Moje miasto

Kompleks ubrdany

Na czym polega zjawisko „bydgoskiej rezygnacji”?

Nowoczesna marina na Wyspie Młyńskiej - zdobywca Nagrody Architektonicznej POLITYKI za 2012 r. Nowoczesna marina na Wyspie Młyńskiej - zdobywca Nagrody Architektonicznej POLITYKI za 2012 r. Marcin Czechowicz / Architektura-Murator
Bydgoszcz to największe polskie miasto z niczym się niekojarzące. Niesłusznie, bo ma olbrzymi potencjał, który ciągle jednak przegrywa z tajemniczym zjawiskiem zwanym „bydgoską rezygnacją”.
Od 2006 r. siedzibą opery Nova jest nowoczesny gmach położony w zakolu Brdy.Marek Cheminiak Od 2006 r. siedzibą opery Nova jest nowoczesny gmach położony w zakolu Brdy.
Z przemysłowej świetności miasta niewiele zostało. Jednak Pesa produkuje tabor kolejowy i tramwaje dla wielu krajów.Łukasz Nowaczyk/Agencja Gazeta Z przemysłowej świetności miasta niewiele zostało. Jednak Pesa produkuje tabor kolejowy i tramwaje dla wielu krajów.

Poniższy tekst ukazał się w cyklu „Portrety Miast” w POLITYCE w 2014 r.

Radosław Sikorski zameldował 12 lutego 2014 r. na Twitterze: „rząd dotrzymuje słowa”, informując, że jest w końcu decyzja o finansowaniu drogi ekspresowej S5 z Nowych Marz przez Bydgoszcz do Gniezna. Licząca 360 tys. mieszkańców metropolia, ósme pod względem wielkości miasto, położone niemal w środku Polski, doczeka się w końcu porządnego połączenia z resztą kraju. – Zaczęliśmy już nawet mówić „S5 albo śmierć” – opowiada Rafał Bruski, prezydent Bydgoszczy, ujawniając jednocześnie największą bolączkę miasta – że zupełnie go nie widać z Warszawy.

Dwa żywioły

Do związków z Bydgoszczą przyznają się co prawda Radosław Sikorski, Janusz Zemke czy Jan Rulewski, ale miasto nie ma swojego warszawskiego lobby. Roman Jasiakiewicz, przewodniczący Rady Miasta, przez kilka lat także prezydent, wyliczył, ile ta słabość kosztuje Bydgoszcz. Toruń uzyskał 9120 zł na mieszkańca z kasy UE, Bydgoszcz tylko 5290 zł. Jeśli różnicę przemnożyć przez liczbę mieszkańców – dowodzi Jasiakiewicz – wyjdzie „strata” ok. 1,5 mld zł. Tyle co roczny budżet miasta.

Tacy już jesteśmy. Źle się czujemy we współczesnym świecie, w którym rządzi PR i wizerunkowa promocja – tłumaczy. – Ciągle wierzymy, że więcej znaczy solidna praca, sumienność, rzetelność. Te tradycyjne, mieszczańskie cnoty miały w Bydgoszczy przetrwać mimo kolejnych historycznych przeciągów, które wymiatały stąd miejscowych, otwierając je na fale nowych przybyszów. Bo Bydgoszcz przez wieki była miastem przygranicznym, gdzie mieszały i ścierały się żywioły polski i niemiecki.

Realizację zaprojektowanego przez królewskich projektantów kanału Brda–Noteć przerwał I rozbiór Polski w 1772 r.; budowę z większym rozmachem podjęli już Prusacy. Kanał Bydgoski połączył Wisłę z Odrą poprzez ich dopływy, powstała droga wodna łącząca m.in. różne obszary Królestwa Prus powiększonego terytorialnie po rozbiorach Polski. Bydgoszcz rozwijała się dzięki handlowi towarami przewożonymi wodą.

Do Rzeczpospolitej Bromberg, czyli Bydgoszcz, wróciła dopiero w 1920 r. (stała się największym polskim miastem powiatowym z tramwajami) i z trudem odbudowywano tu polską administrację, bo brakowało urzędników władających polszczyzną. Każda dziejowa zawierucha łączyła się z wymazywaniem złej i odzyskiwaniem poprawnej politycznie pamięci, co siłą rzeczy prowadzić musi do tożsamości niestabilnej, niepewnej siebie.

Wygumkowaną ze społecznej świadomości pamięć o kulturach – niemieckiej, żydowskiej, polskiej – tworzących historię miasta, zastępuje resentyment za czasami, kiedy Bydgoszcz była wielka. A szczyt wielkości osiągnęła w latach 70. XX w., mając wtedy 390 tys. mieszkańców ciągnących do fabryk PRL: fabryki domów, zakładów mięsnych, Telfy, Rometu, Zachemu, Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Tak powstała Bydgoszcz przemysłowa, robotnicza, miejsce pamiętnej konfrontacji z komunistyczną władzą w czasach Solidarności w marcu 1981 r. Z przemysłowej świetności niewiele dziś pozostało, z wielkich zakładów ocalały cudem jedynie ZNTK, znane dziś nie tylko w Polsce pod marką Pesa.

Dobrze, czyli poniżej średniej

Chylące się ku upadkowi pod koniec lat 90. ZNTK przejęła grupa menedżerów pod wodzą Tomasza Zaboklickiego. Roman Jasiakiewicz, który akurat wtedy był prezydentem miasta, wspomina, że musiał podjąć trudną decyzję: czy zwolnić upadającą firmę z podatku od nieruchomości i dać jej szansę czy egzekwować zobowiązanie, podpisując tym samym wyrok. – Zaryzykowałem.

Ubiegły rok Pesa zamknęła przychodem 2 mld zł – wylicza Maciej Grześkowiak, szef PR w Pesa, wcześniej szef bydgoskiego ośrodka TVP, a także przez pewien czas wiceprezydent miasta. – To o pół miliarda więcej niż wpływy do miejskiego budżetu. Zatrudniamy w Bydgoszczy ponad 3 tys. osób, tu płacimy podatki. I rozwijamy się: mamy kontrakt z Deutsche Bahn wart 1,2 mld euro i z kolejami włoskimi, robimy 120 tramwajów dla Moskwy i tramwaje dla Warszawy.

Pesa jest jednak tylko jedna, reszta spośród ponad 40 tys. zarejestrowanych w Bydgoszczy firm to przedsiębiorstwa średnie i małe. Dzięki nim bezrobocie w mieście wynosi „tylko” 8,7 proc. i spada, co na tle regionu o wysokim, sięgającym 18 proc., bezrobociu jest wielkim sukcesem. – Pesa jest perełką, ale warto pamiętać, że Bydgoszcz to także zagłębie przetwórstwa tworzyw sztucznych i przemysłu narzędziowego, że coraz lepiej rozwija się sektor informatyczny i usług biznesowych – wylicza prezydent Rafał Bruski.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak średnio? Zgodnie z raportem firmy PricewaterhouseCoopers z 2011 r. porównującym polskie metropolie, Bydgoszcz wypada poniżej średniej we wszystkich kategoriach: jakości infrastruktury, kapitału ludzkiego, jakości instytucji, atrakcyjności inwestycyjnej, wizerunku. Wybija się jedynie pod względem jakości życia. Dr Grzegorz Kaczmarek, socjolog z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, źródeł tej rozwojowej niemocy upatruje w słabości strategicznego myślenia lokalnych elit: – Proszę popatrzeć, w 1981 r. napisałem tekst o Bydgoszczy „miasto bez rozumu” – zmienił się ustrój, upłynęły 33 lata, jednak dziś nie musiałbym zmieniać ani tytułu, ani konkluzji. Miejscowe środowiska opiniotwórcze są słabe i podzielone, brakuje spójnej wizji rozwoju miasta i jego dobrego wizerunku.

Podobną diagnozę formułuje cytowany już Maciej Grześkowiak: – Bydgoszcz mogłaby być dobrym miastem do życia, wygodną metropolią średniej skali, ale nie wykorzystuje swoich atutów. Brakuje liderów politycznych, każdej zmianie władzy w ratuszu towarzyszy rytuał zanegowania osiągnięć poprzednika.

Bydgoska rezygnacja

Paweł Łysak, dyrektor Teatru Polskiego (właśnie wygrał konkurs na stanowisko dyrektora Teatru Powszechnego w Warszawie), nie jest bydgoszczaninem, patrzy więc na miasto z innej perspektywy. I określa kondycję Bydgoszczy zagadkowym pojęciem „bydgoskiej rezygnacji”. By je zrozumieć, warto zajrzeć do Facebooka na fanpage „Bydgoska rezygnacja”, z ponurym przesłaniem na winiecie: „Sięganie dna to nie wypad na weekend”. Pod tym hasłem grupa mieszkańców autoironicznie komentuje miejskie niedostatki: a to najbardziej krętą ścieżkę rowerową na świecie przy nowej Trasie Uniwersyteckiej, a to polną drogę z rowerzystą podpisuje „bydgoska autostrada”, kpiąc ze zmagań o S5.

Paweł Łysak, warszawiak, traktuje bydgoską rezygnację pozytywnie: – Bydgoszczanie nie podjęli wyścigu szczurów, są zadowoleni z tego, co mają – przekonuje. Z tą optymistyczną interpretacją nie zgadza się filozof Karol Zamojski, założyciel Pracowni Kultury Współczesnej. Widzi w niej nie tyle egzystencjalny luz, co syndrom niezdolności wykorzystania potencjału. Wystarczy zresztą sięgnąć po monodram Artura Pałygi „Maszyna ping”, by zrozumieć dwuznaczność „bydgoskiej rezygnacji”: „W większości faceci przychodzą po pracy i ciupią w gry społecznościowe. Siedzą i ciupią w gry. A kobiety, jak ogarną dom, ugotują, wyjmą ze zmywarki, włożą, dadzą, mogą sobie na chwilę posiedzieć na fejsie. No taki mamy bydgoski model. Ale to nie jest robienie czegoś w życiu. To nie jest robienie. To jest nierobienie. To jest płynięcie. Jak paproch po wodzie. Po rzece. To właśnie jest rezygnacja”.

Mocne i nawet jeśli w jakimś sensie prawdziwe, to na pewno z dużą dozą artystycznej przesady. Bydgoszcz jest po prostu wyjątkowa, a częścią tej wyjątkowości jest upodobanie do małych kroków. Oto np. podczas Kongresu Kultury we wrześniu 2011 r., zorganizowanego w Teatrze Polskim, każda grupa co najmniej pięciu obywateli mogła powołać własny stolik społeczny, by sformułować postulaty dotyczące ważnej dla nich kwestii społecznej czy kulturalnej. Powstało 27 stolików, które wyprodukowały listę dziesiątków postulatów.

Rafał Bruski właśnie urządzał się w prezydenckim gabinecie, jednak bacznie przyglądał się temu, co się działo. – W rezultacie zmienił się sposób zarządzania kulturą w mieście, pieniądze są dystrybuowane głównie w drodze konkursów, co powoduje, że wszyscy z dobrymi pomysłami mają szansę, a nie tylko ci, którzy wiedzą, jak się poruszać po korytarzach lokalnej władzy – tłumaczy Marcin Płocharczyk, etnolog i animator kultury.

Kolejnym przykładem budżet obywatelski w dwóch formułach: 5/6 i 25/75. W pierwszej sześć rejonów miasta ma do rozdysponowania 5 mln zł na projekty wyłonione przez lokalne społeczności. W drugiej miasto zobowiązuje się do dofinansowania inicjatyw społecznych, o ile te znajdą na start 25 proc. środków.

Niestety, reszta Polski nie dostrzega ciekawych zmagań bydgoszczan z własnym miastem, bo te nie mają szansy w konfrontacji ze znacznie głośniejszym przekazem niesionym przez kibiców klubu Zawisza. Przypomina on, że „Bydgoszcz to miasto sportu”, gdzie obok piłki rządzi żużel. Kibiców Zawiszy otacza podobna sława, jak szwedzkich wojów, którzy w XVII w., pustosząc Polskę, zniszczyli także Bydgoszcz. Właśnie prowadzą wojnę z właścicielami swojego klubu, którzy postanowili ukrócić chuligańskie wybryki. Sądząc jednak po lekturze internetowych doniesień, kibiców po prostu rozsadza patriotyzm i religijny żar – 14 lutego uczestniczyli w obchodach rocznicy powstania Armii Krajowej, a potem w mszy w intencji klubu, podczas której „modlili się głównie o wytrwałość w swoim działaniu”. Rok wcześniej modlitwy o awans do ekstraklasy przyniosły oczekiwany skutek. W piłkarskiej ekstraklasie Bydgoszcz się rozpycha, w lidze miast wciąż jest w dole tabeli.

Praca, mieszkanie i muzyka nad wodą

Zgodnie z prognozami w ciągu najbliższych dwóch dekad liczba mieszkańców może się zmniejszyć z obecnych 360 tys. do 284 tys. – Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażaliśmy sobie, co to znaczy – przyznaje Rafał Bruski.

A dziś najlepszej ilustracji dostarczają miejscowe uczelnie – jest ich w sumie 15, kształcą obecnie 40 tys. studentów. Jednak nawet największa z nich, Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, odkryła, że dziś trzeba o słuchaczy walczyć i nie wiadomo, czy będzie za co utrzymać nowo wybudowaną za unijne pieniądze infrastrukturę. Piękna biblioteka za 45 mln zł czy centrum kultury fizycznej nie tętnią życiem, bo projektowano je w tłustych latach nadmiaru chcącej się uczyć młodzieży, zapominając, że nieuchronnie nadchodzą lata chude. Rektor UKW profesor Janusz Ostoja-Zagórski zdaje sobie sprawę, że jedyną szansą byłaby integracja miejscowych uczelni w jeden silny organizm: – Będzie trudno, kiedyś nie chciał takiej konsolidacji UKW, dziś broni się przed nią Uniwersytet Techniczno-Przyrodniczy, bo akurat wróciła moda na studia techniczne. To bydgoska rezygnacja w akademickim wykonaniu.

Jak jednak uratować miasto przed kryzysem podobnym temu, jaki już dotyka uczelnie? – Jeśli chcemy przeciwstawić się trendowi demograficznemu, musimy dać ludziom powód do osiedlania się i pozostawania w mieście. Najważniejsze są praca i mieszkanie. Z pracą jest coraz lepiej – przekonuje Rafał Bruski. – A jeśli chodzi o mieszkania, to wykorzystuję instrument wieczystego użytkowania gruntów, by obniżyć koszty działek budowlanych. I to zaczyna działać. Roman Jasiakiewicz dodaje, że Towarzystwo Budownictwa Społecznego wybudowało już 1104 mieszkania.

Na czym więc może Bydgoszcz budować swoją przyszłość bez Torunia? Co składa się na kapitał miasta? Po pierwsze muzyka. Opera Nova, Filharmonia i cały ciąg kształcenia po Akademię Muzyczną powodują, że Bydgoszcz bardzo liczy się na muzycznej mapie Polski. A jak trzeba konkretów, najdobitniejszym jest oczywiście Rafał Blechacz, zwycięzca konkursu chopinowskiego w 2005 r., uznany przez mieszkańców za bydgoszczanina ostatniego 25-lecia. Ofertę uzupełnia niezwykle żywa scena alternatywna.

Po muzyce najczęściej wymieniana jest Brda. Miasto odkrywa „metafizykę rzeki”, przekonuje dr Kaczmarek, zwraca się ku niej. – Rzeka i jej energia stworzyła to miasto, ważny przed laty ośrodek żeglugi śródlądowej, wielki niegdyś port obsługujący handel drewnem. Rafał Bruski, z wykształcenia nawigator, sięga jeszcze dalej – w przyszłości Bydgoszcz ma być multimodalnym węzłem transportowym, opartym na połączeniach lotniczych, drogowych, kolejowych i rzecznych.

Trzeci atut to bydgoska służba zdrowia, oferująca w wielu specjalizacjach, jak np. w onkologii, leczenie najwyższej w kraju jakości. Jeśli dorzucić do tego silne tradycje sportowe, rzec by można: żyć, nie rezygnować. Być może więc „bydgoska rezygnacja” nie oznacza wcale diagnozy stanu rzeczywistego, lecz odwrotnie – wyraża niezgodę na życie poniżej możliwości.

Czego jeszcze trzeba, żeby spełnić marzenia o metropolii? Najbardziej radykalny jest dr Kaczmarek: tylko współpraca z Toruniem i układ duopolis daje taką szansę. To jednak projekt na inne stulecie, a nawet milenium.

Polityka 9.2014 (2947) z dnia 25.02.2014; Portrety miast: BYDGOSZCZ; s. 59
Oryginalny tytuł tekstu: "Kompleks ubrdany"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama