Nauka

Ja, ty, memy

Na tropie atomów kultury

Tak jak w ewolucji biologicznej podstawową funkcję odgrywają geny, tak w ewolucji kulturalnej podobną rolę pełnią memy. Tak jak w ewolucji biologicznej podstawową funkcję odgrywają geny, tak w ewolucji kulturalnej podobną rolę pełnią memy. ALAMY / BEW
Rozmowa z Susan Blackmore, psycholożką brytyjską, autorką teorii mówiącej, że ewolucją ludzkiej inteligencji i kultury kierują wirusy umysłu zwane memami

Pozycja istoty ludzkiej, rozumianej jako byt absolutnie wyjątkowy, została głęboko podkopana – przede wszystkim przez Karola Darwina, który ustawił człowieka w jednym ewolucyjnym szeregu z innymi ziemskimi organizmami. Po nieco ponad stu latach do Darwina dołączył Richard Dawkins w wydanym w 1976 r. „Samolubnym genie” (edycja polska – Prószyński i S-ka, 1996 r.). Ten biolog i zoolog udowadniał, że człowiek nie jest podmiotem używającym genów w celu reprodukcji, ale odwrotnie: to replikatory, geny, traktują go przedmiotowo – jako nośnik i maszynę do kopiowania samych siebie z maksymalną efektywnością.

W swojej książce Brytyjczyk wysunął też przypuszczenie dotyczące drugiego, obok genów, samolubnego replikatora, któremu nadał nazwę mem (skrót od greckiego mimeme, oznaczającego coś podlegającego powieleniu). Memy to hipotetyczne atomy kultury (dźwięki, gesty, idee), kopiowane przez ludzi porcje informacji. Memy mutują i są przedmiotem doboru naturalnego, walczą o przetrwanie w naszych mózgach, podlegając darwinowskim prawom ewolucji. Nasze głowy są dla nich tym, czym ciała dla genów – wehikułami przetrwania.

Ten ledwie naszkicowany pomysł został podchwycony przez uczonych, którzy po raz kolejny obniżyli nasz rating wyjątkowości. Byli wśród nich filozof amerykański Daniel Dennett (wywiad z nim zamieściliśmy w „Niezbędniku Inteligenta Plus – Czego szuka nauka?”, 6/10) i psycholog brytyjska Susan Blackmore. Dennett oparł na memie oryginalną teorię umysłu. Blackmore użyła go do skonstruowania memetyki – teorii odpowiadającej na pytania: Dlaczego mamy takie duże mózgi? Skąd wzięła się inteligencja? Jak wynaleźliśmy język? Dlaczego wierzymy w Boga? Czym jest jaźń? Blackmore, niebywale dziarska wolnomyślicielka, poddała pod dyskusję ewolucyjną teorię ludzkiej osobowości i kultury. „Wykazała się większą odwagą i intelektualną hucpą niż ta, do której kiedykolwiek aspirowałem” – przyznał potem Dawkins.

Memetyka była przebojem lat 90. Mem stał się modny. I podzielił środowisko naukowe. Niektórzy oczekiwali szybkich doświadczalnych potwierdzeń teorii. Inni odpowiadali, że od chwili, gdy Gregor Mendel odkrył mechanizmy dziedziczenia, do odkrycia struktury DNA minęło całe stulecie i że z memetyką będzie podobnie. To tylko jedna z osi konfliktu, który zwolenników tej kontrowersyjnej dziedziny nauki zepchnął niemal do podziemia. O szczegółach teorii i jej losów najlepiej jednak opowie główna sprawczyni całego zamieszania.

Blackmore mieszka w Ermington, tyleż malowniczej, co odległej (5 godzin jazdy samochodem) od Londynu wiosce, słynącej głównie z tego, że mieszka w niej... Sue Blackmore z mężem Adamem Hartem-Davisem, bardzo lubianym w Wielkiej Brytanii popularyzatorem nauki. Susan pracuje na University of Plymouth, opowiada o nauce m.in. na antenie BBC – i pisze. Jest autorką kilkunastu książek wydawanych przez szanowane wydawnictwa naukowe, w większości poświęconych badaniom świadomości. W Polsce znana jest jej „Maszyna memowa” (Dom Wydawniczy Rebis, 2002).

 

Karol Jałochowski: – Jak wyglądała historia replikatorów na Ziemi?

Susan Blackmore: – Jakieś 4,5 mld lat temu widzimy skalistą planetę pozbawioną życia. Mija pół miliarda lat i pojawia się pierwsza informacja skopiowana w procesie, podczas którego zachodzi wariacja i selekcja. Drobina jakiegoś związku chemicznego zostaje powielona – i z czasem ewoluuje do postaci RNA i DNA, które dają początek wszystkiemu, co żywe na naszej planecie. To pierwszy replikator, gen. Istnienie drugiego wiąże się z pojawieniem jakiegoś dalekiego, wspólnego przodka nas i szympansów, który okazał się zdolny do naśladownictwa. Ta umiejętność ma absolutnie kluczowe znaczenie!

Dlaczego?

Ma ona absolutnie kluczowe znaczenie! Nie doceniamy stopnia jej złożoności, podobnie jak nie doceniamy umiejętności widzenia. Otwieramy oczy, widzimy świat i stwierdzamy: To takie oczywiste! A potem badacze sztucznej inteligencji spędzają całe dziesięciolecia, usiłując skonstruować najprostsze systemy sztucznego widzenia. Imitowanie to bardzo trudna sztuka. Wymaga dużego mózgu. Kiedy ją posiedliśmy, po raz pierwszy w historii Ziemi informacja zaczęła być powielana nie na sposób chemiczny, nie za pośrednictwem genów, ale ludzkich zachowań, gestów, dźwięków. Nasi przodkowie kopiowali je między sobą, popełniając przy tym błędy. Składali dwa gesty czy dźwięki w jeden, bardziej złożony. Nagle pojawił się nowy replikator, podlegający kopiowaniu, modyfikacjom i doborowi naturalnemu. To był początek memów.

Kiedy nastąpił? Jakie były pierwsze memy?

Trudno powiedzieć kiedy, na pewno jednak wśród pierwszych memów były te dotyczące rozpalania ognia, polowania, wytwarzania narzędzi. Początkowo do kopiowania nie było wiele, ale z czasem proces nabrał tempa i charakteru ewolucyjnego, bo zwiększała się presja selekcyjna wśród rosnącej liczby memów. I tak dzieje się do dziś – coraz szybciej i szybciej. Wydaje mi się wręcz, że jesteśmy świadkami narodzin trzeciego replikatora. Skonstruowaliśmy maszynerię zdolną do kopiowania memów bez naszego udziału. Geny doprowadziły do powstania naszych mózgów, które zaczęły kopiować memy. My zbudowaliśmy komputery powielające informację cyfrową.

Rozmowa z Susan Blackmore, wersja HD

SUSAN BLACKMORE: Maszyna memowa / The Meme Machine from Karol Jalochowski on Vimeo.

Temu trzeciemu memowi nadała pani niedawno specjalną nazwę – tem, technologiczny mem. Trzeba go jakoś specjalnie wyróżniać? Czy to na pewno replikator?

Z pewnością informacja cyfrowa różni się od tej przechowywanej w mózgach ludzi. Czy jest ona kopiowana, modyfikowana, dobierana przez komputery? Bez wątpienia jest kopiowana. Serwery powielają masy danych z ogromną dokładnością. Czy podlega ona mutacji? Owszem – zawsze, gdy pytamy o coś Google, otrzymujemy nieco inne wyniki, po czym dokonujemy ich selekcji. Czy w maszynach zachodzi zjawisko doboru naturalnego? Do pewnego stopnia. Google dokonuje przecież wyborów. Mamy programy piszące wiersze, eseje. Fundamentalny proces ewolucji, niezwiązany z ludzką zdolnością do naśladownictwa, zaczyna zachodzić we wnętrzach maszyn. Na Ziemi mamy więc teraz trzy rodzaje replikatorów. Zastanawiam się, jak to wygląda na innych planetach. Ilu replikatorów się dorobiły? Czy tylko pierwszego? Czy zdołały stworzyć drugi? Trzeci? Jeśli tak, to powinniśmy już o tym wiedzieć, a nie wiemy. Być może trzeci replikator stwarza jakieś niebezpieczeństwo.

Jakie na przykład?

Trzeci replikator do rozwoju potrzebuje mnóstwa energii. Wiemy z biologii, że dawno temu mitochondria były swobodnie żyjącymi bakteriami. Dopiero potem zostały wchłonięte przez inne bakterie, by ich wnętrzach pełnić rolę małych elektrowni. Może z nami stanie się podobnie? Może zostaniemy dostarczycielami energii dla procesów ewolucji temów...

 

Nie za wcześnie o tym mówić? Naturalnym środowiskiem dla tego procesu byłaby sztuczna inteligencja, a do niej nam daleko...

To naprawdę ciekawe pytanie. Zwykle sądzi się, że jeśli coś przejmie od nas pałeczkę inteligencji, to będzie to coś w rodzaju robota. Punkt widzenia memetyki – czy darwinizmu w ogóle – jest zupełnie inny. Zgodnie z nim inteligencja jest efektem powielania replikatorów. Nie musi istnieć wcześniej. Fundamentalne dla niej są zjawiska kopiowania, wariacji i selekcji informacji. Kiedy patrzę na planetę otoczoną siecią satelitów, kabli, nadajników, nie pytam, jak bardzo jest inteligentna. Pytam o to, czy w tym systemie zachodzą podstawowe procesy ewolucyjne. I odpowiedź brzmi: tak!

Powszechnie akceptowane teorie zakładają, że to geny prowadzące do powstania inteligencji są źródłem jakiejś przewagi ewolucyjnej. Memetyka wywraca ten pomysł do góry nogami.

Tak, sugeruje, że istnieje coś takiego jak memetyczne napędzanie ewolucji. Umiejętność kopiowania memów użytecznych umiejętności – rozpalania ognia, polowania, wytwarzania narzędzi – działała na naszą korzyść, natomiast jej brak – na niekorzyść. Osobniki sprawniejsze w kopiowaniu memów zdobywały więcej pożywienia, wyższy status w grupie, lepszych partnerów seksualnych, dzięki którym przekazywały dalszym pokoleniom geny odpowiedzialne za większy mózg, który z kolei pozwalał na bardziej efektywne kopiowanie memów. Oczywiście, mózg kopiuje nie tylko użyteczne, ale i szkodliwe memy. W jego wnętrzu zachodzi proces selekcji. Dlatego twierdzę, że jest on selektywnym urządzeniem imitującym. Ukształtował się on w trakcie obejmującej tysiące pokoleń wspólnej ewolucji memów i genów. Obok memów w oczywisty sposób użytecznych kwitły też memy religii, rytuałów, muzyki, sztuki - mieszaniny tego, co użyteczne i tego, co nieprzydatne. Wszystkie one podnosiły zdolność mózgów do naśladownictwa. Nasze mózgi opowiadają historię tysięcy pokoleń gatunku ludzkiego.

Podczas tej ewolucji mózgi zwiększały swoje rozmiary?

Tak. Sądzę, że memetyka tłumaczy ten fenomen lepiej niż inne teorie zakładające genetyczny dobór naturalny. Przyjrzyjmy się językowi. O to, jak ewoluował, spieramy się od stuleci. Memetyka sugeruje, że początkowo język był czymś w rodzaju pasożyta umysłu. Ludzie nim zarażeni kopiowali dźwięki, te rozpowszechniały się, a przetwarzające je mózgi – powiększały. Z czasem dźwięki zaadaptowano na potrzeby komunikacji. Podobnie było z innymi umiejętnościami. Można doszukiwać się w tym procesie analogii do ewolucji niektórych zwykłych pasożytów, bakterii, wirusów, które niegdyś zabijały większość nosicieli, ale potem wypracowały inną relację – symbiozę. Podobnie było zapewne z religią...

Idzie pani tak daleko jak Richard Dawkins, który stwierdził, że religia to pasożyt umysłu?

Kiedyś się z nim zgadzałam, ale dziś powiedziałabym, że memy i mempleksy – układy wielu związanych ze sobą memów, takie właśnie jak religia – mają charakter ciągły. Mogą być dla nas naprawdę szkodliwe, mogą być bardzo pożyteczne lub neutralne. Dawkins powiedziałby, że religie są okropne. Ja – że jest w nich coś dobrego (choć wciąż uważam je za wirusy). Ostatnio pojawiają się naukowe dowody, że ludzie wierzący, odwiedzający świątynie, są często szczęśliwsi i odporniejsi na choroby niż ludzie niewierzący. Z drugiej strony mają też więcej dzieci, co wydaje mi się niepokojące, bo religie nierzadko stymulują wojny, nienawiść – oraz odwodzą ludzi od zrozumienia natury Wszechświata i naszego w nim miejsca. Z punktu widzenia samolubnego genu memy prowadzące do powstawania dużych rodzin są korzystne. Podobnie jak z punktu widzenia pojedynczego człowieka, który pozbawiony boskiej opieki musi sobie poradzić z życiem w bezcelowym kosmosie.

W przeciwieństwie do genów memy są przekazywane nie tylko pionowo, z pokolenia na pokolenia, ale także poziomo – poprzez pokolenia. Pisze pani, że to powinno eliminować na przykład fundamentalizm religijny?

Rola transmisji poziomej rzeczywiście rośnie. Informacje możemy czerpać z wielu źródeł, choćby z Wikipedii. Wciąż wiele jednak uczymy się od rodziców: języka, zachowań, norm, religii. Ta wiedza jest bardzo mocno w nas osadzona i oporna na przekaz poziomy. Jeśli o to idzie, to najlepszą metodą jest ta, której byłam świadkiem jakiś czas temu. W angielskich szkołach obowiązkowa jest edukacja religijna obejmująca wiele tradycji duchowych. Moje kilkuletnie dzieci wracały do domu, mówiąc: A wiesz, że Hindusi wierzą w setki bogów? Bawiąc się, odkrywały, że wszystkie religie nie mogą mieć racji jednocześnie. Taka nauka to najlepsza pomoc w walce z fundamentalizmem.

W Europie łeb podnosi ideologia skrajnej prawicy. Można to zjawisko analizować memetycznie?

Memetyka mogłaby pomóc stawiać właściwe pytania. Badania dowodzą, że ludzie zwracają się ku religii i wszelkiego rodzaju fundamentalizmom szczególnie chętnie w społeczeństwach dysfunkcyjnych, gdzie panują obawy przed biedą, brakiem opieki zdrowotnej, społecznej, edukacji. Być może za skrajną ideologią prawicową też stoi jakiś rodzaj strachu? Moglibyśmy zbadać, kto kopiuje jakie informacje od kogo, jak na proces kopiowania wpływa lęk, jak rozwija się ta infekcja.

Podatność na tego rodzaju zakażenia memami to cecha wyłącznie ludzka?

Zwierzęta też je przenoszą, ale sporadycznie. Przyjrzyjmy się moim trzem kotom, które biegają po domu. Wydaje się, że kiedy matka ucząca małe polować, kładzie przed nimi ledwo żywą mysz, skłania je do naśladownictwa – ale tak nie jest. Instynkt każe małym kotom skakać na wszystko, co się rusza. Ćwiczą tę czynność na okrągło, stają się sprawniejsze, aż same potrafią upolować mysz. Ta wiedza nie wynika z naśladownictwa. Jest też słynny przykład angielskich sikorek, które nauczyły się przebijać foliowe kapsle na butelkach od mleka. Kiedy dorastałam w Somerset, wszystkie kapsle na butelkach przynoszonych rano przez mleczarza były przedziurawione. Zbadano tę sprawę i okazało się, że chodzi prawdopodobnie o zjawisko uwydatnienia bodźca: jakiś ptak odkrył przypadkowo, że można przebić kapsel, uwaga innego ptaka została skierowana na tę samą butelkę. Sikorki nauczyły się kojarzyć kapsle z nagrodą w postaci śmietanki.

A małpy człekokształtne?

Wydaje się, że i one są kiepskie w kopiowaniu. Choć niektóre dowody świadczą o tym, że do pewnego stopnia radzą sobie z tym szympansy. Być może również delfiny i wieloryby, zwłaszcza jeśli chodzi o naśladowanie dźwięków.

Transfer memów między gatunkami jest możliwy?

To bardzo ciekawy problem! Wyobrażam sobie, że kiedy ludzie pływają z delfinami, ci pierwsi mogą podpatrywać i naśladować ruchy drugich – i odwrotnie. Kiedy gwiżdżąc powtarzam śpiew szpaka w ogrodzie za oknem, chwytam ptasi mem. Więc do pewnego stopnia taki transfer jest możliwy. Widzi pan – gdybyśmy tylko zaczęli stawiać podobne pytania, szukać tam, gdzie nikt jeszcze nie szukał, to mogłoby się okazać, że rola memów w przyrodzie jest większa, niż się wydaje!

Memy to hipotetyczne atomy kultury - dźwięki, gesty, idee - kopiowane przez ludzi porcje informacji.samtoon/PantherMediaMemy to hipotetyczne atomy kultury - dźwięki, gesty, idee - kopiowane przez ludzi porcje informacji.

 

Uważa pani, że memy niejako przejęły od genów dowodzenie nad ewolucją gatunku ludzkiego. Kiedy to się stało?

Początkowo geny ewoluowały bardzo powoli, potem coraz szybciej, aż tempo zmian się ustabilizowało. Memy wciąż się rozpędzają. Myślę, że punkt zwrotny miał miejsce 40–50 tys. lat temu, kiedy ludzie zaczęli wykonywać rysunki naskalne, biżuterię i inne artefakty. Replikator jest dobry i skuteczny, jeśli kopiuje się wiernie, licznie i zachowuje długowieczność. Im więcej ma kopii, im większa ich trwałość, tym lepiej dla memu. Następnym wielkim krokiem w ewolucji memów było wynalezienie pisma, które zapewnia memom trwałe istnienie. System zapisu, w którym przestawiając znaki można konstruować wiele słów, jest źródłem „płodności” memów. Potem pojawiła się maszyna drukarska. Odtąd memy można było kopiować jeszcze łatwiej. Takich skoków było wiele. Dziś bierzemy udział w kolejnym, gigantycznym. Proces ewolucji memów zaczyna zachodzić w maszynach, które stworzyliśmy, by nam pomagały. To nieunikniony efekt memetycznego napędzania ewolucyjnego.

Ewolucja kulturowa przypomina biologiczną, ale przestrzega pani przed porównywaniem wprost ewolucji genów i memów. Gdzie kończą się podobieństwa?

Cieszę się, że pan o to pyta! Ludzie często opacznie rozumieją podstawy memetyki. Geny i memy sprawują się tym lepiej, im wierniej oraz liczniej się kopiują – i im bardziej są trwałe. Obu dotyczą pewne podstawowe prawa procesów ewolucyjnych związane na przykład z presją selekcyjną. Ale jest też wiele różnic. Geny to informacja zapisana i kopiowana we wnętrzach komórek, co narzuca wiele ograniczeń związanych z chemią tego procesu. Natomiast memy (zapomnijmy na razie o temach) są kopiowane w procesie ludzkiego naśladownictwa, który charakteryzuje, ogólnie rzecz biorąc, raczej kiepska wierność przekazu. Transfer kulturowy w porównaniu z genetycznym jest dość niechlujny. Poza tym presja selekcyjna memów jest uzależniona od natury ludzi, istot ulegających skomplikowanym skłonnościom i żądzom. Geny są kopiowane albo nie. Przenoszący je organizm albo się reprodukuje, albo nie. Chcące się powielić memy używają ludzkiej potrzeby miłości, seksu, podniecenia, upodobań wizualnych – skomplikowanych rzeczy. W porównaniu z genami memy to bałagan.

Ok, to chyba dobra chwila, żeby w końcu zapytać, która z wielu definicji memów najbardziej przypadła Pani do gustu?

Och, zawsze powtarzam, że trzeba wrócić do podstaw, czyli do Richarda Dawkinsa! W "Samolubnym genie" pisał, że jednostkami doboru naturalnego nie są osobniki, gatunki czy populacje, ale geny lub memy, czyli informacja kopiowana w procesie, w którym zachodzi mutacja i selekcja. Podstawowa definicja memu brzmi: Mem jest tym, co jest imitowane. Dawkins wpakował się w kłopoty taką nieprecyzyjną definicją, ale ja również użyłabym podobnej. Weźmy tę pracę doktorską, którą teraz recenzuję. Co jej memem? Idea w głowie studentki? Idea w mojej głowie? Nie - to, co jest kopiowane. Sprawa jest delikatna, trudna do przyszpilenia, bo informacje są przekazywane nieprecyzyjnie, wyrażane różnymi słowami. Ale hej - czujemy przecież, o co chodzi, prawda? Ale inni widzą to inaczej...

Skoro mowa o innych: teorie naukowe są zwykle początkowo wyszydzane, potem krytykowane, żeby w końcu, jeśli wytrzymają próbę czasu, zostać zaakceptowane...

I wszyscy mówią wtedy: Ach, od początku wiedziałem, że tak będzie!

Na jakim etapie znajduje się memetyka?

Zwykle wyszydzana. Dużo pisze się o niej w sieci, często bez sensu.Najbardziej zasmuca mnie fakt, że wiele osób zajmuje się ewolucją kulturową, czyli czymś, co w istocie jest memetyką, ale nie używa słowa mem. A jeśli już używa, to szybko się od niego dystansuje. Fantastyczną pracę wykonali na przykład Robert Boyd i Richerson [dotyczącą tego, jak to geny trzymają na smyczy kulturę, a kultura geny - przyp.red.]. Panowie posługują się terminem mem, ale w nie w znaczeniu replikatora.  Oczywiście niewykluczone, że nie potrzebujemy memetyki i że marnowałam swój czas. Ale opór może także ustąpić – i wszyscy zaczną mówić o memach.

Mam wrażenie, że to słowo zostało wykradzione nauce przez przemysł reklamowy, kulturę popularną i strywializowane?

Tak, terminu mem używa się nieraz do określenia błahych, ale popularnych informacji krążących po sieci. Moglibyśmy tego uniknąć, gdyby tylko środowisko naukowe przystało na jedną, konkretną definicję.

Pomogłyby też konkretne wyniki eksperymentów. Dzisiejsze komputery są potężne. Aż się prosi, by w ich wnętrzu symulować ewolucję memów. Tak się właśnie dzieje?

Najwięcej działo się pod koniec lat 90., w Massachusetts Institute of Technology, kiedy memetyka była młodsza. Badano m.in. wirusy internetowe. Można było zrobić dużo więcej, ale z czasem zaczęto wyśmiewać studentów zajmujących się tą dziedziną. Dostawałam i wciąż dostaję od nich masę wiadomości. Doktorat z memetyki oznacza problemy ze znalezieniem zatrudnienia. Mam nadzieję, że to się zmieni.

Skąd taka zła prasa memetyki? Przez skojarzenia z socjobiologią wyjaśniającą zachowania społeczne w kontekście doboru naturalnego?

Wciąż zadaję sobie to pytanie. Jednym z powodów jest zapewne strach. Memetyka mówi przecież, że ludzkie zachowania, mózg, to, co dzieje się w Internecie, podlega bezosobowym, pozbawionym celu memom. Niektórym wydaje się to nieludzkie. Memetyka wydaje się eliminować udział świadomości, motywacji, duchowości. Wydaje się – bo nie sądzę, by tak do końca było. Drugi powód jest taki, że wielu biologów ewolucyjnych niechętnie przyjmuje próby stosowania teorii darwinowskiej w innych dziedzinach. Jest wreszcie trzeci powód, wspomniany przez pana, związany z socjobiologią. Niektórzy humaniści i socjologowie żywią niechęć do wszystkiego, co ma coś wspólnego z teorią ewolucji – socjobiologii, psychologii ewolucyjnej, i z całą pewnością memetyki. Zwolennicy memów są więc atakowani ze wszystkich kierunków.

Wielu sceptyków oczekuje dowodów w postaci jakichś konkretnych struktur w mózgu, stanowiących mierzalne, namacalne odzwierciedlenie memów.

Tak, czytałam poświęcone temu publikacje. Niektórzy sądzą, że w memetyce będzie tak jak w biologii, gdy poszukiwano natury życia. Wtedy natknięto się na zadziwiającą molekułę – DNA. James Watson i Francis Crick odkryli jej strukturę i odmienili całą naukę. Ale posługiwanie się tą analogią w memetyce to, moim zdaniem, błędne podejście. Nie znajdziemy w mózgu niczego odpowiadającego memom. Załóżmy, że powiem coś, a pan to skopiuje, OK?

OK.

Deegabalidoo?

Deegabalidoo.

W porządku, jako tako. To nowe słowo, nowy mem. Podobny proces zajdzie w moim mózgu zarówno wtedy, gdy ja wypowiem to słowo, jak i wtedy, kiedy pan je powtórzy. Ale nie znajdziemy w nim niczego konkretnego. Jeśli umieścimy mnie lub pana w tomografie, być może zauważymy, które regiony napędzają mięśnie, zauważymy aktywność w ośrodku Broki czy Wernickego. Ale nie dojrzymy memu.

Stanowczo twierdzi pani, że nie dojrzymy też istoty świadomości?

Kiedy studiowałam w Oksfordzie, przeżyłam niezwykle intensywne doświadczenie – dojmujące wrażenie opuszczenia własnego ciała. Próbowałam je zrozumieć za pomocą narzędzi neurologii, ale z czasem uświadomiłam sobie, że nie potrafię znaleźć w mózgu mechanizmów odpowiedzialnych za tego typu krańcowe doświadczenia. Jednocześnie intensywnie medytowałam. Codzienny trening w zen, według którego jaźń i wolna wola są złudzeniami, na pewno wzmógł zainteresowanie zagadką świadomości. Te dwa wątki zbiegły się po napisaniu „Maszyny memowej”, kiedy pomyślałam: jeśli jesteśmy urządzeniami przetwarzającymi memy, to czym jest świadomość? To musi być rodzaj iluzji! Nie chodzi o to, że to taka wielka, niepojęta tajemnica, ale o to, że myślimy o niej w całkiem niewłaściwy sposób. Dopiero jeśli uznamy, że jesteśmy maszynami kopiującymi memy, zrozumiemy, jak powstaje to złudzenie.

Jak? Ma pani jakieś przypuszczenia?

Wiemy, czym jest jaźń – to ja, prawda? To ja macham teraz ręką. To ja wybrałam tę koszulę. Ale czy na pewno? Może na przykład uległam modzie, może doprowadził do tego jakiś nieuświadomiony teraz szereg powodów? Myśląc w ten sposób wywracamy zwyczajową koncepcję wolnej woli i jaźni. To iluzje. Próbowałam zrozumieć, skąd się one biorą, jak powstaje to wrażenie bycia tu i teraz, kontrolowania ciała, przechodzenia przez życie. I doszło do mnie, że to zjawiska sprzyjające określonej grupie memów. To one, działając wspólnie, generują wrażenie jaźni! Załóżmy, że nasze ciało, to chodzące i gadające coś, zaczyna mówić: „Ja wierzę, że memetyka to wspaniała nauka”. Użycie słów „ja”, „ja myślę”, „ja wierzę” działa na korzyść memu memetyki. Pomaga kopiować się jednym memom bardziej niż innym. Memy walczą o ograniczoną przestrzeń czy moc mózgu. Te skojarzone z pojęciem ja, osoby ich nosiciela, zyskują przewagę ewolucyjną nad pozostałymi.

Zatem czym jest to nasze rzekomo wyjątkowe ja?

No właśnie. Przecież mówimy, że zrobiłam to czy tamto, coś widziałam, przeżyłam, miałam jakieś nadzieje? Sądzimy, że te słowa odnoszą się do czegoś konkretnego. Ale czym jest nadzieja? To niewiele więcej niż słowo. Powiedziałabym, że to wszystko memy, które zbijają się w grupę, kompleks, by wzajemnie się chronić. To ten wytrzymały mempleks, osadzony w fizycznym obiekcie takim jak ciało, wiedzie życie społeczne, rozmawia z innymi ludźmi. Ale w istocie to tylko memy dbające o własny interes.

Jak radzi sobie pani z myślą, że jesteśmy niczym innym niż bliżej nieokreśloną zbitką memów?

Tak samo jak z tym, że nie ma Boga, który o nas dba. Tak samo jak z iluzją wolnej woli. To fascynujące! Ludzie mówią, że powinnam wpaść w depresję. Mogłabym wyprzeć tę świadomość, co wiele osób robi. W porządku. Ale wydaje mi się, że nie można być naukowcem i wierzyć w to, co chcemy, żeby było prawdą, a nie w to, na co wskazują dowody. Poznawanie prawdy o umyśle mnie cieszy. Jeśli jest straszna, OK – trudno. Intelektualny lęk to także część zabawy.

Reklama

Czytaj także

Świat

Groźny spam z Afryki Zachodniej

Uwaga, powracają internetowi oszuści z Afryki Zachodniej. Próbują starych szwindli w nowej technologicznej odsłonie.

Jędrzej Winiecki
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną