Moje miasto

15 najbrzydszych rzeczy w Polsce

Polska brzydota Polska brzydota Igor Stawiarski / Flickr CC by SA
Subiektywny ranking koszmarów estetycznych.

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE w lipcu 2010 r.

Przywiędłą urodę niektórzy ratują zabiegami plastycznymi. I twarz naturalna zamienia się w twarz groteskową, sztuczną, piękną inaczej. Podobną metamorfozę przeszły w ostatnich dwóch dekadach polskie miasta i wsie. Brzydota PRL była bezpretensjonalna. Odrapane tynki, brudne i krzywe chodniki, prymitywna architektura, zadeptane trawniki, bure ubrania, smętne sklepowe wystawy, nieestetyczne meble z meblościanką na czele. Fakt, było paskudnie, ale też nikt nie próbował udawać, że jest inaczej. Część z tego szkaradztwa przetrwała do dziś, głównie w budownictwie, którego nie da się, ot tak, pozamiatać pod dywan. Ciągle straszą pseudomodernistyczne klocki wciśnięte w zabytkową zabudowę rozlicznych starówek, domki jednorodzinne na planie czworoboku foremnego (po II wojnie światowej postawiono ich w kraju około 1,3 mln), rzędy betonowych osiedlowych garaży czy dacze w stylu góralskim rozsiane po całej Polsce.

Wiele się jednak zmieniło. Często rzeczywiście na lepsze. Każdy przyzna, że nasze miasta i miasteczka, nasze mieszkania i biura, a w końcu i my sami wyglądamy teraz ładniej i schludniej niż 20, 30 lat temu. Równie często jednak są to tylko pozorne zmiany na lepsze. Szarobure garsonki z PDT zastąpiły białe kozaczki, haftowane dżinsy czy kolorowe bluzeczki z chińskiego importu, bijące z dala po oczach cekinowymi napisami Versace lub Dolce&Gabbana. Zadeptane trawniki zamieniły się w trawniki wprawdzie bujnie rosnące (odżywki!), ale całe zasłane psimi kupami, co widać dopiero z bliska. Pustawe witryny sklepowe zastąpiły witryny do bólu przeładowane, popękane płyty chodnikowe i asfaltowe połacie – kostka Bauma, meble na wysoki połysk – stoły i szafki udające, że są zrobione wyłącznie z naturalnych drewnianych desek, a skromne neony – zastąpione zostały przez potężne billboardy.

Czasami napotkać można jeszcze tu i ówdzie ów tradycyjny, stary, swojski brud, bałagan, smród. Ale brzydota nowej generacji pokrywa tę starą jak warstwa świeżej farby, z każdym rokiem coraz dokładniej. Albowiem współczesna polska brzydota zmieniła kostium ze zgrzebnego lokalnego na barwny, pseudoeuropejski. Ze szpetoty naturalnej na kicz i karykaturę piękna. Pozoruje bogactwo, piękno, nowoczesność, bliskość wielkiego świata. Jest groźniejsza, bo nienaturalna, bo udaje coś, czym nie jest, i w ten sposób osłabia naszą czujność. A ci, którzy ją produkują, są święcie przekonani, iż robią sobie i innym ładnie. Nawet wandalizm jest bardziej postępowy; w miejsce powybijanych szyb na klatkach schodowych pojawiły się robione sprayem napisy, a śmieci, niegdyś bezładnie rozsypane, polegują w zawiązanych plastikowych workach.

Listy nie było łatwo ułożyć, ale „parszywa piętnastka” (kolejność zależy od siły rażenia naszych oczu) wyglądałaby tak:

1. Worki ze śmieciami

Zazwyczaj czarne lub niebieskie. O pojemności od 35 do 240 l. Natknąć się na nie można absolutnie wszędzie: w przydrożnych rowach, w lasach i ogrodach, na skrajach pól i osiedli, nawet w jeziorach. I pomyśleć, że u zarania służyć miały higienizacji i uporządkowaniu wywozu odpadków. Dziś stały się symbolem Polski totalnie zaśmieconej. Rozpełzły się po całej krainie. Brakuje dla nich miejsca na 700 oficjalnych składowiskach śmieci (plus 70 tys. wysypisk nielegalnych), bo u nas składuje się ponad 90 proc. śmieci, podczas gdy w Unii Europejskiej zaledwie 48 proc. (w niektórych krajach poniżej 30 proc.). Tam już dawno przekonano się, że śmieci warto spalać lub poddawać recyklingowi i kompostowaniu. Ale Francja ma 128 spalarni śmieci, a Polska – jedną. W Danii spala się 54 proc. śmieci, u nas – niemal nic. Podobnie z recyklingiem. U nas podlega mu 5 proc. odpadów, w Norwegii – 80 proc. Dlatego na wszechobecne worki na razie jesteśmy skazani.

Ale pojawia się światełko czystości w tym tunelu śmieci. To rewolucyjny, jak na nasze warunki, projekt nowej ustawy, na mocy której właścicielami śmieci staną się gminy. Pobierać będą od swoich mieszkańców stały nowy, niewielki podatek i za uzyskane w ten sposób pieniądze same będą dbały o zagospodarowanie odpadków. Ich podrzucanie do lasu czy przydrożnego rowu nie będzie miało sensu. Na razie ów system wprowadzono eksperymentalnie w kilku gminach i rezultaty są – jak na polskie standardy – zaskakujące. W Pszczynie ilość segregowanych odpadów wzrosła 30-krotnie, a ilość odbieranych śmieci – o jedną trzecią (to właśnie ta jedna trzecia lądowała dotychczas na nielegalnych wysypiskach). Nie mówiąc o tym, że wokół zrobiło się czyściej.

2. Nieporządek urbanistyczny

Pejzaż polskich miast i wsi jest wypadkową łączenia wszystkiego ze wszystkim. Być może sprawdza się to w modzie, jednak w urbanistyce – zdecydowanie nie. Nie mamy ładu, kompozycji, harmonii, dobrego smaku, mamy kociokwik form, kolorów, ozdób, stylów. – Panoszą się nowe budynki, stawiane przez nieliczących się z niczym deweloperów. To architektura agresywna, przeskalowana i kompletnie ignorująca otoczenie – tłumaczył POLITYCE redaktor naczelny miesięcznika „Urbanista” Janusz Korzeń. Plany przestrzennego zagospodarowania (często i tak nazbyt liberalne wobec inwestorów), obejmujące zaledwie 15 proc. powierzchni naszych miast, jedynie ów chaos pogłębiają. Nieprędko wydobędziemy się z tego estetycznego bagna.

3. Bazgroły

Niesłusznie nazywane graffiti. Mowa bowiem nie o malunkach z ambicjami, ale o wykonanych naprędce i w każdym możliwym miejscu napisach i bohomazach. Kilka lat temu podobne praktyki postanowiła radykalnie zwalczyć Tuluza we Francji. Zatrudniono 50 pracowników, którzy przez pierwszy tylko rok pracy zamalowali 125 tys. m kw. naściennych bazgrołów. I u nas od czasu do czasu poszczególne miasta podejmują podobne akcje. W Krakowie w 2007 r. udało się zamalować 2 tys. napisów, podobnie w Łodzi. Ale hydrze ciągle odrastają głowy, pseudograffiti straszą już nawet z murów kościołów czy urzędów.

Internauta krzys22 spisał na swym blogu 863 napisy, które pojawiały się na murach. Niestety, dowcipne i inteligentne, typu „Dopadnie was ta Ameryka”, należą do zdecydowanej mniejszości. Gdyby serio potraktować uliczne wpisy, to okazałoby się, że wszyscy bez wyjątku polscy piłkarze i policjanci są homoseksualistami narodowości żydowskiej. Te genealogiczno-seksualne odkrycia najbardziej widoczne są w miastach, w których działają skonfliktowane kluby piłkarskie, jak Warszawa (Legia, Polonia), Łódź (ŁKS, Widzew), Kraków (Wisła, Cracovia). Tam nawet dziesięć ekip z Tuluzy nic by nie wskórało.

4. Reklamy

Billboardy i frontlighty, backlighty i citylighty, scrolle i banery. Mamy już w Polsce ponad 100 tys. tzw. zewnętrznych nośników reklamy oraz miliony prywatnych, mniejszych lub większych, tablic reklamowych i informacyjnych, szyldów. Wszystkie one szczelnie zalepiły polskie miasta na poziomie parteru. I stale przybywają nowe, szczególnie te największe. Ilość tablic reklamowych o powierzchni 48 m kw. zwiększyła się w ostatnich pięciu latach o 300 proc., a tych o powierzchni 34 m kw. nawet o 400 proc.

W walce z tą kolorową mozaiką jest pierwszy sukces – nowe rozporządzenie ministra infrastruktury, które powinno zasadniczo ograniczyć ilość wielkich płacht reklamowych zasłaniających szczelnie całe elewacje wielkich budynków. To ciągle jednak bardzo mało w porównaniu z restrykcjami przestrzennymi obowiązującymi w innych krajach. We Francji obowiązuje zakaz stawiania reklam poza terenem zabudowanym, na terenach zielonych i budynkach historycznych, a gdzie indziej – także niełatwo o zgodę. Zresztą może u nas walczyć nie warto? W niedawnych badaniach przeprowadzonych przez GfK Polonia aż 40 proc. rodaków uznało, że dzięki wielkoformatowym reklamom miasto jest piękniejsze (!), zaś aż 83 proc. reklamy na budynkach nie denerwują.

W 2007 r. austriacki artysta Gregor Graf zrealizował ciekawy projekt: za pomocą programu komputerowego oczyścił zdjęcia przedstawiające centrum Warszawy z wszelkich reklam i tablic. Stolica od razu wyładniała!

5. Kolejowisko

Przed dwoma laty „Gazeta Wyborcza” opublikowała ranking 23 największych polskich dworców kolejowych, a do zdobycia było maksymalnie 100 punktów. Otóż zwycięzca (Białystok) uciułał ich zaledwie 71, a najsłabszy w konkurencji – tylko 30 (Warszawa Wschodnia). I nic dziwnego, bo większość miejsc służących w Polsce do wsiadania i wysiadania z pociągów to prawdziwe kurioza. W dodatku brudne.

Ale to nie tylko problem dworców, lecz całego majątku, którym dysponuje PKP. A jest gigantyczny: 106 tys. hektarów, 2,7 tys. budynków dworcowych, z czego blisko tysiąc nadal czynnych, torowiska, bocznice, nastawnie itd. To jakby estetyczne państwo w państwie, gotowa scenografia do filmu katastroficznego. Kwintesencja polskiego syfu: odrapane tynki, powybijane okna, walące się rudery, śmieci, brud, bałagan, pomazane sprayem pociągi. Fakt, obszary należące do PKP także w PRL nie były oazami piękna, estetyki i czystości. Ale to ich zapuszczenie znikało w ogólnym zapuszczeniu całego kraju. Dziś kolejowe liszaje są szczególnie widoczne na tle piękniejącego otoczenia: willowych ogródków z ładnie przystrzyżoną trawą wzdłuż torów czy jaśniejących wieżowców w najbliższym sąsiedztwie dworców.

Jakiś czas temu owe paskudztwo podzielono między różnych dysponentów. Za ład na 83 największych stacjach odpowiada PKP Oddział Dworce Kolejowe, za pozostałe 900 stacji – Oddziały Gospodarowania Nieruchomościami, za perony, tory kolejowe i ich najbliższe sąsiedztwo – PKP Polskie Linie Kolejowe, za wagony towarowe i bocznice kolejowe – PKP Cargo, a za wagony pasażerskie – PKP Intercity itd. Zmieniło się niewiele, ale przynajmniej rozłożyła się odpowiedzialność.

6. Psie kupy

Kolejny stały element krajobrazu. Na wsi psie odchody giną jakoś w wysokich trawach i lasach, tudzież stapiają się z tłem zapaskudzonych podwórek. W miastach jednak od widoku kup trudno uciec. Według różnych szacunków mamy w Polsce od 6 do 10 nawet milionów psów.

Wprawdzie różne miasta podejmują ambitne akcje, które mają przekonać obywateli do korzystania z łopatek i plastikowych woreczków (często rozdawanych bezpłatnie), ale jak na razie z marnymi rezultatami. Widok pani sprzątającej po swoim jamniku budzi raczej zdziwienie, zaś widok potężnego owczarka pozostawiającego po sobie wielką śmierdzącą górę na środku chodnika – co najwyżej grymas obrzydzenia.

Na szczęście w obsranych (proszę wybaczyć słownictwo, ale tak to właśnie wygląda) polskich miastach powoli budzi się także ruch obywatelskiej niezgody. A wszyscy zbulwersowani jednoczą się np. wokół takich internetowych stron jak: polska.blogspot.com. Jej twórca zadał fundamentalne pytanie „dlaczego żyję w kloace?”, a w ślad za nim wytyka i tępi. Wezwał do nowego „sprzysiężenia rodaków” w tej sprawie, a nawet ogłosił własny, niezwykle emocjonalny program prewencyjny, składający się z pięciu etapów. Zacytujmy tylko początek etapu pierwszego: „Gdy widzisz skurwysyna srającego pieskiem w miejscu publicznym, zwróć mu grzecznie uwagę”.

7. Grodzenia

Pięć lat temu doliczono się w Warszawie około 200, mniejszych lub większych, ogrodzonych osiedli. Dziś już jest 400. W innych miastach mniej, ale też sporo. Skala separowania bloków mieszkalnych od otoczenia murami, płotami, siatkami sytuuje nas w światowej czołówce, obok USA, Rosji i niektórych krajów Ameryki Południowej (w UE nie mamy sobie równych). Przykładem najchętniej podawanym jest stołeczna Marina Mokotów, gdzie w środku miasta odgrodzono 32 ha, a w ramach osiedla poodgradzano także poszczególne domy! Można więc powiedzieć, że ludzie żyją tam bezpiecznie za podwójnymi zasiekami. Bo właśnie bezpieczeństwo, obok prestiżu, to najczęściej podawane przez samych mieszkańców argumenty „za”. I można sądzić, że proces będzie postępował, albowiem aż 75 proc. Polaków deklaruje, że odpowiada im taka forma organizacji najbliższego terenu.

O ile miejskie grodzenia, choć są czymś nienaturalnym, w większości utrzymują standardy estetyczne (metalowe i drewniane płoty, rzadziej żywopłoty, które wymagają czasu i pielęgnacji), o tyle rodzima prowincja masowo uległa czarowi ogrodzeń betonowych. A właściwie czarowi ceny (ok. 50 zł za metr bieżący wraz z ustawieniem), znacznie niższej od ogrodzeń murowano-stalowych (350 zł), murowano-drewnianych (250 zł), a nawet zwykłej siatki (ok. 70 zł). W ten sposób wyjątkowo ohydne betonowe panele z tandetnymi tłoczeniami, ozdobami, tralkami, niegdyś spotykane co najwyżej wokół cmentarzy, dzielą dziś Polskę wzdłuż i wszerz na małe prywatne działki. Udając solidne mury stanowią odrobinę luksusu dla ubogich.

8. Bazary i targowiska

Brazylijskie fawele to przy polskich bazarach i targowiskach szczyt urbanistycznego porządku i harmonii. Nasi handlarze wykazują się niezwykłą inwencją w rozwiązaniach architektonicznych, w których blacha falista wspaniale współgra z nieotynkowanymi pustakami, nieheblowanymi deskami i wieloma innymi, zaskakującymi niekiedy, materiałami budowlanymi. Na targowiskach można prześledzić całą historię drobnego polskiego handlu ostatnich dwóch dekad, od odwróconych skrzynek, przez łóżka polowe, następnie tzw. szczęki, wycofane z użytku przyczepy campingowe po ciasne, ale własne budki stacjonarne. W połowie lat 90. z bazarowego handlu żyło w Polsce około 150 tys. osób. Dziś ubyło handlujących, podobnie jak i samych bazarów. Nie ma już także jednego z największych i na pewno najbrzydszego targowiska na naszym kontynencie – Jarmarku Europa. Ale dziesiątki targowisk w mniejszych miastach nadal skutecznie szpecą krajobraz.

Pewien spostrzegawczy internauta umieścił na swym blogu trzy zdjęcia tego samego placu, kolejno w latach 1894, 1979 i 2010. Na pierwszym kłębi się w błocie bazarowy tłum. Na drugim zadbany, duży pawilon domu handlowego Społem z wielkim pustym trawnikiem na placu. I zdjęcie ostatnie właściwie nie odbiega w niczym od tego z XIX w. Ten sam chaos, brud, błoto i tłum, tyle że furmanki zastąpione zostały starymi samochodami dostawczymi.

9. Wielkopłytowe elewacje

Ostatnie dziesięć lat to czas intensywnego docieplania blokowisk z tzw. wielkiej płyty. A wraz z docieplaniem – kładzenia nowych elewacji tynkowych. I tu dopiero otwiera się pole do popisu dla niewyżytych artystycznie prezesów spółdzielni mieszkaniowych. Jak kraj długi i szeroki mamy więc wielkie pastelowe falowanie walczące o prymat z wielką pastelową abstrakcją geometryczną. Romby rywalizują ze smugami, trójkąty z łagodnymi krzywiznami. Na wieżowcach krakowskiego Prokocimia niezgodnie, ale obficie sąsiadują ze sobą zieleń, błękit, czerwień i żółć. Na Zaspie w Gdańsku domy pomalowano w choinki, a na osiedlu Huby we Wrocławiu – w czerwone daszki z kominami. Podobnych przykładów są setki. Czy wiemy, kto jest winien tej paranoicznej modzie? Być może stołeczny Hotel Sobieski, który chyba jako pierwszy połączył barwy i wzory, wcześniej z elewacją raczej nam się niekojarzące. I do dziś na stronie internetowej hotelu przeczytać można, że jest to „dzieło znanego malarza Hansa Piccottiniego” (znanego z czego i komu?), a także „elegancka wizytówka dzielnicy Ochota”.

10. Neogargamele

W odróżnieniu od wielu innych obecnych na tej liście szpetot, tej nie da się posprzątać, zmienić, oczyścić. Będzie nas prześladować przez dziesięciolecia. Dawniej tzw. gargamele to były wille, zazwyczaj zamożnych Romów, z charakterystycznymi gotyckimi akcentami, głównie wieżyczkami. Dziś raczej wypada mówić o gargamelizmie wielostylowym. Na przykład w nowych domach wielorodzinnych popularny jest pseudobarok, z charakterystycznymi attykami wieńczącymi frontową ścianę i z półkolistymi balkonami. Z kolei podmiejskie restauracje, motele, hotele i tzw. domy weselne masowo zainfekowała mieszanka orientalizmu w wydaniu quasi-arabskim z pałacami w stylu serialu „Dynastia”, a jednym z piękniejszych tego przykładów jest Windsor Palace Hotel w Jachrance pod Warszawą.

Do tej kategorii wypada jeszcze dorzucić przeróżne nowo powstające Starówki (wzorcowa porażka to Koszalin) i atrapy pałaców oraz zamków z planowanym zamkiem na Wzgórzu Przemysła w Poznaniu na czele. Dech w piersi zapiera pałac w Leżachowie (6 tys. m kw.), łączący wszelkie możliwe historyczne style i – chyba największy historyzujący potworek – sieć sklepów Fashion House. Z kolei nurt nowoczesnego gargamelizmu reprezentują takie obiekty jak warszawskie Złote Tarasy, nowa siedziba władz TVP czy krakowskiej opery.

11. Domy z katalogów

Czyli tzw. gotowe projekty, które tysiącami zalegają w katalogach i Internecie, i które można kupić za 1,5–3 tys. zł. Architekci, by je sprzedać, na potęgę podlizują się przeciętnym gustom, kupujący chętnie (ok. 80 proc domów jednorodzinnych budowanych jest według tych projektów) wybierają, bo tanio i swojsko. Ale czy dobrze i elegancko? Bardzo rzadko. Anna Kamińska, redaktor naczelna miesięcznika „Murator”, trafnie nazwała te domy „całuśnymi”. Czyli mieszanka dworków, pałacyków i wiejskich chat, w których wszystkiego jest za dużo, dach musi być stromy i brązowy, a przed wejściem koniecznie witać muszą kolumienki. Podobne, nieprawdopodobnie zagęszczone na standardowych 600–800-metrowych działkach, bardziej wyglądają jak sen pijanego urbanisty aniżeli pejzaż podmiejskiego dostatku. Architekt Robert Konieczny, twórca wielu przepięknych i nagradzanych w świecie projektów domów indywidualnych, wylicza: „Brak skromności, prostoty, fikuśne formy, niepotrzebne udziwnienia, bardzo często brak spójnej całości – to wszystko powoduje narastanie chaosu architektonicznego w naszym kraju. Jednym słowem projekty katalogowe nie podnoszą poprzeczki estetycznej w Polsce, a raczej ją obniżają”.

12. Siding

Fachowo – oblicówka winylowa, czyli rodzaj elewacji. W połowie lat 90. XX w. stał się odkryciem polskiego budownictwa. Tani, łatwy w montażu, symbolizujący nowoczesność. „Zaletą sidingu jest estetyczny wygląd. Domy od razu stają się piękniejsze” – pisano w 1999 r. w najbardziej opiniotwórczej polskiej gazecie. Nic dziwnego, że okładano nim zarówno nowo stawiane domy (głównie jednorodzinne), jak i te stare. Z upływem lat zachwyt sidingiem osłabł. Zaczęto dostrzegać jego wady, to, że nie przepuszcza powietrza, przyciąga kurz, a pod wpływem ciepła wypacza się i traci pierwotne kolory. Nad estetycznymi szkodami, które uczynił, boleje Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego, który regularnie objeżdża całą białostocczyznę: „Zachowały się tu jeszcze piękne miejsca nietknięte sidingiem, jak choćby wieś Soce. Ale znacznie więcej jest tych, w których go pełno, a są i takie, w których trudno dojrzeć dom sidingiem nieobity. Najgorsze, że często »upiększa się« i odnawia w ten sposób przepiękne stare, nierzadko stuletnie drewniane chałupy, które nie tylko tracą cały swój urok, ale i błyskawicznie degradują się technologicznie”.

13. Dzikie parkingi

Wszystkie osiedla mieszkaniowe powstające w Polsce przez 40 powojennych lat (o przedwojennych nawet nie wspominając) projektowane były z myślą, że samochód jest luksusem, a nie dobrem powszechnym. W efekcie wszędzie tam trwa dziś bezwzględna wojna zarządców terenów z kierowcami i kierowców między sobą o każdy wolny skrawek do zaparkowania. W tej batalii bezwzględnie anektowane są chodniki, trawniki, podjazdy, a za broń służą masowo wmurowywane słupki (skuteczne), tablice z zakazami (nieskuteczne), spryt, przebiegłość, bezczelność. Główna zasada: kto pierwszy, ten lepszy.

Indagowane na tę okoliczność władze różnych miast, zgodnie jak mantrę powtarzają tezę o „konieczności ograniczenia ruchu i przekonanie do podróżowania środkami komunikacji miejskiej”. Problem w tym, że ta gorsząca praktyka zajeżdżania wszystkiego samochodami ma miejsce przede wszystkim na osiedlach mieszkaniowych. Z większości ścisłych centrów miast samochody udało się już wyrugować, a uliczki zamienić w deptaki. Na obrzeżach jest na odwrót: deptaki zamieniono w uliczki.

14. Kostka Bauma

Kolejny betonowy wrzód na krajobrazie Polski. Nazwę wzięła od pierwszej produkującej ją od 1989 r. warszawskiej firmy Bauma. Dlatego w innych regionach kraju znana często pod innymi odproducenckimi nazwami, jak np. Polbruk. Początki, podobnie jak w przypadku sidingu, były obiecujące. Po szarych, popękanych i brudnych chodnikowych płytach był to w krajobrazie miast i miasteczek świeży powiew koloru, estetyki, czystości. Szybko jednak zefirek zamienił się w huragan, który zaczął zwiewać wszystko, co stało mu na drodze: historyczny granitowy bruk, trawniki, krzewy i drzewa, asfalt, żwirowe ścieżki, klomby, ścieżki rowerowe itd. Albowiem sama kostka Bauma porażką estetyczną jeszcze nie jest, tragedią jest niespotykana skala jej stosowania, także w miejscach, w których nigdy znaleźć się nie powinna, np. w najbliższym sąsiedztwie zabytków. Ktoś skwapliwie obliczył, że tylko w 2005 r. i w jednej tylko Warszawie ułożono ją na powierzchni 70 tys. m kw. Dziś Betonowa Kostka to nazwa nagrody przyznawanej w Katowicach przez Stowarzyszenie Moje Miasto za najbardziej szpecące nowe inwestycje, budowle i działania w przestrzeni publicznej – symbol złego gustu.

15. Dekory

Na pewno nie jesteśmy krajem, w którym mógłby powstać lub choćby upowszechnić się minimalizm. W słabości do dekorowania wprawdzie ustępujemy Rosjanom, Afrykańczykom czy nacjom arabskim, ale w Europie należymy z pewnością do czołówki. Kiedyś dekorowaliśmy kryształami meblościanki, a willowe elewacje – potłuczonymi talerzami. Dziś ozdabiamy, co tylko się da. Mieszkania – styropianowymi imitacjami rzeźbionych gzymsów, ubrania – świecidełkami, łańcuszkami, cekinami, domy – tralkami, wykuszami, kolumienkami. Z Ameryki przejęliśmy idiotyczny obyczaj obwieszania lampkami na święta całych domów i ogrodów. Nie przyjęły się specjalnie ogrodowe krasnale, ale plastikowe boćki lub koty często zdobią nasze dachy. Kiczowatym upiększaniem potrafimy zepsuć każdą przestrzeń prywatną i publiczną, a smutne standardy często wyznacza w tej kwestii – żal przyznać – polski Kościół, ze świątynią w Licheniu na niechlubnym czele.

Po jednej stronie mamy więc potwora-szpetotę o, co najmniej, piętnastu opisanych powyżej i stale odrastających łbach. Karmiącego się naszą ignorancją, arogancją, biedą i wielopokoleniowymi nawykami. Monstrum, którego nie pokonają małe grupki niepoprawnych ekologów, estetów, miłośników ładu. Nie ubiją bestii przepisy, zakazy, prawne regulacje, wprawdzie coraz lepsze, ale nadal niedoskonałe (np. dramatyczny brak planów przestrzennego zagospodarowania w gminach).

Kto może w naszym kraju podjąć skuteczną walkę z wielogłowym maszkaronem? Oczywiście pospolite ruszenie narodu zmęczonego brzydotą wokół siebie. Może kiedyś do tego dojrzejemy. A dziś? Przede wszystkim lokalne samorządy. To one mają prawo ustalać na swoich terenach standardy estetyczne, prowadzić walkę ze śmieciami i brudem, ze złymi nawykami. Nic nie poradzą na państwo w państwie, czyli PKP, ale praktycznie wszystkie pozostałe łby brzydoty mogą skutecznie chlastać mieczem swoich działań, decyzji, ustalanych standardów. Niestety, w większości samorządów panuje powszechne przekonanie, że w sumie nie jest tak źle. A jest.

Więcej na ten temat


Partnerzy Moje Miasto

Kraków Szczecin Warszawa Sopot
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama