Moje miasto

Dlaczego budujemy nasze miasta na skróty

Temat korków towarzyszy nam od zawsze. Na zdjęciu poranek w Krakowie. Temat korków towarzyszy nam od zawsze. Na zdjęciu poranek w Krakowie. Łukasz Hejnak / Flickr CC by 2.0
Osiedla? Grodzić! Drogi? Poszerzać! Ubogich, nieporadnych życiowo ludzi? Wyprowadzić! Przy rozwiązywaniu skomplikowanych problemów często sięgamy po prymitywne rozwiązania.

Jedną z wielu twarzy rozpędzającej się samorządowej kampanii wyborczej będzie festiwal prostych rozwiązań. Prostych i kuszących, bo dających iluzję, że są skuteczną receptą na wiele palących problemów.

Korki? To poszerzymy

Jednym z klasycznych przykładów jest sprawa korków. Temat towarzyszy nam od zawsze, ale wielu kierowców przeżywa go na nowo każdego dnia w drodze do i z pracy. Dla części z nich słowa polityka, który obiecuje poszerzenie dróg, więcej miejsc parkingowych i jeszcze kilka dodatkowych mostów, mogą brzmieć niezwykle przekonująco. Skoro jest ciasno, to trzeba poszerzyć, prawda?

W rzeczywistości poszerzanie działa tylko przez krótki moment. Bo puste ulice przyciągają nowych kierowców ze zdwojoną siłą. Także tych, którzy wcześniej zamienili tłok na drodze na tłok w komunikacji publicznej. Skoro autobusem czy kolejką przestaje być szybciej, to po co się męczyć? I wówczas problem korków powraca.

Płot nie pomaga w budowaniu społeczności

Szukanie takich dróg na skróty występuje w praktycznie każdej dziedzinie miejskiego życia. Grodzenie osiedli jest świetnym przykładem. Płot ma chronić to, co wewnątrz, przed niebezpieczeństwami z zewnątrz. Problem w tym, że ogrodzenie tylko na moment podnosi komfort życia tych, którzy mieszkają w jego obrębie. Im bowiem więcej płotów, tym w przyszłości więcej potencjalnych problemów z miejską społecznością.

I nie tylko. Warto się czasem zastanowić, czy podziały w naszym społeczeństwie, brak zaufania utrudniający współdziałanie, niska jakość debaty publicznej nie mają przypadkiem związku z tym, jak dzielimy naszą przestrzeń publiczną. Płot zdecydowanie nie jest pomostem do budowania wspólnej społeczności. Wykluczenie w przestrzeni przeniesie się zaś potem na wykluczenie w szkole czy miejscu pracy.

Czytaj też: Miasta zasnute smogiem. Nie tylko w Polsce

Nie tylko niewiedza i niedojrzałość

Skoro proste rozwiązania nie działają, to dlaczego wciąż chcemy poszerzać drogi i budować nowe miejsca parkingowe, zwłaszcza w centrach miast? Dlaczego tak chętnie sięgamy po płoty jako narzędzie zabezpieczenia poczucia komfortu i bezpieczeństwa? Można by oczywiście powiedzieć, że jeszcze nie dorośliśmy, albo że po prostu jako społeczeństwo jesteśmy za głupi, by zrozumieć, że efektywne zmniejszenie korków nie polega na zwiększaniu powierzchni dróg, ale na zmniejszaniu liczby aut.

Problem w tym, że takie odpowiedzi to taka sama droga na skróty. Brzmi dobrze, ale to nieprawda. Bo podobne poglądy proponują ludzie, których trudno posądzać o brak wykształcenia czy zrozumienia dla istoty demokracji i zasad współżycia społecznego. Tak jak jednego z socjologów i dyżurnego publicysty, który grodzenie osiedli uważa nawet za warunek niezbędny, bo umożliwiający dobre życie „dobrym mieszczanom”, bez udręki związanej z sąsiedztwem „biedoty i żuli gnieżdżących się w zrujnowanych kamienicach”.

Czytaj też: Dlaczego aglomeracje coraz częściej powstają wokół lotnisk?

Samorządy sobie nie radzą, ludzie biorą sprawy w swoje ręce

Być może dzieje się tak z poczucia osamotnienia i konieczności radzenia sobie na własną rękę w państwie i mieście, które w istocie nie działa. Samorządy, tak samo zresztą jak administracja centralna, nie radzą sobie z rozwiązywaniem problemów, które wymagają współdziałania służb, cierpliwości i konsekwencji.

Niezależnie od przyczyn takiego stanu rzeczy liczy się stan obecny. Ten zaś jest taki, że osoby, które na fali niekontrolowanej suburbanizacji przeprowadziły się na tereny pozbawione sensownego dostępu do komunikacji publicznej, są skazane na samochody. Co z tego, że same podjęły decyzję o wyprowadzce na peryferia? Przecież nie wprowadzali się do nielegalnych lepianek, tylko budynków postawionych za zgodą i wiedzą władz.

Skoro miasto nie umiało sensownie planować swojej rozbudowy i nie jest w stanie zapewnić nawet przyzwoitego dostępu do szkół czy żłobków w najbliższej okolicy, to ludzie muszą brać sprawy we własne ręce. I biorą. Nie licząc się z konsekwencjami, które spadną na nas wszystkich za kilka lat.

Grodzony, ubezpieczony

Nie wszystkie osoby, które decydują się na zamieszkanie na grodzonym osiedlu, robią to z potrzeby prestiżu czy chęci oddzielenia się od „żuli”. Po tym jak grodzone osiedla stały się modne, trudno czasem znaleźć mieszkanie bez oddzielającego go od realnego życia płotu.

Polskie planowanie przestrzenne nie umiało sobie z tym niebezpiecznym trendem poradzić i zostawiło sprawę do decyzji deweloperów i spółdzielni mieszkaniowych. W tych drugich często decyzje o postawieniu płotu wynikają zaś ze strachu. Ludzie boją się, że bawiące się przed blokiem dzieci ktoś napadnie. Martwią się, że jacyś przypadkowi chuligani zniszczą ich uporządkowaną przestrzeń, w którą włożyli dużo czasu i pieniędzy. Chronią się przed obcymi, którzy mogą zapuszczać się na teren ich sąsiedztwa w niekoniecznie przyjaznych zamiarach.

Nawet jeśli realne niebezpieczeństwo nie istnieje, to lepiej dmuchać na zimne. Bo poczucie niebezpieczeństwa – często podsycane przez media piszące o kradzieżach i rozbojach – jest równie ważne. I to ono często dyktuje konieczność grodzenia się. To oczywiście zapewnia tylko iluzję bezpieczeństwa. Jest ona jednak bardziej realna od poczucia, że w razie czego można liczyć na straż miejską, policję czy czujnych sąsiadów. Płot daje siłę. Służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo raczej kojarzą się z bezsilnością.

Czytaj też: Jak sobie poradzą polskie miasta?

Wróbel czy gołąb

O ile łatwo zrozumieć taki stan rzeczy, o tyle trudno się z nim zgodzić. Decyzje o grodzeniu się czy budowie szerszych dróg w dużej części oparte są bowiem na emocjach. Nie pomaga też często bardzo hermetyczny sposób szerzenia wiedzy o alternatywnych rozwiązaniach i często bardzo niespójne wdrażanie dobrych rozwiązań w praktyce. Nie zawsze przecież to, co dobrze wygląda w teorii, sprawdza się również w realizacji przeprowadzonej przez polską administrację i włodarzy.

Nawet dobry projekt potrafi zostać zepsuty przez jedno niedociągnięcie, które staje się źródłem frustracji. To zaś, że takie niedociągnięcie się pojawi, jest rzeczą więcej niż pewną. Tak jak to, że władze miast wciąż nie umieją działać w sposób spójny i konsekwentny. Jednego dnia włodarze mówią o potrzebie zrównoważonego rozwoju, a drugiego dnia podejmują działania będące tego rozwoju całkowitym zaprzeczeniem. I same zaczynają stosować drogi na skróty, pokazywać wszem wobec, że jednak wróbel w garści jest zdecydowanie lepszy niż gołąb na dachu. Być może dlatego, że często nie mają realnych możliwości, by tego gołębia złapać.

Mieszkańcy o tym doskonale wiedzą. Wbrew pozorom jesteśmy bardzo uważnymi obserwatorami. Widzimy absurdy, przykłady bezsilności i jaskrawe poczucie niesprawiedliwości. Czujemy, że wspólne zasady nie obowiązują wszystkich w równy sposób. Zawsze są ci lepsi, którzy mogą je bezkarnie łamać. Coraz więcej jest oczywiście takich osób, które zaczynają od siebie i odrzucają prostackie rozwiązania. Tylko że wciąż jest to w naszym kraju wysiłek wymagający indywidualnej, a nie systemowej, mobilizacji.

Politycy też o tym doskonale wiedzą. I dostosowują do tego swoje strategie. Jedni będą nas mamić wielkimi projektami – skokami cywilizacyjnymi w stylu Euro 2012 albo kolejnych EXPO, które mają odwrócić naszą uwagę od problemów codzienności. Drudzy powiedzą wprost: nie ma sensu, byście stawali się lepszymi współobywatelami, nie ma sensu, żebyście ponosili wyrzeczenia w imię lepszej przyszłości, już teraz należy się wam dobra zmiana. Wybór w istocie często bywa iluzoryczny – tak samo jak nasze drogi na skróty.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Fundusz Odbudowy. Po co lewicy romans z PiS?

Inicjatywa i sprawczość. Na dźwięk tych słów politycy polskiej opozycji tracą rozum. Nie tylko lewicy zresztą.

Łukasz Lipiński
27.04.2021
Reklama