przede wszystkim nie stracić bramki.
Francja–Belgia 1:0
Philippe Wojazer/Forum

Francja–Belgia 1:0

Francja–Belgia 1:0. Jeśli to miał być przedwczesny finał, to ja pas. Wydawało się przecież, że geograficzni sąsiedzi powinni się spotkać w niedzielę, ostatniego dnia mundialu. Tymczasem półfinałowa konfrontacja nie była widowiskiem, w którym głównymi aktorami są piłkarze odpowiedzialni za wbijanie goli. Obie drużyny sięgnęły po inną z niezliczonych futbolowych mądrości: przede wszystkim nie stracić bramki.

Czytaj także: Mundial jednak dla Europejczyków

Otworzył się wynik, ale nie było gry

I to się udawało przez więcej niż połowę czasu gry. Wreszcie gdy kilka minut po przerwie Samuel Umtiti „otworzył wynik”, wydawało się, że zacznie się sprawdzać kolejna prawda, iż wraz w wynikiem otworzy się też gra. Niby Belgowie chcieli co najmniej wyrównać. Przede wszystkim Eden Hazard próbował przebić się w pobliże bramki Llorisa, ale o jakiejś ogólnobelgijskiej szarży nie było mowy.

Tym razem trener Roberto Martinez, inaczej niż np. w meczu z Brazylią, nie przygotował żadnego taktycznego pomysłu, który by skutecznie zaskoczył Francuzów. W ten sposób Belgowie nie wyprowadzają się z hotelu w Sankt Petersburgu i czekają na sobotni finał pocieszenia, czyli grę o trzecie miejsce. Być może z Anglikami, czyli kolegami z tej samej grupy eliminacyjnej, a może z Chorwatami.

Czytaj także: Na boisku trzeba ruszyć głową

Trener Francji czeka na tytuł mistrzów świata

Może na wyrost spodziewałem się wielkich wyczynów. Być może trzeba było się rozsmakować w defensywnych popisach Raphaela Varane’a z jednej strony, a Vincenta Kopmpany’ego z drugiej. Być może trzeba było się nasycić tymi kilkoma sytuacjami, w których musieli się uwijać obaj, świetni w swoim fachu, bramkarze. Czuję jednak niedosyt. Oczekiwałem trochę więcej.

Tak czy owak niezależnie od moich oczekiwań dla takiego Didiera Deschampsa liczy się to, że po 20 latach od dnia, w którym został kapitanem mistrzów świata, może być trenerem najlepszej reprezentacji globu. Pozostał tylko jeden krok. W niedzielę w Moskwie.

We wtorkowy wieczór od najświetniejszych piłkarskich nazwisk aż roiło się na boisku. Wartość niektórych z tych nazwisk rośnie zresztą w trakcie mundialowych tygodni w sposób zawrotny. Na przykład wspomnianego Hazarda. Zaczyna się go łączyć z madryckim Realem, który jest w trakcie poszukiwania zastępstwa za Cristiano Ronaldo (oficjalnie odszedł do Juventusu).

Czytaj także: Pora wyciągnąć wnioski z polskiej hucpy wokół mundialu

Popisał się Kylian Mbappe

Lista znakomitości jest długa, ale jedna z nich wybija się coraz wyraźniej. To Kylian Mbappe. Nawet gdy obaj półfinaliści woleli nie stracić gola, niż go strzelić, on znalazł pole do kilku ofensywnych popisów. Podanie piętą do Oliviera Giroud na polu karnym to jedno z tych czarodziejskich dotknięć, które będzie się wspominać podczas długich jesiennych wieczorów. Jedna jest skaza na wizerunku tego niespełna 20-latka. Najpierw podczas ćwierćfinału z Urugwajem próbował trochę à la Neymar udawać koszmarnie sfaulowanego, a w półfinale mało inteligentnie przetrzymywał piłkę na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem. Zobaczył żółte kartki. Gdyby nie to, można by chyba mówić, że to pierwszy kandydat do miana największej gwiazdy mistrzostw.

Teraz z uczuciem lekkiego zawodu trzeba czekać na drugi półfinał: Chorwacja–Anglia. A potem już tylko finały.

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj