Co lodowiec ma w środku

Historia na lodzie pisana
W ciągu ostatnich milionów lat regułą były okresowe zlodowacenia, a zmiany klimatu następowały bardzo szybko. Czy tak będzie w przyszłości?
Badanie lodowca Taylor na Antarktyce
Polityka

Badanie lodowca Taylor na Antarktyce

Luis Agassis - twórca teorii lodowcowej
EAST NEWS

Luis Agassis - twórca teorii lodowcowej

Pod przewrotną nazwą – Hôtel des Neuchâtelois – powstało z głazów i desek na niezbyt dużym lodowcu Unteraar w Alpach Berneńskich coś, co dziś nazwalibyśmy stacją glacjologiczną. Latem 1840 r. miejsce to stało się obiektem pielgrzymek podróżników, uczonych i artystów. Właśnie w owym roku ukazała się książka o lodowcach „Études sur les glaciers” Louisa Agassiza. Ogłosił w niej, że to nie biblijny potop ukształtował otaczający nas krajobraz, lecz lód. A dokładniej – wielka pokrywa lodowa rozciągająca się od bieguna do brzegów Morza Śródziemnego. Obalał mit stabilnego klimatu Ziemi, wykazując, że planeta doznała w przeszłości wielkiego globalnego ochłodzenia i że wiązało się z tym wyginięcie wielu istot żywych.

Odchodziły właśnie w przeszłość czasy, kiedy góry uważano za żałosną ruinę, pozostałość po kataklizmie, który zniszczył dawną doskonałość. (Owa doskonałość – w przekonaniu XVII-wiecznych przyrodników i myślicieli – to ziemia idealnie gładka, bez rys i zmarszczek; o Alpach mówiono montagnes maudites – przeklęte góry). Ani poeta (Johann A. Goethe), ani filozof (Francuz Jean de Luc), ani biolog (Francuz Alexandre Brongniart), ani matematyk (Szkot John Playfair), ani ksiądz (Stanisław Staszic), ani tym bardziej przyrodnicy i podróżnicy, których dzisiaj zapewne nazwalibyśmy geologami (jak Niemiec Leopold Buch, Szwajcar Horace de Saussure, Szkot James Hutton), nie potrafili przejść obojętnie obok tych dziwnych kamieni – wielkich głazów, którymi usiane są pola, łąki i lasy całej nizinnej Europy. Nie pasowały do miejsca, gdzie je spotykali. Przypominały zbłąkanych wędrowców, przybyszów z dalekich stron. Przeczucie ich nie myliło. To chyba właśnie Alexandre Brongniart użył jako pierwszy trafnej nazwy blocs erratiques – błądzące (zagubione) głazy. Równie trafnie – kamieniami runionymi – ochrzcił je po polsku Stanisław Staszic. Dziś nazywamy je eratykami lub – z polska – głazami narzutowymi.

Wiedza o wodzie

Do odczytania tajemnicy ich pochodzenia przymierzano się od dawna. Pierwszym podejrzanym było wnętrze Ziemi. Ściślej – piekło. Ślady hipotezy diabelskiej są widoczne do dzisiaj – co trzeci głaz narzutowy nazywa się kamieniem diabelskim, czarcim albo piekielnym. I to na całym świecie. Niewykluczone, że hipoteza ta ma wciąż swoich wyznawców.

Tajemnicę eratyków usiłowano wyjaśnić wszystkimi znanymi wówczas siłami natury. Krótko żył pomysł, że to gigantyczne wybuchy dawnych wulkanów porozrzucały te głazy po całym świecie. Funkcjonowała hipoteza meteorytowa, a także hipoteza wiążąca eratyki z trzęsieniami ziemi. Na liście podejrzanych żywiołów najdłużej jednak pozostawała woda. Przede wszystkim dlatego, że powszechna i akceptowana była wiedza o wielkim wodnym kataklizmie, który nawiedził Ziemię. Na karb biblijnego potopu składano niemal wszystkie niezrozumiałe zjawiska. Co wnikliwsi obserwatorzy zauważali, że obły kształt tych tajemniczych głazów, większych lub mniejszych, a zwłaszcza całkiem małych wyraźnie wskazuje, że podlegały obróbce w środowisku wodnym, że były toczone (i obtaczane) przez płynącą wodę.

Prawda jednak była już znana. Mieszkańcy dolin alpejskich, myśliwi i pasterze, wiedzieli z własnego doświadczenia, że to lodowce są w stanie przenosić olbrzymie głazy na wielkie odległości. Historia poznania Alp odnotowała, że w pierwszych latach XIX w. taką wiedzą podzielił się z geologiem Jeanem de Charpentierem niejaki Jean-Pierre Perraudin, łowca kozic. Uczony jednak potraktował jego relację jak fantazję. Przypomniał sobie o tym, gdy kilkanaście lat później z podobnymi obserwacjami zgłosił się do niego inżynier Ignaz Venetz. Obu miał okazję poznać później Agassiz i zapewne od nich przejął teorię lodowcową.

Na razie jednak panowała wiara w wodę. To właśnie w Alpach, w 1818 r., zaobserwowano wydarzenie, które dało początek koncepcji znanej jako powódź mułowa. Obryw potężnego fragmentu lodowca spowodował przerwanie lodowej tamy w dolinie Valais. Ponad 18 mln m sześc. wody runęło w dół, opróżniając jezioro w ciągu pół godziny. Były duże zniszczenia i kilkadziesiąt ofiar, ale uwagę obserwatorów zwróciła kolosalna masa materiału skalnego, przeniesiona z głębi Alp na przedgórze. Przyrodnicy, którzy zwiedzali miejsce katastrofy (niejedynej zresztą tego rodzaju w Alpach w czasach historycznych), wyobrazili sobie taki kataklizm na jeszcze większą skalę. Wielka powódź mułowa miała być transporterem przenoszącym głazy narzutowe na wielkie odległości. Jakkolwiek została wkrótce skrytykowana i obśmiana (James Hutton zauważył, że żadna woda na Ziemi nie zmusi kamienia, by pływał), była znaczącym krokiem do przodu, bo w jej tle pojawił się lodowiec jako siła sprawcza.

Nie wziął pod uwagę takiej siły Nils G. Sefström, szwedzki chemik (odkrywca wanadu), którego zaintrygowały rysy, bruzdy i żłobki, powszechnie występujące na skałach Półwyspu Skandynawskiego. W swoich wędrówkach śladem owych rys objechał znaczną część Europy, znajdując je w bardzo wielu miejscach. Trafnie zauważył, że ślady na podłożu skalnym pozostawiły przesuwające się głazy. Co powodowało ich ruch? To lawina kamienna, mająca swój początek w wysokich górach Skandynawii lub Morza Arktycznego, przetoczyła się po całym tym obszarze. Rozrzucając przy okazji bezładnie wielkie, zabłąkane głazy…

Ideę potopu z lodem, wielkimi głazami i zagadkowymi rysami połączyła zgrabnie teoria dryfu, lansowana przez wielkiego XIX-wiecznego geologa Charlesa Lyella, wspieranego przez Karola Darwina. Zakładała ona istnienie morza (a więc jednak potop), które pokrywało północną i środkową Europę, po którym dryfowały góry lodowe, odrywające się od jakiegoś wielkiego lodowca arktycznego. Przymarznięte od dołu kamienie pozostawiały rysy na podłożu. A niesione we wnętrzu gór lodowych piaski, żwiry, glina oraz mniejsze lub większe kamienie, po wytopieniu się z lodu, pokryły niziny europejskie, tworząc charakterystyczny krajobraz z porozrzucanymi głazami.

Klimat na huśtawce

Jest rzeczą zdumiewającą, że teoria dryfu zawładnęła umysłami XIX-wiecznych przyrodników na długie dziesięciolecia, mimo że Louis Agassiz wystąpił z teorią lodowcową już pod koniec lat 30. A nie był Agassiz bynajmniej prowincjonalnym profesorem. Był uczniem i przyjacielem Georgesa Cuviera. Bardzo aktywnie wspierał go Aleksander Humboldt. Być może o odrzuceniu koncepcji Agassiza zadecydowało to, że sformułował swoją teorię zbyt radykalnie – mówił o globalnym ochłodzeniu, o zlodowaceniu nie tylko w rejonie Alp, zakładał, że wielka pokrywa lodu rozciągała się od bieguna północnego aż po Morze Śródziemne i to zanim wypiętrzyły się Alpy.

Po kilku latach Agassiz zdecydował się na wyjazd do Ameryki. Na pagórku w pobliżu portu w Halifaksie odkrył to, czego się spodziewał – takie same żłobki i rysy na podłożu skalnym, jakie występowały w Alpach. Wiele lat poświęcił, już jako profesor Harvardu, na obserwowanie i opisywanie śladów zlodowacenia w Ameryce Północnej. Zmarł w 1873 r. Gdyby żył kilka lat dłużej, byłby zdumiony i zachwycony. Jego teoria właśnie rozpoczynała triumfalny powrót na salony nauki europejskiej.

Przełom nastąpił w 1875 r., na listopadowym posiedzeniu Niemieckiego Towarzystwa Geologicznego w Berlinie. Szwedzki badacz Otto M. Torell przedstawił zgromadzonym próbki skalne, zebrane wśród wapiennych wzgórz w Rüdersdorf koło Berlina. Widniały na nich ślady działania lodowca identyczne ze śladami znanymi ze Skandynawii. Jeżeli skutek jest ten sam, i przyczyna musi być podobna – Torell odważnie dowodził, że to nie morze polarne z pływającymi krami pokrywało niegdyś Europę, lecz lodowce skandynawskie. Bardziej na południu zaś – lodowce alpejskie. W przeciwieństwie do Agassiza, który przedstawiał epokę lodowcową jako nagłą katastrofę, Torell widział lodowce posuwające się powolnym, lecz ciągłym, ledwie dostrzegalnym ruchem. Koncepcja została w krótkim czasie zaakceptowana przez społeczność naukową. Radykalna zmienność klimatu Ziemi musiała być od tej chwili uwzględniana przy rozpatrywaniu dziejów planety.

W następnym, XX stuleciu, gdy zmuszono do mówienia skały dna morskiego oraz lody Grenlandii i Antarktydy, obraz ten został doprecyzowany i okazało się, że klimat ziemski, przynajmniej podczas ostatnich kilku milionów lat, nie miał nic wspólnego ze stabilnością, raczej przypominał huśtawkę.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj