Ludzie i style

Wolne Miasto Hawana. Kubańczycy żyją w podwójnej rzeczywistości

Przy nieuchronnym i coraz większym otwarciu na świat mieszkańcy stolicy Kuby mocno bronią swojej tożsamości i dziedzictwa rewolucji. Przy nieuchronnym i coraz większym otwarciu na świat mieszkańcy stolicy Kuby mocno bronią swojej tożsamości i dziedzictwa rewolucji. Unsplash
Dzisiejsza Kuba to państwo dwubiegunowe. Rozdarte między rewolucyjną propagandą i pragnieniem otwarcia na świat, między kolektywizmem i drobną przedsiębiorczością, między resztkami zimnej wojny i nieuchronną globalizacją.

Już sama podróż na wyspę obrazuje zmianę, jaką kraj braci Castro przeszedł w ostatnich latach. Wejście na pokład rejsowego samolotu do Hawany przypomina uczestnictwo w karawanie kupców każdego prawie rodzaju. Dotyczy to zwłaszcza rejsów z Panama City i Ciudad Mexico, stolic dwóch pobliskich krajów, które Kubańczykom nie robią specjalnych problemów wizowych i które dominują na tablicy przylotów lotniska w Hawanie. Wejście na pokład samolotu przypomina historie znane z tanich linii lotniczych kilka–kilkanaście lat temu. Ignorowanie przydzielonych miejsc, upychanie nadbagażu do toreb ze sklepów bezcłowych, chowanie najdrobniejszych przedmiotów do kieszeni, nakładanie na siebie kilku warstw ubrań. Kubańczycy przylatują na kontynent odwiedzić rodzinę, ale przede wszystkim zaopatrzyć się na handel na krajowym czarnym rynku.

Biżuteria w opakowaniu po gumie do żucia i inne znane patenty

Próbkę tej komercyjnej determinacji dostaję już po wejściu do samolotu. Z trudem przeciskam się do mojego fotela przy oknie – obok siedzi młoda dziewczyna, może nastolatka, która w pośpiechu zdejmuje z siebie naprawdę liczne złote bransoletki i kolczyki, chowając je, ku mojemu zdziwieniu, do pustego plastikowego opakowania po gumie do żucia. Jak później mi wytłumaczy, to środek zapobiegawczy przed nadgorliwymi celnikami w Hawanie. Złoto na sobie może wzbudzić podejrzliwość i doprowadzić do szczegółowej rewizji, a potem mandatu. Pudełko po pastylkach Orbit to podobno sprawdzony patent. Dużo mniej dyskretny jest starszy mężczyzna siedzący na skraju naszego rzędu. Jego bagażem podręcznym jest duża damska torebka w szafirowym kolorze. Plastikowa, polakierowana, sztuczna. Ponieważ nie ma zamka, mężczyźnie raz po raz wysypie się na kolana jej zawartość. Plastikowe kolczyki imitujące diamenty, kilka lakierów do paznokci w ostrych barwach, podrabiane analogowe i cyfrowe zegarki – wszystko krzykliwe, widoczne. Jego klientela to zdecydowanie kobiety – myślę. Przy wysiadaniu w Hawanie przekonuję się jednak, że nie każdy ze współpasażerów jest tak wyspecjalizowany. Dwie panie siedzące za mną niosą torby, w których mała elektronika – przenośne ładowarki, słuchawki, głośniki – miesza się z zabawkami, artykułami papierniczymi, nawet plastikowymi słomkami.

Czytaj także: Kubańczycy mają już swoją pierestrojkę. Odkrywają uroki kapitalizmu

Rytualny taniec z celnikami

Zaraz potem odbywa się taniec z celnikami. Intensywny, choć mocno udawany; widać, że niepotrzebny. Kubańscy pogranicznicy sprawiają wrażenie groźnych, a ich powagę wzmacnia historia represji i ograniczeń nałożonych przez reżim braci Castro. Dziś jednak są stanowczo zbyt leniwi, by dokładnie przeszukiwać pasażerów. Wracający z Meksyku Kubańczycy na zapas opisują wszystko jako prezenty od rodziny, ale celnicy machają tylko rękami, sprawdzając zgodność paszportów z formularzami celnymi.

Kuba już prawie bez rewolucyjnej spontaniczności

Kubańczycy, jak obywatele każdego innego kraju komunistycznego z pewną formą prywatnej gospodarki, żyją w podwójnej rzeczywistości. Z jednej strony obowiązujące ich prawo reguluje większość dziedzin życia, z drugiej – wszyscy prawie nauczyli się je obchodzić. Teoretycznie kraj pozostaje republiką ludową, gdzie rządzi zgromadzenie narodowe, a przewodnią rolę odgrywa partia, w praktyce jednak coraz więcej Kubańczyków, zwłaszcza młodych, zarabia na życie w sposób jak najbardziej kapitalistyczny. Wprawdzie od pierwszych kilometrów drogi z lotniska do centrum Hawany nieustannie pojawiają się murale przedstawiające Che Guevarę, Fidela, czasem też sowieckich komunistów, a nierzadko po prostu socjalistyczne slogany, ale dla wielu to już tylko duchy przeszłości. Kuba z roku na rok, z miesiąca na miesiąc głębiej wchodzi w międzynarodowy system ekonomiczny i proces ten powoli wygrywa z tzw. rewolucyjną spontanicznością – cechą Kubańczyków, którą Fidel uważał za źródło sukcesu rewolucji z 1959 r.

Obama i Trump zainteresowani Hawaną

Już krótki spacer po centrum Hawany świadomość tego rozdarcia pogłębia jeszcze bardziej. Z jednej strony widać nowoczesne inwestycje i hotele, z drugiej – dramatyczną wręcz biedę. W ostatnich latach najwięcej pieniędzy na wyspę przywozili Hiszpanie, stawiając wielopiętrowe, błyszczące od szkła hotele nawet w najbardziej ikonicznych miejscach, jak nadbrzeżna promenada El Malecón, czy poświęconą bohaterowi narodowemu aleję Paseo Jose Marti. Gdzieniegdzie pojawi się jeszcze kapitał niemiecki i francuski. Amerykanie póki co wchodzą na Kubę nieśmiało, choć mogą – dzięki normalizacji stosunków bilateralnych z czasów drugiej kadencji Baracka Obamy. Co ciekawe, nawet na Kubie swoje piętno odciska obecna administracja Białego Domu. Donald Trump rekoncyliację z Hawaną znacznie zwolnił, przez co ostatnie półtora roku przyniosło Kubie zyski dużo niższe od planowanych. Z drugiej strony sam mocno interesuje się wyspą jako biznesmen – przedstawiciele Trump Organisation mieli podobno spotkać się z Alejandro Castro, synem Raula, niedługo po wizycie Obamy w 2016 r. i omawiać potencjalne miejsca budowy hoteli.

Czasem strach jeździć taksówką

Szklane domy to tylko malutki kawałek centralnej części stolicy. Reszta, jak komentuje siedzący obok mnie w nadmorskiej kawiarni Brytyjczyk, „od Aleppo różni się tylko tym, że w Hawanie ruiny są kolorowe”. I rzeczywiście mniej więcej na co drugiej ulicy znajdziemy zawalone lub walące się budynki, pustostany zarzucone śmieciami, mieszkania z tymczasowymi dachami z blachy falistej w miejscu, gdzie kiedyś były kolejne piętra kamienic czy europejskie wykończenia. Znane z pocztówek kolorowe budynki z czasów kolonialnych popadają w ruinę. Niszczą je czas, woda morska, silny wiatr, wilgoć, ale też brak środków na renowację i materiałów budowlanych. Podobnie ma się sprawa ze słynnymi „krążownikami szos” – starymi fordami, chevroletami czy lincolnami, które wprawdzie są kolorowe i wygodne, ale w co drugim z nich nie domykają się drzwi lub coś po prostu nie działa. Na dodatek cała Kuba funkcjonuje dzięki ropie, przez co jazda taksówką cabrio może i ładnie wygląda na zdjęciach, ale grozi uduszeniem się, jeśli na światłach akurat staniemy obok, albo w najgorszym razie za, autobusem czy ciężarówką.

Czytaj także: W jakich okolicznościach Amerykanie opuścili Kubę

Gdzie nie dochodzi internet

Kiedyś Kubańczycy zbierali się w tzw. CDR-ach, jednostkach Komitetu Obrony Rewolucji, osiedlowych punktach aktywizacji ludu w imię celów wyznaczonych przez Che i Fidela. CDR-y nadal istnieją, ale przypominają o tym tylko liczne w całym mieście tabliczki. Ich rolę zastępują place, parki, ulice – słowem, każdy niezabudowany punkt. Powodem jest internet – od niedawna dostępny w miarę powszechnie, choć koncesjonowany przez władzę. To właśnie szerszy dostęp do sieci był jednym z głównych wymagań szefa amerykańskich negocjatorów Bena Rhodesa w czasie rozmów z Kubańczykami w latach 2013–15. Administracja Obamy liczyła, że przepływ informacji pobudzi w mieszkańcach wyspy chęć liberalizacji ich kraju. Raul i Alejandro Castro zrealizowali tę prośbę, ale na własny sposób. Aby połączyć się z internetem (poza największymi kompleksami hotelowymi), należy wykupić specjalną kartę dostępu, którą produkuje państwowy operator telefoniczny. Następnie na karcie tej trzeba zdrapać jednorazowy kod dający dostęp do sieci na określony czas – godzinę, dwie, pięć. Posiadacze kubańskich kart SIM mogą mieć stałe konta i je odnawiać, jednak to dość duży wydatek dla miejscowych. Godzina internetu kosztuje bowiem od 1 do nawet 5 tzw. CUC, czyli transferowego peso, praktycznie zrównanego kursem z dolarem. A dlaczego place i skwery? Tam po prostu jest zasięg.

Technologia 3G obecna jest na wyspie dopiero od grudnia 2018 r. Dotychczas zarezerwowana była dla państwowych urzędników i wybranych dziennikarzy. Teraz, pierwszy raz w historii, Kubańczycy mogą wreszcie kupić dostęp do internetu nie tylko w przeliczeniu na czas, ale i na dane. Paczka 600 MB kosztuje 7 CUC, choć sieć nadal nie dociera do większości domów i zamkniętych przestrzeni.

Fidela wciąż wielbią

Przy nieuchronnym i coraz większym otwarciu na świat mieszkańcy stolicy Kuby mocno bronią jednak swojej tożsamości i dziedzictwa rewolucji. Choć żyje im się ciężko, nie obwiniają twórców republiki ludowej, nawet w prywatnych rozmowach. Fidela wciąż wielbią – w czasie mojego pobytu dwójka studentów stołecznego uniwersytetu z pasją opowiadała mi, jak w latach 90. Fidel analizował w państwowej telewizji mecze bokserskie. Z siłami globalizacji też walczą na swój sposób. Wiozący mnie na lotnisko w drodze powrotnej taksówkarz miał na tylnej szybie przyklejone logo koncernu Apple, wypełnione zamiast białym kolorem barwami narodowymi. Jeszcze długo stolica Kuby będzie na swój sposób niezależna.

Czytaj także: Miguel Díaz-Canel – następca Raula Castro

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama