Ludzie i style

Turyści zadeptują kolejne raje

Nowe zasady na Boracay mają zagwarantować, że turyści nie zadepczą wyspy. Nowe zasady na Boracay mają zagwarantować, że turyści nie zadepczą wyspy. Charles Deluvio / Unsplash
Po półrocznej przerwie turyści wrócą na filipińską wyspę Boracay. Poprzedniej inwazji gości prawie nie przetrwała.

Malutka wyspa Boracay w zachodniej części Filipin to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych tego kraju. W Polsce znana jeszcze mniej niż tajskie Koh Samui czy Phuket, nie może równać się z Bali, ale w rankingach światowych magazynów turystycznych od dawna była wyróżniana najwyższymi laurami.

Nieczystości z hoteli – prosto do morza

Turyści, którzy lubią kierować się przeczytanymi tu i ówdzie rankingami „10 najlepszych plaż”, zaczęli się więc zjeżdżać na Boracay. Wyspa prawie tego nie przetrwała – w lutym 2018 r. prezydent dyktator Filipin nazwał ją „szambem” i nakazał półroczne zamknięcie na czyszczenie. Choć Duterte znany jest z barwnego i bezpośredniego języka, tym razem nie przesadzał – kanalizacja na wyspie była tak niewydajna, że większość hotelowych molochów wylewała nieczystości prosto do morza.

Przez pół roku wyspę posprzątano, rozbudowano infrastrukturę, a natura miała szansę się zregenerować. 26 października Boracay znowu przyjął turystów, choć ruch jest mocno ograniczony. Filipińską wyspę być może uda się uratować przed zadeptaniem, ale niekontrolowana massturystyka będzie niszczyć coraz więcej miejsc.

Nowa, zrównoważona turystyka na Boracay

Nowe zasady na Boracay mają zagwarantować, że turyści nie zadepczą wyspy. Dzienny limit gości to 19,2 tys. osób, wjazd na wyspę będę mieli tylko turyści z potwierdzonymi rezerwacjami hotelowymi. Linie lotnicze dobrowolnie zgodziły się oferować mniej lotów do położonych na sąsiedniej wyspie lotnisk Kalibo i Caticlan. Na samej wyspie palić będzie można tylko w wyznaczonych miejscach (aby nie zaśmiecać ulic niedopałkami), ograniczone ma być stosowanie plastiku i jednorazówek, a na najsłynniejszej plaży nie będzie wolno rozstawiać leżaków, parasoli, pić alkoholu czy nawet budować zamków z piasku.

Zakazane zostały też wielkie imprezy Laboracay, ściągające nawet po kilkadziesiąt tysięcy osób, oraz sporty wodne poza pływaniem.

Skutki uboczne popularności „Gry o tron”

Boracay wymaga troski specjalnej, bo to malutka wyspa. Ma 10 km kw., ledwo niecałe dwa razy tyle co krakowskie Stare Miasto, i do niedawna żadnej infrastruktury pod masową turystykę. Podobną historię ma wyspa Ko Phi Phi Leh w Tajlandii, znana z filmu „Niebiańska plaża” – w październiku rząd ogłosił jej bezterminowe zamknięcie dla turystyki, aby ratować i tak już niemal zadeptaną rafę koralową.

To właśnie w takich niewielkich miejscach problem „przeturystycznienia” (overtourism) jest największy. Tak samo jest w chorwackim Dubrowniku, rozsławionym jako King’s Landing z „Gry o tron”, gdzie przypływający statkami wycieczkowymi turyści dosłownie rozdeptują gotycko-romańskie stare miasto.

Wiodą prym turyści z Chin

Zresztą wycieczkowce to przekleństwo wielu miejsc, od greckich wysp po Lizbonę czy arktyczny archipelag Svalbard – nawet kilka tysięcy osób schodzi wtedy naraz z pokładu, wylegając na ulice często niewielkich miast. Nie wydają dużo, bo przecież mają posiłki, napoje i zakwaterowanie na statku, więc korzyści dla lokalnej społeczności są ograniczone, a utrudnienia – bardzo duże.

Massturystyka nie ma narodowości, ale przynajmniej w Azji prym wiodą w niej turyści z Chin. Nie chodzi tylko o ich liczebność, choć statystycznie jest ich najwięcej i coraz więcej, ale też o sposób podróżowania – niemal zawsze w dużej grupie, objazdowo i ze ściśle zorganizowanym programem. W Tajlandii o takich wycieczkach mówi się „zero dollar tours”, nawiązując do zerowego wpływu na tajską gospodarkę. Najczęściej te grupy przylatują należącymi do chińskich inwestorów liniami lotniczymi, są wożone chińskimi autobusami, śpią w hotelach należących do chińskich firm i robią zakupy pamiątek w specjalnych sklepach, które często również należą do Chińczyków.

Wielu turystów, mało przychodów

W Europie ten problem też obserwują zwłaszcza mniejsze, bardzo popularne miasta – dobrym przykładem są belgijskie Antwerpia i Brugia. Są na trasie większości wycieczek objazdowych po Starym Kontynencie, ale na ich zwiedzanie wystarczy parę godzin. Turyści – często z Chin – nie śpią więc tam, czasem nawet nie jedzą, tylko szybko robią zdjęcia zabytkom i uciekają do Brukseli, Amsterdamu czy Paryża. Małe miasta mają więc tłumy turystów, ale przychodów z nich mniej, niż można by oczekiwać.

Zobacz także: Historyczne miasta niszczone przez turystów

Obrońcy massturystyki twierdzą, że „zero dollar tours” to niedorzeczne określenie, bo ktoś na tym zawsze zarabia. Nawet jeśli duża część pieniędzy zostaje w Chinach lub innym kraju pochodzenia turystów, to choćby pracownicy sklepów czy hoteli są lokalni. Na samym Boracay z turystyki żyją prawie wszyscy; przyjeżdża tam też sporo migrantów zarobkowych z innych wysp. Półroczne zamknięcie wyspy było dla nich ciosem i odebrało często jedyne źródło zarobku.

Nowy dylemat: jak zadbać o przyszłość popularnych miejsc

Etycznie też massturystyka ma wady i zalety. Z jednej strony odpowiedzialność za środowisko naturalne sugerowałaby może i w ogóle jej zakazać, z drugiej – dlaczego mieszkańcy betonowych miast mają mieć zakaz wstępu na piękne plaże?

Dlatego zarządzanie kierunkami turystycznymi staje się coraz ważniejsze, a na branżowych imprezach nie dyskutuje się już o tym, jak ściągnąć turystów, tylko jak zadbać o przyszłość popularnych miejsc. Limity liczby turystów, wprowadzone na Boracay czy w Dubrowniku, to jedno z prostszych rozwiązań. Wiele krajów ogranicza stosowanie plastiku.

Choć turystyczne kraje starają się raczej liberalizować politykę wizową, aby ułatwić wjazd turystom zwłaszcza z zaprzyjaźnionych i bogatszych państw, to coraz więcej ekspertów zwraca uwagę, że to może nie być najlepszy pomysł. Że płatne wizy to też metoda na zarządzanie liczbą turystów, a równocześnie wpływy można przeznaczyć np. na projekty środowiskowe.

Czytaj także: Turystyka masowa. Plaga i frajda

Wkrótce raje będziemy zwiedzać tylko w internecie

Na razie brakuje jednak konsensu, jak i czy w ogóle należy ograniczyć massturystykę. Boracay i Koh Phi Phi Leh są wyjątkami, bo w krajach państw rozwijających się, w których turystyka ma duży udział w PKB, o zrównoważonym rozwoju myśli się rzadko. Świetnym przykładem jest Bali, które od lat boryka się z gigantycznymi korkami na wąskich drogach. Dawniej piękne plaże w Kucie czy Seminyaku są teraz pełne śmieci, nabrzeża są zabetonowane, a władze planują jeszcze zasypać dziewiczą zatokę, jedną z ostatnich na południu wyspy, i stworzyć tam sztuczną wyspę w całości dla turystów.

Jednak overtourism jest problemem globalnym i nie dotyczy tylko krajów rozwiniętych. Nie ma na razie pomysłu, jak rozmawiać o nim z krajami, którym politycznie często bliżej do Chin niż Europy. A trzeba, bo inaczej za 20 lat rajskie plaże będziemy mogli zwiedzać jedynie w wirtualnej rzeczywistości.

Czytaj także: Turystyka rozwija się fenomenalnie, ale zagraża światu

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama