Moje miasto

Murowane kłopoty

Co się stało z planem odbudowy zamków Kazimierza Wielkiego?

Ruiny zamku w Szydłowie. Ruiny zamku w Szydłowie. Grzegorz Biernat/parafoto.pl
Śmiała wizja odbudowy zamków kazimierzowskich podzieliła ich los – popadła w ruinę.
Jacek Nazarko pomoc państwa w odbudowie zamku w Tykocinie sprowadza do tego, że przestano mu rzucać kłody pod nogi.Maga Sokalska Jacek Nazarko pomoc państwa w odbudowie zamku w Tykocinie sprowadza do tego, że przestano mu rzucać kłody pod nogi.
Zamek w Tykocinie.Wojciech Wójcik/Forum Zamek w Tykocinie.

Artykuł w wersji audio

Jarosław Kaczyński, który zastał Polskę w ruinie, obiecał odbudować wszystko. Nawet bardzo stare ruiny. A konkretnie zamki Kazimierza Wielkiego. Na tym jednym zdaniu, wygłoszonym rok temu na V Kongresie PiS, kilku samorządowców postanowiło odbudować swoje budżety. Po kontakcie z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego okazało się, że w większości natknęli się na mur.

Z mroków zapomnienia

Oficjalny status zamku w Szydłowie to „trwała ruina”, co mniej zorientowanym w żargonie konserwatorów wyjaśniamy: nie jest już zamkiem, lecz pozostałościami po zamku. I to właśnie pozostałości objęte są ochroną konserwatorską. O odbudowie zamku można więc zapomnieć, dopóki nie zmieni się jego status. Jednak dynamiczna sytuacja polityczno-ideologiczna postawiła świętokrzyską konserwator zabytków w trudnej sytuacji.

W drodze kompromisu konserwator Anna Żak-Stobiecka wydała salomonową decyzję. – Samorząd dostał zgodę na ekspozycję sali rycerskiej i częściową sali tronowej, co pozwoli na powstrzymanie degradacji obiektu. Jednak wszystkie dokonane zmiany mają mieć charakter odwracalny, tak żeby nie naruszać struktury zabytku. Wyposażony w taki glejt wójt Szydłowa Jan Klamczyński przystąpił do działania. W odrestaurowaniu średniowiecznej świetności Szydłowa dostrzegł szansę na wyrwanie miasta z mroków turystycznego zapomnienia.

Wójtowi Klamczyńskiemu, jako człowiekowi wywodzącemu się z show-biznesu (ośmiokrotny organizator wyborów Miss Zalewu Chańcza), nie trzeba mówić, jak odnaleźć się w najtrudniejszej nawet sytuacji. A jego jest nie do pozazdroszczenia, bo przygniotła go skala własnego sukcesu. Po wielu latach walki o fundusze udało mu się wyszarpać z Unii Europejskiej gigantyczną dotację na rewitalizację rodzinnego Szydłowa. Polskiego Carcassonne, jak mówi za każdym razem, kiedy prezentuje miasto komuś z zewnątrz.

Może trochę przesadza, bo szlachetną prostotę małego miasteczka zamkniętego w obrębie średniowiecznych murów Szydłów stracił w czasie drugiej wojny światowej, w czasie której zniszczono prawie 90 proc. zabudowy miasta. Jedna z nauk, jaką Klamczyński wyniósł z show-biznesu, to świadomość, że trzeba mieć mocną i chwytliwą gadkę, którą można zapłodnić wyobraźnię rozmówcy. A Carcassonne znają nawet ci, którzy nigdy tam nie byli.

Ponad 10 mln zł dla miasteczka liczącego 1110 mieszkańców to góra pieniędzy. Szkopuł w tym, że potrzebny jest jeszcze wkład własny. Co prawda gmina zamierza zadłużyć się na 4 mln, ale trzeba to jeszcze jakoś wytłumaczyć wyborcom. A ci przed wyborami robią się sensytywni. Zapytani o potrzeby, mówią o kanalizacji, lepszych drogach. Odbudowę zamku czy synagogi kwitują pytaniem: – A kto tu ostatnio widział jakiegoś króla albo Żyda? No i stąd całe zamieszanie.

Pomysłodawca Święta Śliwki wie, że publiczność jest kapryśna. Ale jak już mieszkańcy zobaczą odpicowany zamek i tych wszystkich turystów i rycerzy, którzy będą do niego ciągnąć jak muchy do miodu, to sami się zachwycą.

Wicepremier zamknięty

Wcześniej jednak musiał zdobyć inny zamek. Konkretnie pałac Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego przy Krakowskim Przedmieściu. Szturmował przy użyciu licznych podań i natarczywych prób połączenia się z najwyższym czynnikiem, czyli wicepremierem Piotrem Glińskim. Szukał wspólników i koalicjantów, i to w osobie ojca samego premiera. U miejscowego artysty zamówił rzeźbione godło, żeby wicepremier za każdym razem, jak spojrzy na orzełka, wzruszył się, jak go kochają w Szydłowie. Niestety, do osobistego kontaktu nie doszło.

Ministerstwo w swojej łaskawości postanowiło jednak dorzucić do projektu prawie 850 tys. zł. Nie na takie kwoty liczył wójt. Wobec niemożliwości osobistego przebicia się do wicepremiera zaczął śledzić jego kalendarz. W życiu by nie zorganizował tych wszystkich imprez, gdyby nie wiedział, że impresario wyrzucony przez drzwi sprawdza, na jakiej wysokości jest okno. Tak się szczęśliwie złożyło, że wicepremier zaplanował podróż do pobliskiej Wiślicy. Tam też mieli kiedyś zamek kazimierzowski. Ale wicepremier do miasteczka zawitał nie w sprawie zamku, lecz kolegiaty, z której w swojej szczodrości uczynił oddział Muzeum Narodowego w Kielcach. Sądząc po tegorocznym podziale dotacji na zabytki, wicepremier zamierza najpierw postawić na nogi zabytki kościelne. A jak wystarczy, to weźmie się za całą resztę.

21 kwietnia wójt Klamczyński był już w pogotowiu. Do Wiślicy przyjechał niby to z kurtuazyjną wizytą. Na luzie, w żółtej koszuli, bez krawata, jak to przy sobocie. Ale jednak służbowo. Cierpliwie wyczekał, aż na zaaranżowanej scenie zrobi się jakaś pauza, i wkroczył na nią z krótką i spontaniczną przemową. Posłodził, pochwalił, z góry podziękował. Wcisnął reklamówkę z prezentem, dołożył teczkę z prośbą o milion złotych. I jeszcze zadbał, żeby mu zrobili zdjęcie, aby po jego heroicznej walce o pieniądze pozostał jakiś ślad. Analizując fotografię, trudno odpowiedzieć, czy wicepremier złożył sztywno ręce na piersiach, bo lepiej mu się tak występuje publicznie. Czy też może przyjął postawę zwaną w mowie ciała zamkniętą. Sądząc po braku odzewu z ministerstwa, raczej to drugie.

Zamkowe rewolucje

Turystyczne realia Szydłowa mają to do siebie, że wizyta nie powinna być za długa, bo miasto oferuje jedną restaurację. Na dodatek z nieregularnymi godzinami otwarcia i krótkim menu. I nie dlatego, że właścicielka podpatrzyła to w „Kuchennych rewolucjach”, tylko dostosowała popyt do podaży. Sam wójt rozmawiał już z nią na ten temat. Tłumaczył, że on sobie żyły wypruwa, żeby ściągnąć turystów, a ona sabotuje. Ale trudno walczyć na argumenty, kiedy bywają dni, że klientów policzyć można na palcach jednej ręki. Zresztą sam wójt przyjmuje gości z pętkiem kiełbaski na biurku, a w sekretariacie kroi chleb i obiera ogórki, żeby nie nabrudzić w papierach, które piętrzą mu się w gabinecie.

Nie byłby jednak sobą, gdyby nie wierzył. Kiedy 20 lat temu organizował pierwsze Święto Śliwki, z trudem udało mu się załatwić 300 zł funduszy. A główny sponsor, lokalny browar, po długich i trudnych pertraktacjach dał dwie beczki piwa. Dziś to poważna impreza, na trwałe wpisana w mapę kulturalnych wydarzeń regionu. Chętnie odwiedzana, bo gwarantująca kontakt z największymi gwiazdami disco polo. Realizację pomysłu pełnej odbudowy zamku, który kwestionują nie tylko służby konserwatorskie, ale i część mieszkańców, wójt postawił sobie za punkt honoru. Jak każdy rządzący chciałby pozostawić po sobie jakiś pomnik. A czy można mieć lepszy niż ten, którego cokół postawił już Kazimierz Wielki?

Bob budowniczy

Jacek Nazarko przez niemal całe życie budował mieszkania dla zwykłych ludzi. Doszedł w tym do takiej wprawy i pozycji majątkowej, że swoją karierę budowniczego postanowił czymś ukoronować. A od takiej myśli do pomysłu odbudowy zamku jest już tylko jeden krok. Wybór padł na zamek w Tykocinie, który Nazarko miał dosłownie rzut beretem od rodzinnego Białegostoku. Zamek miał również tę zaletę, że już właściwie nie istniał. O tym, że jednak kiedyś stał, świadczyła tylko kwadratowa obwódka murów, z której okoliczna ludność wygrzebywała ostatnie cegły, w zamian zostawiając zwały śmieci. Pomoc państwa w odbudowie historycznego dziedzictwa Nazarko sprowadza do tego, że w pewnym momencie przestano mu rzucać kłody pod nogi.

Za własne pieniądze przeprowadził prace archeologiczne i objeździł wszystkie zamki w bliskiej i dalekiej okolicy. Chciał podpatrzyć, jak koledzy po fachu radzili sobie 500 lat przed jego urodzinami. Kiedy już zobaczył i przeczytał wszystko, co się dało, na temat zamków, przystąpił do budowy. Trwa ona do dziś, bo obiekt powstaje metodą gospodarską. I sam się finansuje z dochodów restauracji i hotelu. Kiedy osiem oddanych do użytku zamkowych pokoi przyniesie jakiś dochód, Nazarko wzywa trzech murarzy i ciągną mury do góry. Cały zamek wybudował z pomocą jednej betoniarki, którą niemal już zajeździł. Ale z kupnem nowej się nie spieszy. Budując zamek, trzeba dobrze kontrolować koszty.

Średnio wychodzi, że stawia jedno piętro rocznie. Jeśli w tym roku przykryje ostatnią kondygnację dachem, to potroi liczbę pokoi i wreszcie będzie mógł pełną parą wejść na rynek imprez weselnych. A na tym robi się teraz największe pieniądze.

Odbudowy nie sprowadza jedynie do pieniędzy. Każdego roku zamek odwiedza około 40 tys. turystów, którym wykwalifikowani przewodnicy opowiadają o minionej świetności Polski i dlaczego została utracona. Opowieść o zamku w Tykocinie jest przyczynkiem do opowieści o fantazyjnym życiu na dworze. Ale też wielkiej wizji, w której Polska za sprawą Jagiellonów była częścią europejskiej rodziny. Kłopoty zaczęły się, kiedy od tej Europy zaczęła się odsuwać. Przewodnicy podkreślają wątek europejski, bo z obserwacji nowego właściciela zamku wynika, że okoliczni mieszkańcy do Unii Europejskiej wkroczyli jedynie częściowo. Konkretnie to są w niej raz na rok, kiedy odbierają unijną dopłatę. Mentalnie do Europy się nie garną. Tak jak rządzący, którzy chętnie nawiązują do Kazimierza Wielkiego. Tak jakby nie wiedzieli, że zamki potrzebne były Kazimierzowi Wielkiemu, żeby rozszerzać działanie wymiaru sprawiedliwości i wzmacniać armię. A dzisiejsze władze zdemolowały jedno i drugie.

1 proc.

Indywidualny sukces, jaki osiągnął Nazarko, w skali państwa jest raczej nie do powtórzenia. Dzieło odbudowy, które zapowiedział prezes Kaczyński, w realiach państwowych może mieć długi termin realizacji. Według zapowiedzi prezesa źródłem finansowania odbudowy zamków ma być Narodowy Fundusz Odbudowy Zabytków. Pieniędzmi mają go zasilać inwestorzy, którzy weszli w posiadanie zabytków. Ale zamiast o nie dbać, ordynarnie je zaniedbują.

Przyjęto więc ustawę nadającą wojewódzkim konserwatorom zabytków moc nakładania kar finansowych. Tyle tylko, że proces ich nakładania jest wielostopniowy i rozciągnięty w czasie. A same kary raczej symboliczne. Po ponad pięciu miesiącach funkcjonowania NFOZ na konto funduszu wpłynęło 57 716 zł, co stanowi około 1 proc. kosztów potrzebnych do odbudowy średniej wielkości zamku. Na lekcji historii dzieci uczą się teraz, że Kazimierz Wielki w czasie swojego panowania w latach 1333–70 wybudował 55 zamków. Na lekcji matematyki mogłyby obliczyć, ile czasu Jarosławowi Kaczyńskiemu zajmie ich odbudowanie.

Polityka 26.2018 (3166) z dnia 26.06.2018; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Murowane kłopoty"
Więcej na ten temat


Partnerzy Moje Miasto

Kraków Szczecin Warszawa Sopot
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama