Moje miasto

Która władza przeszkadza

Samorządowcy na froncie

Lokalne wybory od początku wyzwalały w kandydatach niezwykłą inwencję. Lokalne wybory od początku wyzwalały w kandydatach niezwykłą inwencję. EAST NEWS
Trzydziesta rocznica pierwszych wyborów do rad gminy miała być okazją do wielkiej fety polskiej samorządności. Pandemia utrudniła świętowanie, a kampania prezydencka wypchnęła samorządowców na pierwszą linię politycznego frontu.
EAST NEWS
EAST NEWS
EAST NEWS
EAST NEWS

Artykuł w wersji audio

Rozpędzająca się kampania wyborcza przysłania niedawne emocje związane z datą „niewyborów” 10 maja. Do roli męża opatrznościowego urósł wtedy Jarosław Gowin, który wymusił ich przełożenie. Politolog prof. Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego zwraca jednak uwagę, że tak naprawdę szanse na organizację głosowania 10 maja rozwiały się już wcześniej. Momentem przełomowym był 30 marca, kiedy Mirosław Lech, wójt podlaskiego Korycina, „odwołał wybory”. Lech po prostu wycofał upoważnienie pracownikowi odpowiedzialnemu za organizację wyborów i poinformował Państwową Komisję Wyborczą, że odmawia zaangażowania w wybory ze względu na troskę o bezpieczeństwo mieszkańców.

Po nim podobne stanowisko zajęli włodarze wielu innych gmin i miast, co wywołało furię w obozie rządzącym. Ryszard Terlecki straszył wręcz, że krnąbrnych burmistrzów i prezydentów zastąpią komisarze. Trwały więc przygotowania do wyborów korespondencyjnych. I znowu sprawę zablokowali samorządowcy, odmawiając wydania spisów wyborców Poczcie Polskiej.

Marcin Krupa, prezydent Katowic, wspomina: – Podkreślałem to publicznie, że nie udostępnię Poczcie Polskiej danych mieszkańców Katowic – i tego nie zrobiłem. Brakowało odpowiednich aktów prawnych koniecznych do przeprowadzenia wyborów 10 maja. A Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania, kwituje całą historię krótko: – Odmówiłem przekazania list wyborców Poczcie Polskiej. Nie byłem gotów do przeprowadzenia wyborów 10 maja, podobnie jak nikt inny nie był. Dlatego się nie odbyły. Jeszcze inni, jak prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski, postanowili postawić kropkę nad i: – Odmówiłem przekazania danych. Co więcej, złożyłem zawiadomienie do prokuratury dotyczące możliwości popełnienia przestępstwa wyłudzenia wielu tysięcy danych osobowych.

Utarczki, a właściwie już ostry konflikt z rządem, przykryły wielki samorządowy jubileusz: dokładnie 27 maja 1990 r. odbyły się w Polsce pierwsze w pełni wolne wybory. Wybieraliśmy wtedy rady gmin, które z kolei wybierały spośród siebie wójtów, burmistrzów i prezydentów. W ten sposób rozpoczęła się ustrojowa rewolucja potwierdzona konstytucją z 1997 r. Jednolity system władzy państwowej obowiązujący w PRL został zastąpiony zasadą decentralizacji władzy, samorządności i pomocniczości. Ta ostatnia mówi, że wyższe szczeble władzy nie powinny wtrącać się w sprawy mniejszych wspólnot, jeśli nie ma takiej potrzeby i nie dochodzi do naruszenia prawa.

Potencjał Polski lokalnej

Oddanie zarządzania gminami i miastami ich mieszkańcom było gestem odwagi, w którą wielu obserwatorów polskiej sfery publicznej wątpiło. Prof. Ewa Łętowska, wybitna prawniczka, pierwsza rzecznik praw obywatelskich po utworzeniu tego urzędu w 1988 r., nie ukrywa, że żywiła wówczas obawy. Dziś dołączyła do grona tych, którzy uznają samorządową rewolucję za jeden z najważniejszych sukcesów transformacji. Okazało się, że rację miał prof. Antoni Kukliński, który już w latach 80. przekonywał o wielkim potencjale drzemiącym w Polsce lokalnej i w nim właśnie upatrywał energii potrzebnej do wyrwania kraju z rozwojowego marazmu.

Dziś bez samorządów nie dałoby się rządzić Polską. Ponad połowę inwestycji publicznych realizują władze lokalne, w jeszcze większym stopniu finansują kulturę, dokładają coraz więcej do edukacji, bo rząd nie zwiększa odpowiednio subwencji oświatowej. Co więcej, samorządy są też zobowiązane realizować nawet nieprzemyślane, niejasne i sprzeczne często decyzje władz centralnych, co pokazała pandemia. Gdy w lutym Agencja Rezerw Materiałowych wyprzedawała beztrosko maseczki za granicę, w Białymstoku zbierał się zespół ds. monitorowania sytuacji epidemiologicznej, by przygotować miasto do zagrożenia. Gdy premier Mateusz Morawiecki witał z pompą największy samolot świata pełen bezużytecznych, jak się okazało, materiałów medycznych, wójt Sędziejowic Dariusz Wójcik organizował z mieszkańcami swojej gminy szycie maseczek potrzebnych dla mieszkańców.

Zdalna edukacja, zaopatrzenie służb medycznych i ratowniczych w materiały ochronne, pomoc osobom starszym i szczególnie narażonym na ryzyko zachorowania nie byłyby możliwe bez samoorganizacji lokalnych wspólnot we współpracy z lokalną władzą.Test pandemii potwierdził siłę samorządu, potwierdzają ją także systematycznie powtarzane badania opinii społecznej. Pokazują one, że władzy lokalnej udało się w Polsce to, co nigdy żadnej innej się nie udawało i nie udaje: zdobyć społeczne zaufanie. Ufa więc władzy lokalnej 74 proc. badanych, sprawdził CBOS w sondażu przeprowadzonym tuż przed wybuchem epidemii. W tym samym czasie rządowi ufało 46 proc. respondentów, a brak zaufania deklarowało 45 proc. Sejm i Senat mogły liczyć jedynie na 33 proc. pozytywnych ocen.

Samorząd „warczy na rząd”

Niestety, rok jubileuszowy przyniósł największe od 30 lat zagrożenie dla samej idei samorządności lokalnej. Jarosław Kaczyński, szef rządzącej formacji, jest zwolennikiem jakobińskiej wizji państwa scentralizowanego, bliskiej peerelowskiej idei jednolitej władzy państwowej. Przed wyborami lokalnymi w 2018 r. ostrzegał przed samorządem „warczącym na rząd”, a premier Mateusz Morawiecki uzupełniał ostrzegawczy przekaz, że łatwiej będzie o kasę z centralnego budżetu tym, którzy nie będą się stawiać. Jak powiedział, tak zrobił – wiemy już z badań prof. Pawła Swianiewicza z Uniwersytetu Warszawskiego, że np. środki z Funduszu Dróg Samorządowych dystrybuowane są przez premiera w dużej mierze z uwzględnieniem politycznych preferencji lokalnych władz.

Najbardziej jednak boli nie tyle arbitralność rządowych decyzji, co systematyczne pozbawianie samorządów kompetencji oraz drenowanie ich finansów potrzebnych na realizację politycznych obietnic partii władzy. Raport o sytuacji finansowej samorządów po 2014 r., przygotowany przez prof. Pawła Swianiewicza i dr Julitę Łukomską dla Fundacji im. Stefana Batorego, pokazuje, że w 2019 r. ujawniło się niepokojące zjawisko: zaczęła maleć nadwyżka operacyjna w samorządowych budżetach, czyli różnica między dochodami a wydatkami. To właśnie ta nadwyżka umożliwia prowadzenie polityki rozwojowej w czasach prosperity, a gdy nadchodzi kryzys, umożliwia działania interwencyjne. Epidemia i jej gospodarcze konsekwencje postawiły samorządy wobec wizji finansowej katastrofy.

Stawkę zagrożeń odsłoniła analiza Związku Miast Polskich, przedstawiona na podstawie ankiety, na którą odpowiedziało 138 miast. Wynika z niej, że wpływy do miejskich budżetów z podatku PIT w kwietniu były o ok. 40 proc. mniejsze niż rok wcześniej. Nic więc dziwnego, że wielu samorządowców podchwyciło hasło „mamy dość!” rzucone przez Rafała Trzaskowskiego. Prezydent Warszawy, zastępując w wyborczym wyścigu Małgorzatę Kidawę-Błońską, postanowił zagrać kartą samorządową. I spotkał się z bezprecedensową odpowiedzią wielu kolegów. Nastroje doskonale wyraża Jacek Jaśkowiak: – Oczywiście angażuję się w kampanię i jednoznacznie poparłem Rafała Trzaskowskiego. Myślę, że może liczyć na silne, szerokie poparcie od innych samorządowców, bo wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że te wybory są dla naszej przyszłości kluczowe. Jeżeli kandydat opozycji w nich nie wygra, będzie to oznaczało koniec samorządów.

Poparcie nie kończy się na słowach, co pokazuje Tadeusz Truskolaski: – Jestem zaangażowany w kampanię jako szef sztabu wyborczego na województwo podlaskie. Rafał Trzaskowski mnie o to poprosił, a ja się zgodziłem. Nasz pierwszy sukces to trzy razy więcej zebranych podpisów poparcia niż na poprzednią kandydatkę, i to w o wiele krótszym czasie.

Samorząd idzie na wybory

Oczywiście nie wszyscy angażują się bezpośrednio w poparcie Trzaskowskiego czy ewentualnie innych kandydatów. Większość samorządowców deklaruje jednak, że będzie zachęcać mieszkańców do udziału w wyborach. Piotr Krzystek, prezydent Szczecina, wyjaśnia: – Ogłosiliśmy niedawno akcję „Cała Polska. Na wybory!”. Zachęcamy oczywiście do uczestnictwa w zbliżających się wyborach. Działamy wedle idei „niech łączy nas to, że idziemy na wybory, a nie dzieli to, na kogo chcemy głosować”. Oficjalnego poparcia obecnie nie udzielam, ponieważ nie chcę, by nasza akcja była kojarzona z jednym kandydatem. Moim celem jest trafienie do jak największej grupy mieszkańców i zachęcenie ich do oddania głosu.

Podobnie Marcin Krupa z Katowic: – Podczas zeszłorocznych wyborów do parlamentu pobiliśmy nasz rekord frekwencji, osiągając pułap 67,5 proc.! Wierzę, że w tym roku jest szansa na poprawienie tego rezultatu. Wiemy, że duża grupa mieszkańców ze względu na sytuację epidemiczną na Śląsku będzie wolała oddać głos metodą korespondencyjną, dlatego Urząd Miasta będzie otwarty w dwie soboty przed wyborami – byśmy mogli obsłużyć wszystkich chętnych.

Czas na przygotowanie głosowania jest niezwykle krótki, lecz nasi rozmówcy twierdzą, że kompletują składy komisji wyborczych i w wielu miejscach będą one działały w pełnych, a nie tylko minimalnych trzyosobowych zespołach. Co jednak z koronawirusem, który nie zważa na kalendarz wyborczy? Piotr Krzystek uspokaja: – Zrobimy wszystko, aby było bezpiecznie. Stawką jest nie tylko wynik tych wyborów, ale także najcenniejszy kapitał zgromadzony przez 30 lat przez samorząd – społeczne zaufanie.

WSPÓŁPRACA URSZULA SCHWARZENBERG-CZERNY

Polityka 25.2020 (3266) z dnia 16.06.2020; Polityka/Ogląd i pogląd; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Która władza przeszkadza"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama