Nauka

Pomaganie hakowaniem

Hakerzy z dobrymi pomysłami

Hackerspace Warszawa - tu, w piwnicy Instytutu Tele- i Radiotechnicznego hakerzy spotykają się regularnie. Hackerspace Warszawa - tu, w piwnicy Instytutu Tele- i Radiotechnicznego hakerzy spotykają się regularnie. Mateusz Baj / Agencja Gazeta
W hakerach widzimy zwykle elektronicznych włamywaczy. Do hakerskiego etosu należy też dzielenie się ze światem swoimi pomysłami – a to istota hackatonu. Urządzają takie imprezy NASA, Bank Światowy i Facebook, zna je również Polska.
Hackaton w Nowym Jorku.Andy Kropa/Archiwum prywatne Hackaton w Nowym Jorku.
Hack4Europe w Poznaniu.Magdalena Maday/Archiwum prywatne Hack4Europe w Poznaniu.

Europeana to wielka europejska cyfrowa biblioteka multimedialna. Jej zbiory liczą już ponad 20 mln obiektów: obrazów, fotografii, druków, materiałów wideo. Projekt jest ambitny, lecz dość nieruchawy – nie wywołuje entuzjazmu ani wśród jego twórców, ani też potencjalnych odbiorców. Jak ożywić kolosa? Jak zwiększyć atrakcyjność gigantycznych zbiorów? Może zamiast urządzać kolejne posiedzenie urzędników, poprosić o pomoc ludzi napędzanych hakerską energią, programistów i informatyków? W informatyczno-hakerskim świecie istnieje sprawdzona formuła – hackaton, czyli trwający na ogół 48 godzin maraton programistyczny. W jego trakcie zebrane w jednym miejscu drużyny muszą nie tylko znaleźć dla siebie problem, lecz także rozwiązać go, opracowując działającą aplikację. Trzeba działać szybko i z inżynierską precyzją.

Po formułę hackatonu sięgnęła Fundacja Europeana i zorganizowała w czerwcu ubiegłego roku serię maratonów w Poznaniu, Sztokholmie, Barcelonie i Londynie pod wdzięczną nazwą Hack4Europe. Uczestnicy – kilkuosobowe drużyny – zyskali dostęp do zasobów cyfrowej biblioteki i zachętę, by zrobić z nimi coś użytecznego i spektakularnego zarazem. W odpowiedzi powstało 48 prototypów, część z nich została nagrodzona. Tytuł aplikacji o największym potencjale komercyjnym zdobyło polskie rozwiązanie Art4Europe. Jego autorami są programiści związani z firmą iTraff Technology. Sedno pomysłu: zwiedzającym muzea czy galerie nierzadko doskwiera brak informacji na temat eksponatów. Od czego jednak są smartfony, nowoczesne telefony komórkowe zaopatrzone w aparat i połączenie z Internetem? Wystarczy sfotografować obraz, by został zidentyfikowany przez aplikację Art4Europe i odnaleziony w zasobach Europeany wraz z całą dostępną informacją. Ta, jeśli jest w innym języku, może być przetłumaczona, a opis odczytany przez syntezator mowy.

– Sercem rozwiązania jest autorski, opracowany w naszej firmie mechanizm rozpoznawania obrazów – komentuje Arek Skuza, prezes iTraff. Jego zespołowi zwycięstwo w Hack4Europe pomogło wypromować to rozwiązanie, ale przede wszystkim sprawdzić możliwości. – Dzięki zawodom ludzie nabrali pewności, przekonali się, że są w stanie rywalizować z całym światem.

Rezultaty ubiegłorocznego Hack4Europe spodobały się także organizatorom, dlatego pod koniec maja w Warszawie, Leuven i Kopenhadze odbędzie się kolejna edycja hackatonu na rzecz Europeany.

Gdzie ta sadza?

Amerykański magazyn „Wired” wylicza, że w samych Stanach Zjednoczonych w ciągu roku zorganizowano ponad 200 hackatonów. Co najmniej drugie tyle gościła reszta świata. Z formy tej korzysta Facebook, zastępując potyczkami programistów tradycyjną formułę burzy mózgów. W ten właśnie sposób narodziły się takie pomysły, jak przycisk „Lubię to!”, umożliwiający użytkownikom serwisu szybkie wyrażenie opinii o wpisie, komentarzu, wydarzeniu. Wiele firm i organizacji organizuje hackatony, żeby podłączyć się do kreatywnej energii, rozproszonej gdzieś w społecznych sieciach i czekającej tylko na odpowiedni impuls, by przekształcić się w praktyczne, często banalnie proste, a czasem przełomowe rozwiązania.

Coraz popularniejsze stają się hackatony społeczne, podczas których programiści szukają rozwiązań wspólnie z aktywistami. Globalne uznanie zyskał projekt Random Hacks of Kindness (RHoK), zainicjowany przez takich potentatów, jak Bank Światowy, Microsoft, portal Yahoo! czy NASA. Jesienią ub.r. RHoK dotarł także do Polski – w gmachu Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej zmierzyło się osiem zespołów. Jeden z nagrodzonych projektów – „Gdzie ta ścieżka?” – to aplikacja służąca mapowaniu prawdziwych warszawskich tras rowerowych. Inny, „klimatbezsadzy.pl”, umożliwia sprawdzanie za pomocą smartfona poziomu zanieczyszczeń powietrza w Warszawie.

– Hackaton zaczyna się tak naprawdę z chwilą podjęcia decyzji o jego organizacji – mówi Michał Mach, jeden z animatorów przedsięwzięcia. – Najtrudniej zainicjować współpracę między programistami a organizacjami społecznymi – dodaje. Organizacje realizują programy, pilnują harmonogramów – hakerzy potrzebują większej intensywności doznań. Cała sztuka polega na tym, żeby poznać ze sobą jednych i drugich. – To jednak dopiero początek. Nie każdy problem spotyka się z uznaniem hakerów – wyjaśnia Mach.

Sukces pierwszej w Polsce edycji RHoK spowodował, że już w marcu br. na Politechnice, pod szyldem Sochack.pl, odbył się kolejny hackaton. Tym razem poświęcony edukacji, a wśród hakerskich drużyn pojawiła się nawet ekipa ambitnych gimnazjalistów. Uczniowie z warszawskiego Gimnazjum im. Bolesława Prusa postanowili sięgnąć po najnowsze technologie, by rozwiązać niezwykle dotkliwy problem współczesnej szkoły – niechęć młodych ludzi do jakiejkolwiek lektury. Opór ten ma rozbić interaktywna gra, opracowana przez samych zainteresowanych. Najwyższe uznanie sędziów zdobyła aplikacja rozwiązująca problem zgłoszony przez Harcesza, czyli stworzenie serwisu gromadzącego wiedzę na temat bezpieczeństwa w Internecie. – Taka formuła sprzyja poszukiwaniu bardzo konkretnych rozwiązań – podkreśla Harcesz.

Dla zabawy

Hackatony to najbardziej spektakularny przejaw upowszechniania się w przestrzeni publicznej kultury hakerskiej. Kultura ta narodziła się w latach 60. XX w. w murach Massachusetts Institute of Technology, jak przypomina Steven Levy w książce „Hackers” (Hakerzy). Składa się na nią kilka cech: pragnienie łamania oporu stawianego przez systemy techniczne, merytokratyzm polegający na chęci rywalizacji i pokazywania informatycznego kunsztu, pasja podejmowania kolejnych wyzwań.

Linus Torvalds, współtwórca systemu operacyjnego GNU/Linux, szczytowego osiągnięcia kultury hakerskiej, pytany, dlaczego angażuje czas i wysiłek w projekty, które nie przynoszą mu bezpośrednich korzyści, odpowiadał: „Just for fun!”, po prostu dla zabawy. Jednym z aspektów hakerskiej kultury, pisze Levy, jest skłonność do intensywnej pracy podczas wielogodzinnych maratonów programistycznych, kiedy energii dodaje jednocześnie duch współpracy i współzawodnictwa. Fiński filozof Pekka Himanen przewidywał jednak w książce „The Hacker Ethic and the Spirit of The Information Age” (Etyka hakerska i duch epoki informacji), opublikowanej w 2001 r., że kultura hakerów zacznie przenikać do innych sfer życia, stając się po prostu dominującą kulturą współczesnego, informacyjno-informatycznego kapitalizmu.

Słuszność tej tezy zdaje się potwierdzać nie tylko rosnąca popularność hackatonów w różnych, nie tylko technologicznych odmianach. Coraz popularniejsze stają się także hackerspace’y – miejsca, gdzie hakerzy spotykają się regularnie. Po co? Żeby w czasie wolnym oddawać się w gronie podobnie myślących zainteresowaniom i sprawdzać umiejętności. Michał Mach, członek Hackerspace Warszawa, zlokalizowanego w piwnicy Instytutu Tele- i Radiotechnicznego, prowadzi do dalekopisu pamiętającego końcówkę PRL: – Koledzy wpadli na pomysł, żeby zhakować to urządzenie i podłączyć je do Internetu. Nie było łatwo bez żadnej dokumentacji, ale udało się. Po co? Odpowiedź już raz padła: po prostu dla zabawy.

Przestrzeń Hackerspace Warszawa niczym Sezam wypełniają skarby: makerboty, czyli drukarki trójwymiarowe, wszelkiego rodzaju podzespoły elektroniczne, lodówka wypełniona piwem, która sprawdza zdolność członków Hackerspace do utrzymania finansowej dyscypliny i systematycznego rozliczania się ze wspólnotą. – Każde spotkanie przypomina atmosferą hackaton – opowiada Harcesz. A spotkania odbywają się regularnie, co tydzień, w czwartki.

Nie ma problemu

Kto przychodzi? Kilkadziesiąt osób z własnej kieszeni łożących na czynsz i utrzymanie wspólnej przestrzeni. Są wśród nich aktywiści, jak Harcesz i Michał Mach, nie brakuje zawodowych informatyków, na co dzień pracujących w uznanych firmach, jak Maciej Sawicki. Na pytanie, dlaczego po pracy ciągnie go do Hackerspace, odpowiada: – Informatyka i elektronika to moja pasja, nigdy się przy nich nie nudzę. A spotykają się tu wyłącznie ludzie, którzy tego chcą, bez przymusu. W takim towarzystwie można się niesamowicie rozwinąć, wiele nauczyć.

Wśród współtwórców Hackerspace Warszawa jest także Petros at FreeLab, przez wiele lat internetowy przedsiębiorca. Jak jednak przyznaje, moment, w którym regularne spotkania hakerskie w Pubie pod Mosteczkiem przekształciły się w pomysł wynajęcia prawdziwej przestrzeni do działania, zbiegł się z bankructwem jego firmy: – Zbankrutowałem w sposób nieodwracalny i bolesny, a więc droga do biznesu jest przede mną zamknięta na zawsze. Upadek firmy nie zabił jednak w nim hakerskiego ducha. Bo czy fakt, że na jego kompetencje brak popytu na rynku, ma oznaczać, że zdobyta przez niego wiedza, doświadczenie i energia są niepotrzebne?

W odpowiedzi postanowił zhakować rzeczywistość i wraz ze swoją partnerką Natalią przenieśli się do Komorzna, gdzie budują FreeLab, czyli miejsce, którego zadaniem będzie, jak mówi Petros, rozwiązywanie problemów wynikających ze społecznych potrzeb. – Jakich? – Na przykład opracowanie ekologicznych rozwiązań technicznych dla squatów: bezdymnych piecyków, toalet kompostujących, kolektorów słonecznych.

Petros, jak to bankrut, nie może wspierać swojej idei kapitałem finansowym, liczy jednak na wsparcie zasobu dla hakerów najcenniejszego – kapitału społecznego, czyli energii bezinteresownego zaangażowania w dobrą sprawę. Na wynik testu trzeba jednak trochę poczekać. Niezależnie od motywów działania, projektom takim jak hackatony, Hackerspace i FreeLab towarzyszy wspólne optymistyczne przekonanie: nie ma problemów, których nie da się rozwiązać.

Polityka 21.2012 (2859) z dnia 23.05.2012; Nauka; s. 104
Oryginalny tytuł tekstu: "Pomaganie hakowaniem"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną