Walcząca z promieniami
Na terenach Białorusi, skażonych po wybuchu w ukraińskiej elektrowni atomowej w Czarnobylu w kwietniu 1986 r., rodzą się dzieci z głębokimi patologiami. Lekarze wolą o tym nie mówić. Władze przyjęły, że skutki katastrofy zostały już usunięte. Ale doktor Walentyna Smolnikowa nie ufa oficjalnym statystykom.

W kuchni niewielkiego domku na przedmieściach Buda-Koszelewa, miasteczka w południowo-wschodniej Białorusi, w siedzibie organizacji Dzieciom Czarnobyla, trwa zebranie. Walentyna Smolnikowa, emerytowana doktor pediatra, razem z grupą wolontariuszy rozpatruje podania rodziców i decyduje, które dzieci wysłać na wakacje za granicę. Pierwszeństwo mają te o największym napromieniowaniu na masę ciała. – Początkowo staraliśmy się wysyłać dzieci na nieskażone tereny, żeby ich organizmy się oczyściły. Przyjmowały je często rodziny z Niemiec i Włoch – opowiada Smolnikowa. – Ale po powrocie poziom napromieniowania szybko wracał do poprzedniego stanu. Dlatego teraz uczymy, jak żyć i odżywiać się bezpiecznie. Organizujemy zebrania z rodzicami w szkołach i rozdajemy materiały informacyjne.

Nadal wysyłają dzieci za granicę, ale bardziej po to, żeby zobaczyły, jak wygląda życie gdzie indziej. – W ten sposób nawiązują się kontakty, które trwają latami, bo te rodziny, głównie z Niemiec, nie przestają potem pomagać. Przysyłają paczki, leki, dzwonią na święta i ponownie zapraszają dzieci do siebie – mówi pani doktor.

Kilka lat temu w niemieckiej gazecie opublikowano artykuł o Oli Pieszkowej, która urodziła się dwa lata po katastrofie w Czarnobylu z bardzo ciężką chorobą mózgu. Potrzebowała rzadkich preparatów. Artykuł zauważyła starsza Niemka z Saksonii Klara Baurlen, właścicielka kwiaciarni. Tak ją poruszył los młodej Białorusinki, że poprosiła przyjaciół i rodzinę, by od tej pory zamiast prezentów dawali jej pieniądze. Kupowała za nie lekarstwa dla Oli. Pani Baurlen zmarła, a pieniądze na lekarstwa zbiera teraz jej córka.

Z kolei Sania Agapow cierpi na ciężką chorobę genetyczną i musi być na diecie bezbiałkowej. Ponieważ na Białorusi nie produkuje się tego rodzaju jedzenia, znajomi lekarze przysyłają je z Niemiec. Ale zgodnie z białoruskim prawem Sania nie może otrzymywać więcej niż dwie paczki w ciągu roku. Dlatego sąsiedzi przyjmują przesyłki na siebie albo sami przywożą jedzenie z zagranicy. – W białoruskich warunkach rodzicom bardzo trudno jest zapewnić choremu dziecku odpowiednią opiekę – przyznaje Walentyna.

Niektórych z dzieci nie udało się uratować. Smolnikowa każde z nich pamięta. Tolik Baszarow, z ciężkim przypadkiem białaczki, zmarł w wieku 3 lat. Tatiana Kułakowskaja urodziła się z wadą mięśnia sercowego, zmarła na początku lat 90. Swietłana Kurlenkowa, chora na nowotwór, zmarła nie doczekawszy się zatrzymanych na granicy preparatów do chemioterapii.

Samochód z KGB

Mięso namoczyć dwa razy w osolonej wodzie. Gotować dwa razy zmieniając wodę. Nie jeść owoców z lasu. Nie palić drewnem z rozebranych okolicznych budynków. Nie pić mleka od krowy – to zalecenia, jakie daje Walentyna Smolnikowa. – Dzieci z najwyższym wskaźnikiem napromieniowania pochodzą z rodzin, w których je się grzyby albo gdzie ojciec poluje na dziczyznę – wyjaśnia pani doktor.

Wskaźnik napromieniowania dzieci w regionie nie przekracza co prawda norm ustanowionych przez państwo, ale powszechnie wiadomo, że są one zawyżone. Według norm zachodnich napromieniowanie takie jest szkodliwe. U dzieci stale narażonych na promieniowanie zwiększa się znacznie ryzyko zachorowań na raka, choroby serca i schorzenia tarczycy. Nie wiadomo też dokładnie, jak wpłynie to na ich potomstwo.

Smolnikowa przez wiele lat pracowała jako pediatra w miejscowym szpitalu, gdzie od dwudziestu lat spotykała się ze skutkami napromieniowania. Teraz jest na emeryturze i nie ma już prawa badać dzieci. Może tylko przeprowadzać wywiady, dawać wskazówki, namawiać do przestrzegania zasad i unikania napromieniowania. – Wszystko zależy od świadomości rodziców i ich odpowiedzialności – mówi.

Jest drobną kobietą o łagodnej, pokrytej zmarszczkami twarzy. Ubrana zazwyczaj na ciemno, przez wzgląd na żałobę po zmarłym kilka lat temu mężu, nie wyróżnia się zbytnio z tłumu. Mieszka sama w drewnianym domku na obrzeżach miasta. (Często odwiedza mieszkającą w pobliżu rodzinę córki. Jej oczkiem w głowie jest wnuczka Tania, która ku radości babci jest zdrowa).

Odkąd została wdową, wpada do domu, tylko żeby coś zjeść i pędzi dalej. Choć jest na emeryturze, jej dzień pracy trwa często 14 godzin. Odwiedza rodziny i szkoły rozrzucone na przestrzeni dużego powiatu, pracuje też w swojej organizacji. Przyjmuje rodziców, doradza, utrzymuje kontakty z zachodnimi organizacjami partnerskimi, spotyka się ze współpracownikami i nieustannie walczy z formalnościami i trudnościami, które piętrzy przed nią władza.

Na pierwszy rzut oka nic nie zdradza jej silnego charakteru, odwagi i determinacji – cech, jakimi musi się na co dzień wykazywać, kierując organizacją pozarządową na Białorusi. Kilka lat temu udało jej się nakłonić władze, żeby pozwoliły na okresowe badania uczniów w 35 szkołach powiatu budakoszelewskiego. Teraz sama prowadzi statystyki napromieniowania dzieci.

Wyrusza w objazd po maleńkich wiejskich szkołach, gdzie czasem jest tylko kilka klas. Zaraz po przyjeździe do pierwszej z nich w pokoju nauczycielskim słychać telefon. Dzwonią z miejscowego ośrodka władzy. Chcą wiedzieć, po co przyjechała, co robi, z kim rozmawia. W innej szkole nauczycielka rozmawia z nią na korytarzu. Bardzo przeprasza, ale nie może jej wpuścić do pokoju nauczycielskiego, gdyż dostała takie polecenie z dyrekcji. Ale słucha w skupieniu wszystkich uwag Smolnikowej i skwapliwie bierze powielone na ksero zalecenia zdrowego żywienia dla dzieci. W drodze do następnej szkoły Walentynie towarzyszy samochód z miejscowego KGB. Do tego wszystkiego zdążyła się już przez lata przyzwyczaić. To część rzeczywistości, w której żyje i którą stara się zmieniać.

Lokalne władze widzą, że nasza organizacja robi dużo dobrego i pomagają, jak mogą. Ale od góry dostają prikaz, że problemu promieniowania już nie ma. To taka gra – mówi Walentyna.

Wracajcie, jest bezpiecznie

Jedna ze wsi opuszczonych po tym, jak w leżącym tuż przy granicy Czarnobylu nastąpił wybuch. W dniu katastrofy wiatr wiał z Ukrainy, na północ, w stronę Białorusi. Początkowo władze bagatelizowały skutki promieniowania, ale w końcu ludzie z najbardziej skażonych miejscowości zostali przymusowo wysiedleni, a domy zburzone. Z pozostałych terenów, bardziej oddalonych od Czarnobyla – jak powiat budakoszelewski – wyjazd był dobrowolny.

Ci, którzy zdecydowali się pozostać, długo korzystali z rozmaitych przywilejów: zabiegów w sanatoriach, dodatkowych dni urlopu, a uczniowie z bezpłatnego wyżywienia. Ale w latach 90. prezydent Łukaszenko uznał program za zbyt kosztowny – ogłosił, że tereny te samoistnie się oczyściły i wezwał ludzi do osiedlania się na nich. Państwowa telewizja i lokalne władze zrobiły wszystko, żeby przekonać Białorusinów, że można już tu żyć bezpiecznie. Smolnikowej nieczęsto udaje się odwiedzić żyjące w wyludnionych wsiach rodziny. Takie jak Korwowscy w Zabłocie, których dzieci mają wysokie wskaźniki napromieniowania.

Kiedy po rozpadzie Związku Radzieckiego Korwowscy wracali na Białoruś – w swoje rodzinne strony – usłyszeli, że pieniądze dla przesiedleńców już się wyczerpały. Nie było ich stać na zamieszkanie na czystych terenach, więc wprowadzili się do domu w opustoszałej wsi.

Wokoło widok jest dość przygnębiający. Walące się budynki, zdziczałe sady, słupy elektryczne bez drutów. Większość z pięciuset domów została zburzona lub rozebrana na budulec, który mimo napromieniowania wywożono na sprzedaż, głównie do Rosji. Drewnem z rozbiórki rodzina pali całą zimę w piecu.

Nie mamy innego wyjścia, nie stać nas na inny opał – tłumaczą Korwowscy. Z tego samego powodu grzyby i jagody z pobliskich lasów często pojawiają się na ich stole.

Badania kontrolowane

Czego ty tam szukasz? – pyta zdenerwowany dyrektor lokalnego laboratorium medycznego. – Przecież norma to 400, a dziecko ma tylko 50!

Walentyna przywiozła próbki jedzenia od jednej z rodzin, gdzie dzieci mają wysokie wskaźniki napromieniowania. Atmosfera jest napięta, wywiązuje się ostra dyskusja. – Ja czytam współczesną literaturę i wiem, że nawet niewielkie napromieniowanie ma wpływ na zdrowie dziecka – mówi Walentyna. – Zaś wy przyjęliście wysokie normy i mówicie ludziom, że wszystko jest w porządku. Ciekawa jestem, czy tak samo by pan mówił, gdyby to pana dziecko było w górnym przedziale normy? – pyta dyrektora.

Walentyna doskonale pamięta, jak dwadzieścia lat temu władze ZSRR ukryły przed radzieckim społeczeństwem prawdę o katastrofie w elektrowni atomowej. Informację o wpływie promieniowania można było wtedy usłyszeć w audycji Głosu Ameryki i BBC. Jeszcze płonął reaktor, radioaktywny pył osiadał na całej Białorusi, a władze – obawiając się paniki – rezygnowały z podjęcia zaproponowanych przez naukowców działań profilaktycznych i wypychały skazanych na zagładę ludzi na demonstracje pierwszomajowe. W tych dniach, pracując w szpitalu jako pediatra, doktor Smolnikowa udzielała pomocy najbardziej poszkodowanym dzieciom.

Na skażonych terenach niezbędna jest specyficzna diagnostyka, pozwalająca wykryć guzy nowotworowe we wczesnym stadium. – A u nas nie istnieje żaden państwowy program, który umożliwiałby takie badania. W dziecięcym szpitalu rejonowym do tej pory nie ma urządzenia do pomiaru poziomu napromieniowania człowieka! – opowiada Walentyna. – Na początku lat 90. bardzo częste u nas choroby tarczycy lekarze wciąż diagnozowali starą metodą przez dotyk. Zwracałam się do władz i organizacji humanitarnych i udało mi się wywalczyć dla naszego szpitala aparaturę do USG. Dzięki temu wykryto dwa przypadki raka tarczycy we wczesnym stadium.

Na początku lat 90. Smolnikowa założyła w swoim regionie filię, działającej od 1989 r., białoruskiej organizacji Dzieciom Czarnobyla. Dzisiaj udaje im się bez pomocy państwa badać napromieniowanie dzieci. Jednak niezbędne jest do tego pozwolenie lokalnej administracji.

Władze pozwalają nam badać tylko dzieci w wieku 8–12 lat, a i to robią łaskę – mówi lekarka. – Nie chcą, żebyśmy sprawdzali nastolatki, bo okazałoby się, że one też są napromieniowane. W 2006 r. termin badań pokrył się z terminem wyborów prezydenckich. Punkty wyborcze rozmieszczone były w szkołach i władze uznały, że badania zakłócą proces wyborczy.

Wśród tych, którzy odważyli się otwarcie mówić o problemie promieniowania, był profesor Jurij Bandażewski. Przeprowadził badania, które dowiodły, że zamieszkiwanie na skażonych terenach ma bezpośredni związek z występowaniem rozmaitych schorzeń. Starał się o zmianę norm. Po opublikowaniu wyników badań znalazł się za kratkami. Oskarżono go o przyjęcie łapówki.

Jeśli Bóg dał nam nowe informacje na temat promieniowania, nie możemy ich ukrywać, trzeba ludzi informować. Będę dalej robić swoje – mówi Smolnikowa.

Ekaterina Tkaczenko
współpraca: Jan Brykczyński, Agnieszka Wójcińska

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Ekaterina Tkaczenko jest białoruską dziennikarką. W latach 2001–2005 pracowała w pismach „Białarusskaja Diełowaja Gazeta” oraz „Wremia”. Obecnie w serwisie prasowym opozycyjnej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej.

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną