Moje miasto

Między portem a kurortem

Co warto zobaczyć w Trójmieście?

Gdańsk. Wschód słońca nad Bazyliką Mariacką. Gdańsk. Wschód słońca nad Bazyliką Mariacką. Steve Raymer / Corbis
Nie ma spójnego architektonicznie Trójmiasta. Są Gdańsk, Gdynia i Sopot ze swoją historią, specyfiką i stylem.
MS/Polityka
Gdańsk. Muzeum Morskie na Wyspie Ołowiance.Krzysztof Mystkowski/KFP Gdańsk. Muzeum Morskie na Wyspie Ołowiance.
Gdynia. Sea Towers górują nad miastem.Kacper Kowalski/KFP Gdynia. Sea Towers górują nad miastem.
Gdynia. Modernistyczna kamienica Orłowskich.Krzysztof Mystkowski/KFP Gdynia. Modernistyczna kamienica Orłowskich.
Sopot. Krzywy domek rozpiera się przy Monciaku.Krzysztof Mystkowski/KFP Sopot. Krzywy domek rozpiera się przy Monciaku.
Sopot. Willa przy ul. Abrahama.Krzysztof Mystkowski/KFP Sopot. Willa przy ul. Abrahama.

Co je łączy? Przede wszystkim warunki naturalne – od północy morze i ponad 45 km wybrzeża. Co ciekawe, najmniej ma go Sopot (zaledwie 4 km). Z kolei Gdańsk, który linii brzegowej ma mnóstwo, jest jakby od morza odsunięty. Można w nim spędzić i rok, a fal i piasku nie zobaczyć. Działa tam wprawdzie kilka kąpielisk (np. Jelitkowo, Sobieszewo czy Stogi), ale oddalonych od centrum.

Od drugiej strony miasta spinają wzgórza Pradoliny Kaszubskiej z Trójmiejskim Parkiem Krajobrazowym, czyli potężny i malowniczy pas wąwozów, strumieni i lasów. W Gdańsku zieleń zajmuje 25 proc. powierzchni, w Gdyni – 46 proc., a w Sopocie (to chyba krajowy rekord?) – 59 proc.!

Do tych przyrodniczych klamer człowiek dołożył swoje, głównie komunikacyjne. Najważniejsza i najstarsza to pociągnięta przez centra trzech miast droga 468. To wzdłuż niej lub w najbliższym jej sąsiedztwie powstawały i powstają najważniejsze obiekty, przede wszystkim Gdańska, a od niedawna też Gdyni, to ona jest architektoniczną wizytówką Sopotu. Droga parę razy przeplata się z linią Szybkiej Kolei Miejskiej od 60 lat dodatkowo spinającej trzy miasta. Kursujące co 7–15 min składy przewożą rocznie ok. 40 mln pasażerów i obsługują 16 proc. całego ruchu wewnątrz aglomeracji. Obie te trasy stanowią kręgosłup Trójmiasta. Zaś w pewnym oddaleniu od nich wije się jeszcze obwodnica Trójmiasta, a wkrótce przybędzie Pomorska Kolej Metropolitalna, poprowadzona w większości po przedwojennej trasie kolejowej, która w założeniu ma połączyć centrum Gdańska i Gdyni oraz ich lotniska, o ile to drugie kiedykolwiek zacznie działać.

Wspólne są także niechlubne pamiątki, które w postaci brzydkich blokowisk pozostawił po sobie PRL. Widać je w Gdyni (Karwiny, Witomino, Cisowa), widać w Sopocie, choć na szczęście żadnemu socjalistycznemu urbaniście nie przyszło do głowy stawiać je w centrum uzdrowiska. Jednak najbardziej rzucają się w oczy w Gdańsku; szczególnie dwa największe mieszkaniowe projekty: Przymorze (50 tys. mieszkańców) i Zaspa (30 tys.). Pocieszeniem (zdaniem wielu bardzo wątpliwym) może być fakt, że na pierwszym z tych osiedli stoi siedem słynnych modernistycznych „falowców”, z których najdłuższy ma 800 m. A na drugim zorganizowano pierwszą w Polsce Kolekcję Malarstwa ­Mo­numentalnego (czyli murali), które pokryły elewacje blisko 50 bloków i rozpoczęły modę na artystyczne malowanie domów w całej Polsce.

Sopocki Monciak i multipleks

Pora na opisanie odrębności. Urbanistyczno-architektoniczny genius loci najłatwiej odnaleźć w Sopocie, który był letniskiem od zawsze, a już na pewno od 1823 r., kiedy były oficer wojsk napoleońskich Jan Jerzy Haffner założył w mieście pierwszy Zakład Kąpielowy. Po 1945 r. nikt na szczęście nie próbował uczynić z Sopotu miasta przemysłowego, a swój wypoczynkowy status wzmocnił on jeszcze w 1999 r. uzyskaniem uprawnień zdrojowych.

Sopot miota się jednak między wizerunkiem tradycyjnego, nieco snobistycznego i urzekającego klimatem kurortu w dawnym stylu a nowoczesnego miejsca letnich uciech wszelakich. Ten klasyczny image tworzy głównie tzw. Sopot Górny z jego pensjonatami, willami i tajemniczymi ogrodami, ponad 350 budynków odremontowanych z pomocą miasta w ciągu ostatnich 15 lat, pięknie odnowiony hipodrom czy też ponad sto obiektów wpisanych do rejestru zabytków. Sopot magiczny najlepiej poczuć, zbaczając z głównych turystycznych ścieżek, ot choćby w ulicę Obrońców Westerplatte.

Ale Sopot ma też drugie oblicze: miasta schlebiającego zachciankom branży turystycznej. Ze słynnym Monciakiem zamienionym w banalny, komercyjny deptak. Z niepohamowanie rosnącą bazą noclegową, która liczy sobie już 10 tys. miejsc (w 6-krotnie liczebniejszej Gdyni jest ich ok. 2,5 tys.), co – jak się nietrudno domyślić – zabija ducha ekskluzywności tego miejsca. Z niesmaczną, postmodernistyczną współczesną architekturą pensjonatów, hotelików i apartamentowców, próbujących nieudolnie naśladować historyczne style. Z żenującymi pomysłami w rodzaju Krzywego Domku. A przede wszystkim z wielkimi inwestycjami, które skutecznie zatruwają miejscowy genius loci. A więc z tzw. Centrum Haffnera (Sheraton, Multikino, Dom Zdrojowy), które poza tym, że prezentuje najgorszy typ współczesnej architektury, zasadniczo zmieniło charakter głównego placu miasta z nieco zapyziałego, ale przepełnionego klimatem, w pełen rozmachu bezosobowy kurort. A będący na ukończeniu multipleks dworcowy (stacja PKP + centrum handlowe + hotel) nie ma nic wspólnego ze specyfiką Sopotu. W tej sytuacji jedynymi akcentami, które gładko łączą rozmach wakacyjnego spędu z atmosferą uzdrowiska, pozostają Grand Hotel (dziś już Sofitel) oraz najdłuższe nad Bałtykiem drewniane molo.

Gdyński Szlak Modernizmu

Duże problemy z wizerunkową tożsamością miała Gdynia. Znacznie większa od Sopotu i dużo bardziej zróżnicowana architektonicznie, z rozbudowanym przemysłem stoczniowym, z heroiczną, ale krótką historią, z ambicjami konkurowania z Gdańskiem. Pomysł na siebie znalazła zaledwie kilka lat temu: to przedwojenny modernizm. Z pomocą historyków architektury stworzono Gdyński Szlak Modernizmu, organizowane są Weekendy Architektury, konkursy i wycieczki, wydawane informatory i przewodniki. Fakt, Gdynia ma się czym pochwalić. W budowanym od podstaw od 1921 r. mieście powstał jeden z najciekawszych w Polsce zespołów budynków stawianych w duchu nowoczesności. I to zarówno kamienic i willi, jak i biurowców, a nawet zabudowań portowych i przemysłowych. Wiele z nich to prawdziwe perełki.

Sęk w tym, że architektoniczne przedwojenne cudeńka nie zawsze doczekały się godnej kontynuacji. Najbardziej rażącą porażką architektoniczno-urbanistyczną stał się kompleks dwóch wieżowców Sea Towers, z których wyższy wznosi się na wysokość blisko 130 m. Jego chaotyczna, niezrozumiale rozrzeźbiona bryła i budząca zgorszenie przestrzenna dominacja są świadectwem na to, jak jedną błędną decyzją o zabudowie można zniszczyć wizualną jakość dużego miasta. Natomiast obiecująco dzieło przedwojennego modernizmu kontynuują wille, pojedyncze apartamentowce i nieduże kameralne osiedla mieszkaniowe. Jest ich sporo i wiele reprezentuje naprawdę świetną, prostą, acz wyrafinowaną architekturę, idealnie wpisującą się w tradycję miasta.

Powoli zmienia się tradycyjne centrum Gdyni. Rozbudowano Teatr Muzyczny (bez rewelacji), a nieco wcześniej postawiono obok wspólną siedzibę Muzeum Marynarki Wojennej i Muzeum Miasta Gdyni (udany projekt). Trwa remont generalny hotelu Gdynia, a już wkrótce do tych obiektów dołączy ciekawy budynek Szkoły Filmowej. W niedużej odległości, ale nadal w ścisłym centrum, postawiono interesujący Info-Box, a lada moment powinna ruszyć budowa wielkiego osiedla Waterfront (8,5 ha po stoczni remontowej Nauta).

Ale kto wie, czy nie najlepszym nawiązaniem do dawnych gdyńskich tradycji jest kwartał miasta między przystankami SKM Redłowo i Wzgórze Św. Maksymiliana. Powstał on w ostatnich latach niemal od zera, tworząc zupełnie nową, zazwyczaj udaną, jakość architektoniczno-urbanistyczną. W jego skład wchodzą obiekty sportowe (Gdynia Arena, dwa stadiony), handlowe (CH Riviera), Pomorski Park Naukowo-Technologiczny i wiele biurowców.

Nakładka z Peerelu

Zdecydowanie najtrudniej wskazać kod wizualny Gdańska, bo to miasto bardzo niejednorodne. Wystarczy przejść się choćby na spacer z osiedla Suchanino na Główne Miasto (raptem jakieś 2,5 km). Po drodze doświadczyć można jak w kalejdoskopie: robotniczych przedwojennych osiedli, peerelowskich klocków lat 70., monumentalnego modernizmu i historyzmu, postmodernizmu, pruskich pozostałości, nowoczesnych grodzonych osiedli, dzikiej przyrody i wiejskich klimatów. Ową przypadłość miasta świetnie oddaje, pokazywana na tegorocznym festiwalu Alternativa, praca wideo „Młyniska” Alicji Karskiej i Aleksandry Went. To szokujące zderzenie idyllicznego, otoczonego pięknym ogrodem, starego pałacyku z brutalnym industrialnym pejzażem, który rozpościera się bezpośrednio za ogrodzeniem.

Nic więc dziwnego, że gdańszczanie sami nie bardzo wiedzą, jaki wizerunek miasta chcieliby utrwalać dla siebie i dla świata. Stąd nieustanne dyskusje, sympozja, spotkania; nie ma chyba w Polsce drugiego miasta, w którym spór o paradygmat przestrzenny byłby tak silny, zażarty i długotrwały. Każdy konkurs architektoniczny czy każda decyzja władz to okazja do niekończących się debat. I owe dysputy często stają się ważniejsze od tego, co się naprawdę w mieście dzieje. Główna oś sporu przebiega między dwiema silnie okopanymi na swych pozycjach frakcjami: zwolenników historyzmu i miłośników modernizmu oraz nowoczesności.

Spór zaczął się niemal natychmiast po zakończeniu II wojny światowej i przejęciu miasta przez polską administrację. Dotyczył odbudowy Głównego Miasta (w Gdańsku to ten obszar, który gdzie indziej zwie się Starym Miastem), zniszczonego w ponad 80 proc. Odbudowywać czy zabudowywać po nowemu? Ostatecznie stworzono hybrydę dwóch miast: tradycyjnego i nowoczesnego. I tak przestrzeń publiczną, głównie wzdłuż uliczek prowadzących w kierunku Motławy, odtworzono zgodnie z historycznymi zapisami, zaś przestrzenie dla mieszkańców (część ulic prostopadłych, podwórka) – stosownie do potrzeb współczesności – z dużą ilością zieleni, placykami zabaw, przedszkolami itd.

Później jednak nadszedł czas triumfu modernizmu. Przez kilkadziesiąt lat klockowe osiedla stawiano, gdzie się tylko dało, a szklane biurowce lokowano bez specjalnej zadumy nad ich urbanistycznym kontekstem. Do dziś nad centrum miasta w pobliżu dworca PKP góruje 90-metrowy tzw. Zieleniak, symbol owej epoki, zaś w samym środku Starego Miasta wyrasta blisko 100-metrowy, mało urodziwy wieżowiec Organiki (d. Prorem, jeszcze wcześniej Navimor).

W latach 90. XX w. wróciła fascynacja historią. Nawet bardzo interesujące budowle znalazły się w ogniu krytyki. Hala Olivii została nazwana „betonową okropnością”, siedziba Urzędu Miejskiego – „kubistyczną kupą”, a o setkach epitetów, którymi obdarzono Falowce, nawet nie wspomnę. Obrońców tej spuścizny znalazło się niewielu; przewodził im dr Jacek Friedrich, dziś dyrektor Muzeum Miasta Gdyni.

W stylu pruskim

Najbardziej spektakularnym przejawem nowej tendencji była zmiana stosunku do tzw. stylu pruskiego. W PRL odrzucony bezwarunkowo, bo kojarzył się z wrogiem. Jeden z głównych projektantów odbudowy Gdańska Władysław Czerny pisał dosadnie: „Są to obiekty, które powinny wyczekiwać ekonomicznej możliwości ich usunięcia”. Czyli: jak się dorobimy, to je zburzymy. Nie dorobiliśmy się w PRL, a po nim nastąpiła nieoczekiwana wielka rehabilitacja tego, co w przestrzeni miasta zostawili Niemcy. Ba, całe to budownictwo ryglowe, szachulce i masywne budowle z końca XIX w., z czerwonej cegły i z rozrzeźbionymi elewacjami, nagle stały się kwintesencją Gdańska i Pomorza. A ich prymitywne naśladownictwo w nowo stawianych budynkach – masową modą. Urbanista Witold Gruszkowski nazwał to „zawłaszczaniem cudzych sentymentów”, ale zdaje się, że jego pogląd nie zyskał sobie powszechnego uznania.

W ogóle przyjęło się, by budując, odwoływać się do przeszłości. Różnie to wychodzi. Bez trudu można wskazać obiekty, które doskonale wpisują się w historyczny kontekst, choć wcale nie udają zabytkowych budowli. Takimi wzorcowymi realizacjami są na pewno: siedziba Muzeum Morskiego i hotel Hilton, a także budowany hotel Puro. Niezłe – Apartamenty Symfonia czy zabudowa ulicy Szerokiej. Mocno dyskusyjna stała się natomiast zabudowa ul. Stągiewnej, z 42 kamienicami w XIX-wiecznym stylu. Cuchnie sentymentalizmem i fałszem od hoteli Hanza, Admirał czy Fahrenheit. Ale kwintesencją tego krzyżowania historii i postmodernistyczego hulania jest zespół budynków Artus Park przy ul. Długie Ogrody, ochrzczony przez krytyków „My God!”, bo podobno tak najczęściej reagują na jego widok turyści z zagranicy. A komu mało, niech obejrzy, jak modernistyczny budynek Centromoru przerobiono na historyczny. Od patrzenia zęby bolą.

Zafascynowany i siłujący się z historią Gdańsk, a przynajmniej jego śródmieście, niemal kompletnie odpuścił sobie nowoczesność. W ostatnich dwu dekadach praktycznie nie pojawiła się w mieście budowla, która mogłaby stać się symbolem wybitnej współczesnej architektury. Czy będzie nim właśnie ukończona siedziba Teatru Szekspirowskiego? Zdania są bardzo podzielone, choć to odważna i niekonwencjonalna bryła. Dekonstruktywistyczne Europejskie Centrum Solidarności? Efektowne, ale nazbyt narracyjne. Może Muzeum II Wojny Światowej? Jest szansa, pod warunkiem, że się go doczekamy.

Tymczasem inne duże dzielnice Gdańska podążają własnymi ścieżkami rozwoju, mniejszą wagę przykładając do zmagań z historią (choć zostawiła ona im w spadku to i owo). Wrzeszcz, zawsze nieco osobny, dziś wydaje się zagłębiem handlu, a do dwóch wielkich galerii: Bałtyckiej i Manhattanu, wkrótce dojdzie trzeci kolos – Metropolis. Oliwa, choć turystów kusi Archikatedrą czy Pałacem Opatów, buduje swój coraz bardziej nowoczesny wizerunek przede wszystkim dzięki kampusowi Uniwersytetu Gdańskiego czy kompleksowi Olivia Business Park. A jest przecież jeszcze tzw. Gdańsk Południe, ogromny obszar miasta ulokowany w kierunku autostradowej obwodnicy, który w ostatnich dwu dekadach stał się najważniejszą, nowoczesną sypialnią miasta. Zresztą ze wszelkimi wadami takich satelickich, porozrzucanych dość chaotycznie, ale często widowiskowo, osiedli: brakiem dobrych dróg dojazdowych, słabą infrastrukturą towarzyszącą (szkoły, przedszkola, służba zdrowia), a także bez własnych centrów, które mogłyby stanowić naturalne punkty skupiające mieszkańców.

W poszukiwaniu centrum

Nawiasem mówiąc, samo śródmieście Gdańska także pozbawione jest wyrazistego, ogniskującego życie miasta, centrum. Długi Targ i okolice są dobre dla snujących się turystów. A co dla mieszkańców? Taką rolę mogłoby przejąć jedno z trzech miejsc. Wszystkie świetnie usytuowanie, z ogromnym potencjałem. Problem tylko w tym, że na razie to typowe miejskie „czarne dziury”, które straszą od bardzo dawna. Pierwsza kosmiczna nicość to przylegające do siebie Targ Sienny i Targ Rakowy. Aż dziw bierze, że do dziś nie działo się nic w tym newralgicznym punkcie, leżącym dosłownie kilkadziesiąt metrów od zabytkowej części Gdańska i na przecięciu głównych węzłów komunikacyjnych. Ale to się zmieni. Miasto ochoczo wzięło się do rzeczy, a najważniejszym punktem programu jest – jakżeby inaczej – kolejne gigantyczne centrum handlowe Forum Radunia. Organizacje miejskie protestują, ale wygląda na to, że już o żadnych zmianach mowy być nie może. Co ciekawe, w podobny sposób bezpowrotnie stracono szansę na stworzenie ciekawego centrum miasta vis-à-vis dworca Gdańsk Główny, pozwalając na zbudowanie w sąsiedztwie dwóch dużych centrów handlowych: City Forum oraz Madison.

Miejsce drugie to Wyspa Spichrzów, będąca łącznikiem kilku niezwykle ważnych historycznie fragmentów Gdańska: Głównego Miasta, Dolnego Miasta i Starego Przedmieścia. Niemal kompletnie zniszczona przez wojska radzieckie w 1945 r. stała się na wiele dziesięcioleci mimowolnym pomnikiem pamiątką tamtych czasów. Po 1989 r. wydawało się, że odbudowa tak pięknego miejsca ruszy natychmiast, tym bardziej że jeden pomysł urbanistyczno-architektoniczny gonił następny. Na początku lat 90. XX w. słynny projektant Rob Krier snuł wizję minimiasteczka o malowniczych uliczkach, zaułkach i nadrzecznych bulwarach. Nie wyszło nic ani z tego, ani z kolejnych wizji.

I wreszcie trzecia, największa i najsłynniejsza czarna dziura, czyli tereny po Stoczni Gdańskiej. Ok. 70 ha nieoczekiwanie przywróconych miastu, po dziesięcioleciach wyłączenia na potrzeby przemysłowe. Ale czy rzeczywiście przywróconych? Optymiści mówią o ciekawym projekcie tzw. Młodego Miasta, które ma powstać na powierzchni 20 ha, i o Nowej Wałowej, czyli oddanej niedawno do użytku nowoczesnej trasie zbliżającej centrum do postoczniowych terenów. A także o już praktycznie ukończonym Europejskim Centrum Solidarności i o budowanym w sąsiedztwie Muzeum II Wojny Światowej – dwóch wielkich instytucjach, mających szansę przyciągać w przyszłości tłumy. Ale pesymista zaprosi na wycieczkę, by udowodnić, że na większości terenów wiatr hula i nic się nie dzieje. Przypomni o słabo chronionych i w wielu przypadkach bezpowrotnie straconych zabytkach architektonicznych (hale) i przemysłowych (dźwigi). Wskaże na tereny rozdzielone między czterech prywatnych deweloperów, mających własne pomysły, którym wcale nie po drodze z koncepcją kompleksowego zagospodarowania tego obszaru.

Można oczywiście machnąć ręką na czarne dziury, centra miasta oraz pastiszowe zabawy z historią i spróbować poszukać w Gdańsku miejsc magicznych, których siłę tak przekonująco budowali pisarze Stefan Chwin czy Paweł Huelle. Ten ostatni, nieco zirytowany prośbą o ich wskazanie („stale mnie o to pytają”), poleca w końcu Twierdzę Wisłoujście oraz ulicę Lilli Wenedy z przyległościami („piękny przykład secesji dla niższej klasy średniej”). Dodaje jednak, że najbardziej boli go fakt, iż z Gdańska „wyparowała portowość” z jej kwintesencją – targiem rybnym. Z kolei Aneta Szyłak, szefowa najbardziej progresywnej instytucji kultury w Trójmieście, czyli Instytutu Sztuki Wyspa, zachęca, by zapuścić się na Biskupią Górkę i forty pod Gradową Górką. Takich miejsc jest zresztą w całym Trójmieście sporo, trzeba tylko trochę wysiłku, by wyjść poza schemat Długi Targ (Gdańsk), molo (Sopot) i Świętojańska (Gdynia). A warto.

Polityka 35.2014 (2973) z dnia 26.08.2014; Portrety miast: TRÓJMIASTO; s. 61
Oryginalny tytuł tekstu: "Między portem a kurortem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama