Rzeczywiście – nie obejrzeliśmy na Stadionie Narodowym gry zapierającej dech w piersiach. Ani Jagiellonia z Białegostoku, ani Lechia z Gdańska nie pokazały niczego, co dawałoby nadzieję na to, że w europejskich pucharowych eliminacjach przestaniemy odgrywać rolę szaraczków przeganianych z rozgrywek natychmiast po ich starcie.
Czytaj także: Dlaczego źle się dzieje w polskiej piłce
Jagiellonia – Lechia 0:1
Jagiellonia przegrała 0:1 z Lechią po golu rezerwowego Artura Sobiecha w doliczonym czasie gry. Chwilę wcześniej inny piłkarz z Gdańska Flavio Paixao wpakował piłkę do siatki, zdążył się już nacieszyć, gdy VAR spowodował anulowanie bramki. Gdyby jednak ostateczny wynik był odwrotny, nikt nie mógłby mówić o niesprawiedliwości losu.
Być może pecha mieli piłkarze biegający po słabej trawie Narodowego. Kibice mieli bowiem przed oczyma dwa półfinałowe mecze Ligi Mistrzów rozegrane we wtorek i środę. Trudno było uciec od druzgocących porównań z Barceloną, Liverpoolem, Ajaxem czy Tottenhamem. Niby wszystko wiemy, ale takie zestawienie sprawia przygnębiające wrażenie. Czy może być inaczej, jeżeli w polskiej lidze gwiazdami są trzecioligowcy z Hiszpanii?
Czytaj także: Trenerski stres
Kibole wciąż górą
Od kilku dni docierały informacje o tym, że wszystkie bilety zostały sprzedane. Tymczasem oglądaliśmy sporo wolnych krzesełek w kilku sektorach. Okazało się, że kibice z Lechii mieli trudności z przejściem kontroli przy bramkach wejściowych.