Moje miasto

Mity gdańskie

Fenomen gdańskiej tożsamości

Widok na Gdańskie Główne Miasto (długi Targ z pomnikiem Neptuna). Widok na Gdańskie Główne Miasto (długi Targ z pomnikiem Neptuna). Kevin Burke / Corbis
Jak to się stało, że ludzie tacy jak ja, bez żadnych tu korzeni, już w drugim, a często i w pierwszym pokoleniu stawali się prawdziwymi gdańszczanami?
Długie Pobrzeże i Brama Żuraw w połowie XIX w. w pruskim Gdańsku, na obrazie Friedricha Eduarda Meyerheima.AN Długie Pobrzeże i Brama Żuraw w połowie XIX w. w pruskim Gdańsku, na obrazie Friedricha Eduarda Meyerheima.
Gdańsk. Młode Miasto ma powstać na 20 ha terenów postoczniowych.Dominik Werner Gdańsk. Młode Miasto ma powstać na 20 ha terenów postoczniowych.

Opowieść o tożsamości dzisiejszych gdańszczan można zacząć albo od 997 r., albo od 1945 r. Wcześniejsza z dat odnosi się do zapisanej w średniowiecznych kronikach pierwszej wzmianki o Gdańsku, związanej z chrystianizacyjną misją św. Wojciecha posłanego nad Bałtyk przez polskiego księcia Bolesława. Wybrawszy tę datę, można by dalej snuć opowieść o słowiańskim grodzie, o podstępnym zdobyciu miasta przez krzyżaków w 1308 r. i straszliwej rzezi Gdańska, o gdańszczanach stających ramię w ramię z polskim monarchą przeciw krzyżackim ciemięzcom w czasie wojny trzynastoletniej, o inkorporacji miasta do polskiej Korony i trwającej ponad trzy wieki łączności z Polską, o wizytach polskich władców i wszechobecnych na gdańskich zabytkach polskich orłach, o usuniętych przez Prusaków z gdańskiego ratusza portretach polskich królów, o upadku miasta po odłączeniu od Polski, o Polakach w międzywojennym Wolnym Mieście Gdańsku, wreszcie o obrońcach Poczty Polskiej i Westerplatte.

Problem w tym, że wybór tej pradawnej daty oznaczałby opowieść o tożsamości skonstruowanej, zideologizowanej i mitycznej, takiej, którą wykreowała garstka polskich intelektualistów w pierwszych dekadach XX w. (zarówno przed, jak i po II wojnie światowej) i narzuciła kilku pokoleniom żyjącym w powojennym Gdańsku. Nie jest to bowiem tożsamość oparta na osobistych związkach z przeszłością miasta, a jedynie na lekturach, filmach, telewizyjnych serialach (przypominam, że gdańszczaninem był nie tylko walczący przeciw krzyżakom dzielny Gniewko, syn rybaka z serialu Bohdana Poręby, ale i równie dzielny Janek Kos z „Czterech pancernych”), na szkolnych akademiach i rocznicowych rytuałach. Niewielu, bardzo niewielu jest bowiem w dzisiejszym Gdańsku tych, którzy mogliby powiedzieć, że ich dziadek bronił Poczty albo chociaż jeździł na polskiej kolei, a babka przynajmniej sprzedawała flądry na Targu Rybnym. Tym bardziej nieliczni, jeśli w ogóle istnieją, mogliby stanąć przy jakimś XIX-wiecznym ceglanym gmachu i powiedzieć: ten bank zaprojektował mój pradziadek, albo: tę kamienicę wybudował brat mojej prababki. Gdańsk różni się więc znacznie od Krakowa czy Poznania, a choćby i od znacznie młodszych: Łodzi czy sąsiedniej Gdyni.

Szukając tożsamości bardziej autentycznej, opartej choćby po części na wspomnieniach i doświadczeniach własnych i naszych bliskich, musimy więc zacząć opowieść w 1945 r. Pod wieloma względami byłaby podobna do opowieści o powojennych wrocławianach czy szczecinianach i ich problemach z tożsamością – wszechobecne hasła: „Byliśmy-Jesteśmy-Będziemy” (taki napis rozciągał się na Wyspie Spichrzów jeszcze w latach 90. XX w.), rytualne celebrowanie polskości, tworzenie tożsamości raczej ogólnonarodowej niż lokalnej. To zresztą było chyba nieuniknione.

„Nowy początek” Gdańska

Jeśli nowi, polscy gdańszczanie nie chcieli się czuć intruzami, musieli w jakiś sposób uwierzyć, że ich obecność w „grodzie nad Motławą” jest uprawniona. Ponadto budując tę nową tożsamość, można się było odwołać jedynie do tego, co było znane przybyszom, a znana im była historia Polski, a nie historia Gdańska. Tylko na pojęciową sieć dziejów ojczystych mogli nanizać gdańskie paciorki. Może jedynym powszechnie znanym faktem z dziejów miasta była wówczas obrona Westerplatte. Ale to chyba także bardziej historia Polski niż Gdańska.

Do problemów z historią miasta i jakimiś, mniej lub bardziej uprawnionymi, próbami wpisywania w nią polskości dochodził, rzecz jasna, jeszcze jeden problem znany z pozostałych miast wcielonych po 1945 r. do Polski. Przybysze. Z Wilna, Lwowa czy Stanisławowa, ale przede wszystkim z Polski centralnej, z zacofanych wsi i miasteczek, niedających wielkich szans na życiowy sukces, ale też ze zniszczonej wojną Warszawy. Gdańsk, mimo że równie zniszczony, przyciągał obietnicą „nowego początku”, ale i romantycznym mitem morskim, tak popularnym w międzywojennej Polsce.

Jednym z tych przybyszów był Jan Kilarski, jeszcze przed wojną propagujący polskość Gdańska. W lipcu 1945 r. trzeźwo opisał on sytuację w powojennym już mieście: „Wszędzie tu burzą i budują; nie tyle jednak miasto samo, lecz i jego nowe życie. Znać w tym nieraz myśl pewną kierowniczą, ale raczej bierze w tym górę biologiczne prawo tworzenia się społeczności. Nigdzie dziś może w Polsce nie ma takiego nasilenia w powstawaniu nowej społeczności, z nowych a różnorakich elementów, niezwiązanych zupełnie z ziemią i jej przeróżnymi warunkami (...)”. Szczególnie ważne są słowa wskazujące na to wyjątkowe nasilenie procesów miastotwórczych. Jeśli to prawda, a pewnie tak, to trzeba zadać pytanie: dlaczego Gdańsk bardziej przyciągał niż pozostałe miasta na tzw. Ziemiach Odzyskanych – choć pamiętać trzeba, że Gdańsk formalnie nie był do nich zaliczany ze względu na swój wyjątkowy status w międzywojniu. I może to właśnie różniło Gdańsk od pozostałych „poniemieckich” miast. Że był jakoś mniej „poniemiecki”, że jednak w „Panu Tadeuszu” jest mowa o Gdańsku, a o Wrocławiu, Szczecinie czy Jeleniej Górze – nie.

„Przepisana” historia miasta

Wkrótce w katalogu wątków legitymizujących polską obecność w powojennym Gdańsku pojawiła się jeszcze jedna ważna pozycja – odbudowa dzielnicy zabytkowej. Nigdzie poza Gdańskiem (łącznie z Warszawą) nie przeprowadzono jej w takiej skali. Odbudowa stała się powodem do rzeczywistej, a nie jedynie propagandowej dumy kilku pokoleń gdańszczan, a przez to także jednym z ważnych czynników krystalizacji lokalnej tożsamości w powojennych dziesięcioleciach. Równocześnie odbudowa stała się okazją do „przepisania” historii miasta na nowo. Jak to ujęła Józefa Wnukowa, jedna z artystek pracujących przy odbudowie: „nie chodziło o odtworzenie Gdańska takiego, jakim był, ale takiego, jakim mógł był być”.

Historia (jakkolwiek bardzo ważna, bo uwikłana w nacjonalistyczny polsko-niemiecki spór) nie wyczerpywała jednak – oczywiście! – tożsamości powojennych gdańszczan. Przez długie lata jej ważnym czynnikiem była duma z, nazwijmy to tak, morskości miasta. Gdańszczanie byli przekonani, że to właśnie ich miasto jest morską stolicą Polski, nie Gdynia i na pewno nie Szczecin. Stoczniowcy, portowcy, marynarze, a także wszechobecne w Gdańsku (ale i w Gdyni) – „marynarzowe”, to była najzwyklejsza codzienna rzeczywistość. Z morskości wynikał mit „okna na świat”. To z pewnością nie przypadek, że zarówno Gdańsk, jak i Sopot i Gdynia, ale też Szczecin były jednymi z najważniejszych ośrodków polskiego big-beatu. Płyty przywozili głównie marynarze, a w komisach, do których je wstawiano, można było kupić także całą masę innych zachodnich dóbr. Szczęśliwcy mogli się zaopatrywać w Baltonie, takim Peweksie dla marynarzy.

Z miłości do wolności

Grudzień ’70 i Sierpień ’80 sprawiły, że nasze stocznie, a zwłaszcza Stocznia Gdańska im. Lenina, przestały się kojarzyć jedynie z gospodarką morską. Oba wydarzenia w dziejach kształtowania się gdańskiej tożsamości są szczególnie ważne, oba przyczyniły się też do wykreowania albo może tylko do wzmocnienia mitu Gdańska jako miasta zawsze krnąbrnego, niepokornego, kochającego wolność. Niemiecki historyk Peter Oliver Loew, nieposkromiony pogromca gdańskich mitów, słusznie co prawda zapytał, jak to się stało, że ów kochający wolność Gdańsk z takim entuzjazmem przyjął rządy narodowych socjalistów, ale rozważania historyków nie mają chyba zbyt wielkiej mocy mitobójczej. Siła mitu Gdańska, pierwszego do walki z komuną, była w latach 80. zbyt wielka, by ktokolwiek z nas, gdańszczan, chciał z niej rezygnować (albo się nim dzielić z jakimś Szczecinem czy Jastrzębiem). Byłem już wystarczająco dorosły, by doświadczyć euforii związanej z tym czasem – dzień po podpisaniu porozumień w Stoczni Gdańskiej zaczynałem liceum. Wychowany w Trójmieście nie spotkałem chyba wówczas żadnego rówieśnika, który nie stałby po stronie Solidarności i opozycji (no, w każdym razie nikt się do tego nie przyznawał).

Symbolicznego paliwa związanego z Solidarnością starczyło nam jeszcze na długo, choć obawiam się, że już się ono wyczerpało. Dziś zresztą i samej stoczni jest coraz mniej, a gdańszczanie mogą tylko ze złością i nostalgią patrzeć na znikanie kolejnych stoczniowych budynków. Zdaje mi się, że poznikali i sami stoczniowcy.

Mit multi-kulti

Upadek stoczni jest, poza wszystkim, widzialnym znakiem przemiany tożsamości miasta. Morskość jakby z niej wyparowała. Na jej miejsce pojawił się fantazmat genius loci, ducha nieuchwytnego, ale rządzącego rzekomo dziejami niezwykłego miasta. Jego początki łączą się chyba, o czym już mówiliśmy, z fascynacją wolnościowymi zrywami stoczniowców i próbami wpisania ich w jakąś ogólniejszą narrację o miłującym wolność Gdańsku. Jednakże już w latach 80. genius loci najwyraźniej zaczął się z wolna lokować gdzie indziej.

Spóźniona i ocenzurowana publikacja polskiego przekładu „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa w 1983 r., a także limitowane w ramach Konfrontacji pokazy opartego na powieści filmu Schlöndorffa wywołały prawdziwą rewolucję w myśleniu o Gdańsku. W tym sensie Grass jest ojcem chrzestnym nowego, postkomunistycznego i postnacjonalistycznego modelu świadomości gdańszczan. Modelu, który obecny zrazu w środowiskach literacko-uniwersyteckich, z czasem objął zaskakująco szerokie kręgi. Obecne są w nim dwa fundamentalne składniki: odkrycie niemieckiej obecności w przedwojennym Gdańsku oraz pełniący wobec tego niemiłego odkrycia funkcje anestezyjne – mit wielokulturowości Gdańska. Oczywiście łatwiej było uznać, że Gdańsk współtworzyły liczne nacje – Szkoci, Anglicy, Francuzi, Włosi, Holendrzy, Flamandowie, Żydzi, no i oczywiście Niemcy, Kaszubi i Polacy, niż pogodzić się z historycznymi faktami, a więc absolutną dominacją żywiołu niemieckiego w Gdańsku ostatnich kilku stuleci. Mit multikulti był tym bardziej atrakcyjny, że dobrze współbrzmiał z naszymi dążeniami do wielokulturowej i – jak się wówczas zdawało – postnacjonalistycznej, mitycznej Europy. Z hołubionym do dziś mitem wielokulturowości rozprawił się przywoływany już Peter Loew. Z brutalną szczerością stwierdził on, że jeśli kiedykolwiek w ciągu ostatnich stuleci Gdańsk był wielokulturowy, to jedynie zaraz po wojnie, gdy dziesiątki tysięcy przybywających do miasta Polaków żyły obok dziesiątków tysięcy pozostających tu jeszcze Niemców.

Niezależnie jednak od tego, jak sceptycznie patrzyłbym na fantazmaty genius loci i wielokulturowości Gdańska, to właśnie w związku z nimi coraz szersze kręgi polskich gdańszczan zaczęły sobie uświadamiać obecność, powiedzmy, kwestii niemieckiej w Gdańsku. Owszem, dla starszych od nas o pokolenie czy dwa niemieckość była czymś bardziej oczywistym, bo doświadczonym albo przynajmniej znanym z opowieści. W moim pokoleniu, urodzonych w latach 60., były to już rzeczy bardzo niejasne. Chyba przez całą młodość spędzoną w Sopocie i Gdańsku zetknąłem się tylko z jednym kolegą, którego babcia ponoć mówiła w domu po niemiecku. Oprócz tego pamiętam jeszcze kilka zabiedzonych domków, pogardliwie nazywanych „Arnoldkowem”. Najwyraźniej mieszkali tam Niemcy albo autochtoni, których często z Niemcami utożsamiano. Ich dzieci, z którymi się czasem bawiliśmy, mówiły jednak po polsku. Tak więc przez wiele lat właściwie nie musiałem się konfrontować z żadną niemieckością Gdańska. Myślę, że nie byłem w tym specjalnie odosobniony. Z tej błogiej nieświadomości wyrwał mnie właśnie „Blaszany bębenek”. I w tym pewnie także nie byłem wyjątkiem.

Fenomen wyrastającej jakoś z Grassa (przy wszystkich różnicach) gdańskiej literatury końca lat 80. i dekady następnej, z Pawłem Huelle i Stefanem Chwinem rozpoznającymi te niemieckie tropy w powojennym mieście, a także rosnąca równolegle fascynacja wizerunkami przedwojennego Gdańska i wszystkim, co z nim związane, przestawiły tożsamość wielu, bardzo wielu gdańszczan. Znamienne, że w tym właśnie czasie dość powszechna stała się krytyka tego, z czego pierwsze pokolenia polskich gdańszczan były tak bardzo dumne – odbudowy. Twierdzono, że to w gruncie rzeczy bezduszna atrapa i że prawdziwy Gdańsk jest całkiem gdzie indziej. A gdzie? W niezniszczonych wojną fragmentach Wrzeszcza, Dolnego Miasta czy Oliwy. A także w monumentalnych ceglanych gmachach postawionych w czasach wilhelmińskich. To przekonanie było równie rewolucyjne, co krytyka odbudowy. „Pruska” architektura była bowiem wcieleniem zła dla powojennego pokolenia gdańszczan, a przynajmniej dla gdańskich architektów i intelektualistów. Opracowane pod kierunkiem Donalda Tuska albumy poświęcone dawnemu Gdańskowi, Gdańskowi sprzed zagłady, stały się prawdziwym bestsellerem. Zresztą do dziś wszystko, co związane z dawnym Gdańskiem, może liczyć na wierne grono miłośników jego historii. Nie piętnuję tego zainteresowania, miało ono swoje dobre strony. Jednak kierowało współczesnych gdańszczan w stronę jakiejś utopii, wykoncypowanego miasta, którego nigdy nie było, a które miało spełnić wszystkie nasze marzenia, oczekiwania, miało nas uleczyć z kompleksów.

Patrzeć w przyszłość, nie przeszłość

W gruncie rzeczy niewiele wiedzieliśmy (i dalej niewiele wiemy) o realnym Gdańsku sprzed 1914 r. czy sprzed 1939 r., ale wielu z nas jawił się jako arkadia, kraina mlekiem i miodem płynąca, wcielenie wielkomiejskości, „prawdziwego miasta”. Nikt (no, prawie nikt) nie chciał pamiętać, że Gdańsk w XIX w. był miastem w gruncie rzeczy prowincjonalnym, z dziesięciolecia na dziesięciolecie spadającym na łeb na szyję w hierarchii miast niemieckich. Owszem, podejmowano próby wydźwignięcia się z tej prowincjonalności, ale bez większego powodzenia. Wystarczy porównać Gdańsk sprzed stulecia z ówczesnym Szczecinem, nie mówiąc już o Wrocławiu. O tym właśnie nie chcieliśmy (a często wciąż nie chcemy) w Gdańsku pamiętać.

Co gorsza, to celebrowanie historii (w naturalny sposób podsycane w związku z obchodzonym w 1997 r. tysiącleciem Gdańska) wielu z nas odciągało od tego, co ważne dla Gdańska dzisiejszego i jutrzejszego. To się szczęśliwie zmienia. Mam wrażenie, że gdańszczanie coraz częściej zainteresowani są bardziej tym, jak będzie urządzone ich miasto w przyszłości, niż dowodzeniem jego potęgi w przeszłości.

Może się wydawać, że strasznie narzekam na tę naszą gdańską tożsamość, a przecież jest ona niezwykłym fenomenem. Jak to się stało, że ludzie tacy jak ja, bez żadnych tu korzeni (moja matka pochodzi z Kujaw, ojciec ze Lwowa), już w drugim, a często i w pierwszym pokoleniu stawali się prawdziwymi gdańszczanami? Rozpoznającymi się, pielęgnującymi swą gdańskość nawet daleko od domu, dumnymi z miasta, o którym są przekonani, że jest wspaniałe, jedyne i niepowtarzalne. Genius loci? A kysz!

Jacek Friedrich

Dyrektor Muzeum Miasta Gdyni, historyk sztuki, wykładowca, autor książek o Gdańsku i jego zabytkach, popularyzator dziedzictwa i kultury architektonicznej. Gdańszczanin z urodzenia.

Polityka 35.2014 (2973) z dnia 26.08.2014; Portrety miast: TRÓJMIASTO; s. 55
Oryginalny tytuł tekstu: "Mity gdańskie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama