Nauka

Potłuczone szkiełko i przymknięte oko

Ile dziś znaczy słowo naukowca

Żadne sformułowane przez naukę prawo czy teoria nie ma charakteru rozstrzygającego raz na zawsze. Żadne sformułowane przez naukę prawo czy teoria nie ma charakteru rozstrzygającego raz na zawsze. Lightscapes Photography Inc. / Corbis
Czy autorytet nauki wreszcie położy kres bzdurom o rzekomym zamachu na prezydenta? Czy rozstrzygnie wątpliwości wokół in vitro, globalnego ocieplenia czy szczepionek dla dzieci? Niestety, naukę wciąż traktujemy jak pijany latarnię: szukamy w niej oparcia, nie światła.
Istnieje zgoda co do tego, że temperatura na Ziemi się podnosi, ale przyczyny i tempo tego zjawiska jasne nie są. Na zdjęciu topniejące lody Arktyki.Hannes Grobe/Wikipedia Istnieje zgoda co do tego, że temperatura na Ziemi się podnosi, ale przyczyny i tempo tego zjawiska jasne nie są. Na zdjęciu topniejące lody Arktyki.

1

Obchody trzeciej rocznicy smoleńskiej ponownie ożywiły pewien mit. Naiwnie zakłada on, że uczeni – jako reprezentanci sfery obiektywności, empirii i rozumu – będą w stanie odegrać w polsko-polskim sporze rolę bezstronnego arbitra, który jasno powie: zamachu nie było, bo takie są naukowo potwierdzone fakty.

Czy dyskusja telewizyjna, w formacie „profesor na profesora” przekonała kogoś w jedną lub w drugą stronę?

Dlaczego umieszczanie nauki w roli racjonalnego i bezstronnego arbitra to naiwny mit? Otóż nauka z natury rzeczy nie zawsze jest w stanie odegrać rolę rozstrzygającego sędziego. Ale znacznie istotniejszy wydaje się fakt, że główni gracze – politycy i opinia publiczna – traktują jej wnioski wyjątkowo instrumentalnie. Ci pierwsi często opiniami ekspertów manipulują, wybierając tylko to, co najbardziej pasuje do osiągnięcia politycznych celów. Ci drudzy, czyli odbiorcy, wcale nie są jednak lepsi. Słuchają naukowych autorytetów przede wszystkim wtedy, gdy odpowiada to ich wcześniej posiadanym przekonaniom.

Wszyscy zaś zgodnie uczestniczymy w grze pozorów, deklarując, że wnioski uczonych są dla nas niezwykle ważne, a często wręcz decydujące, i dlatego tak ochoczo głosu nauki się domagamy. Pozornie zatem obsadzamy ją w roli wyjątkowo silnego uczestnika debaty publicznej, realnie zaś jej pozycja jest bardzo słaba. Co – jak warto na marginesie zauważyć – stoi w sprzeczności z ogromnym wpływem nauki (i techniki) na kształt współczesnego świata.

2

Nasza tak chętnie deklarowana wiara w moc naukowych wyjaśnień bierze się z fałszywego przekonania, że nauka zna ostateczne i prawdziwe odpowiedzi. Tymczasem żadne sformułowane przez nią prawo czy teoria nie ma charakteru rozstrzygającego raz na zawsze. Nauka to zbiór hipotez obowiązujących do momentu, aż ktoś ich nie obali, a inni uczeni będą w stanie powtórzyć uzyskane wyniki. I dlatego jest dość odporna na moc autorytetów – tezy noblisty teoretycznie może rozbić w pył nawet student czy licealista, jeśli tylko jego wnioski będą poprawne metodologicznie, weryfikowalne empirycznie i powtarzalne. Mówimy tu oczywiście o naukach przyrodniczych, technicznych i ścisłych. Bo z dziedzinami społecznymi czy szerzej mówiąc humanistycznymi jest nieporównanie większy problem. Tam weryfikowalność hipotez jest znacznie trudniejsza, a czasami wręcz niemożliwa, co tworzy dość żyzny grunt dla hochsztaplerstwa intelektualnego.

Jednak nawet w obszarze „twardych nauk” nie zawsze udzielenie jednoznacznych odpowiedzi będzie możliwe. O ile bowiem da się np. stwierdzić, że „dotychczasowe liczne badania jednoznacznie wskazują, iż szczepionki nie wywołują autyzmu” lub „w Smoleńsku nie doszło do wybuchu bomb na pokładzie samolotu”, o tyle, dajmy na to, kwestia globalnego ocieplenia już tak klarowna nie jest. Wśród specjalistów został osiągnięty konsens, że temperatura na Ziemi się podnosi, ale już przyczyny, tempo tego zjawiska, skala wpływu człowieka jasne nie są. Naukowcy opierają się bowiem na dalekich od doskonałości modelach klimatu i powstałych dzięki nim prognozach, które zweryfikuje dopiero przyszłość. Zatem stopień pewności naukowców zależy od danej kwestii i nigdy nie będzie stuprocentowy.

Z powyższych powodów uczeni niemal zawsze przegrają batalię z demagogami, gdyż wypowiedzi naukowców nigdy nie będą absolutnie jednoznaczne. Z piarowego punktu widzenia ten brak zdecydowania oznacza klęskę, ale uczciwy badacz nigdy nie powie, że jest stuprocentowo pewny prawdziwości swoich twierdzeń i że nie ma żadnych wątpliwości.

Nie można też zapominać o czynniku ludzkim w nauce. Uczeni nie są odmiennym od nas gatunkiem, ulegają emocjom oraz posiadają poglądy polityczne jak wszyscy inni. I ta sfera niekiedy potrafi zwyciężyć nad naukową rzetelnością (POLITYKA 7).

3

Przejdźmy teraz do polityków. Oni prestiż nauki często wykorzystują dość cynicznie. Trzymając się przykładu smoleńskiego: gdyby posłowi Antoniemu Macierewiczowi naprawdę zależało na wyjaśnieniu przyczyn katastrofy, to w gronie ekspertów jego zespołu parlamentarnego znaleźliby się tacy uczeni, jak np. prof. Paweł Artymowicz – niezależny, pracujący za granicą świetny specjalista, w dodatku pilot, gotów poświęcić czas na żmudne analizowanie zapisów dźwięków w kokpicie Tupolewa oraz przygotowanie własnej symulacji komputerowej lotu prezydenckiej maszyny (POLITYKA 14). Tyle że to, do czego doszedł Artymowicz, nie zgadza się z legendą zamachu lansowaną przez Macierewicza.

Grono ekspertów posła zostało bowiem dobrane na zupełnie innej zasadzie: jeśli, drogi naukowcu, głosisz tezę nam pasującą, to zapraszamy. Kompetencje są przy tym drugorzędne. I nie jest również istotne, czy twoje opinie wykluczają się z tezami innych naszych speców. Ważne, że w ten czy inny sposób potwierdzają zamach. Chodzi wyłącznie o zastosowanie retorycznego chwytu – oto mamy naukowców (nosicieli tytułów naukowych), którzy uwiarygodniają swoim autorytetem wiarę w spisek.

Zakrawa to trochę na paradoks, ale owa wiara szerzona wśród tzw. ludu smoleńskiego potrzebuje wzmocnienia autorytetem nauki, nawet ona wymaga pewnej racjonalności.

A skoro już przy wierze jesteśmy, to po retoryczny argument: „tak mówią badania naukowe” sięgają ludzie Kościoła, prowadząc światopoglądowo-religijny spór. Tak działo się choćby podczas dyskusji o zapłodnieniu in vitro. Kiedy argument grzechu i sprzeczności z etyką katolicką przestał wystarczać, w debacie pojawiły się takie kwiatki jak słynna „bruzda dotykowa” u dzieci poczętych metodą pozaustrojową. Przypomnijmy – autorem czy też kolporterem tej tezy jest ks. prof. (prawa) Franciszek Longchamps de Bérier.

4

Czy opinia publiczna rzeczywiście podchodzi otwarcie, sceptycznie i racjonalnie do problemów, oczekując od nauki wskazówek, a nawet dając jej przywilej rozstrzygającego głosu? Żeby odpowiedzieć na takie pytanie, trzeba na chwilę przenieść się za ocean. Amerykański dziennikarz Chris Mooney opublikował dwie głośne książki poświęcone stosunkowi polityków i wyborców Partii Republikańskiej do nauki. Pierwsza, z 2006 r., nosi tytuł „The Republican War on Science”, druga, wydana w ubiegłym roku, to „The Republican Brain”.

Zdaniem Mooneya prawicowe i konserwatywne poglądy łączą się z „antynaukowym obskurantyzmem”. Wielu wyborców republikanów odrzuca np. teorię ewolucji i wierzy w świat stworzony kilka tysięcy lat temu, gdyż są religijną formacją odczytującą dosłownie Biblię. Uderza to w edukację, bo część prawicowych wyborców i polityków wspiera pomysły wprowadzenia do programów nauczania biologii teorii kreacjonistycznych jako alternatywy wobec „pełnego luk” darwinizmu. I gdyby nie konstytucyjny zapis o rozdziale religii od państwa oraz przestrzegających go sądów, zamiary te zakończyłyby się powodzeniem. Co z kolei podważyłoby cały system nauczania przedmiotów przyrodniczych oparty na wiedzy zgodnej z tym, co aktualnie głosi nauka.

Republikanie odrzucają również teorię globalnego ocieplenia i wpływu na to zjawisko działalności człowieka. Dla nich to tylko propagandowa kampania lewicowo nastawionych ekologów i uczonych, którzy chcą zastopować rozwój amerykańskiego (i nie tylko) przemysłu. To nic innego jak uderzenie w wolność gospodarczą i kapitalizm.

Generalna konkluzja publikacji Mooneya brzmi zatem następująco: konserwatywni, prawicowi wyborcy są o wiele bardziej niebezpieczni dla racjonalizmu i nauki, a więc zrównoważonego rozwoju USA i świata, niż wyborcy demokratyczni. Ci zaś przeciwnie, są bardziej otwarci na naukowe fakty.

Intuicyjnie tezy te mogą wydawać się przekonujące. Republikanie są przecież religijni, co często kłóci się z przyjmowaniem werdyktów nauki, sceptycyzmem i racjonalizmem. A jednak Mooney się myli. W ubiegłym roku dwóch innych amerykańskich autorów, Alex Berezow i Hank Campbell, opublikowało książkę „Science Left Behind”, w której pokazują drugą stronę medalu. Mianowicie jak amerykańska lewica i demokraci wspierają różne pseudonaukowe poglądy – od walki z biotechnologią w rolnictwie (czyli GMO), szczepionkami rzekomo wywołującymi autyzm, po sprzeciw wobec, jak wierzą, wyjątkowo niebezpiecznej energetyki jądrowej.

Argumenty specjalistów i publikacje naukowe dotyczące tych kwestii traktowane są jako dowód wielkich wpływów koncernów, korupcji świata uczonych oraz spisków. Lewica też ma bowiem swoją wiarę parareligijną, gdzie blisko spotyka się z konserwatystami, głoszącą m.in., że nie wolno ingerować w świętą naturę – stąd różne ekologiczne ekstremizmy i przekonanie, że wszelkie stworzone przez człowieka substancje chemiczne są szkodliwe, a naturalne dobre.

5

Amerykański bloger i dziennikarz naukowy Ronald Bailey dokonał niedawno ciekawego zestawienia. Najpierw sprawdził, na podstawie badań opinii publicznej, stosunek wyborców Partii Republikańskiej i Demokratycznej do następujących kwestii: globalnego ocieplenia, bezpieczeństwa energetyki jądrowej, GMO, szkodliwości substancji chemicznych stworzonych przez człowieka, szczepionek, wpływu gier komputerowych na przemoc, wydobycia gazu łupkowego, prawa do posiadania broni i liczby zabójstw, teorii ewolucji, edukacji seksualnej oraz większej prozdrowotności żywności ekologicznej. Następnie zestawił wyniki ze stanowiskami większości naukowców. Okazało się, że poglądy republikanów w sześciu przypadkach są zgodne ze zdaniem specjalistów, demokratów w czterech, a w jednej sprawie padł remis. Mianowicie republikanie odrzucają szczepionkę przeciw wirusowi wywołującemu raka szyjki macicy (HPV), gdyż ma rzekomo zachęcać nastolatki do nieodpowiedzialnych i wczesnych kontaktów seksualnych. Demokraci zaś wierzą, wbrew wynikom badań naukowych, że szczepionki (np. MMR) mogą wywoływać u dzieci autyzm.

Powyższe rezultaty nie dowodzą oczywiście, że republikanie są bardziej światli w kwestiach nauki niż demokraci. Pewnie gdyby wziąć pod uwagę inne zagadnienia, wynik byłby odwrotny. Zestawienie dokonane przez Baileya to dowód czegoś innego – generalnej wybiórczości opinii publicznej, która akceptuje wyłącznie te werdykty świata naukowego, które pasują do już posiadanych przekonań.

Potwierdzają to także publikacje prof. Daniela Kahana z Yale University: wyznawana ideologia przekręca fakty i dowody naukowe niezależnie od tego, czy ktoś ma prawicowe czy lewicowe poglądy. Zespół amerykańskiego uczonego wykazał nawet, że na opinie ludzi wpływ ma tak wydawałoby się nieistotny szczegół, jak wygląd naukowca. Osoby o konserwatywnym nastawieniu łatwiej przekonywały się do wspomnianej już szczepionki HPV, jeśli o jej zaletach opowiadał uczony z siwymi włosami i ubrany w elegancki garnitur. Liberałowie zaś skłonni byli bardziej zaufać ekspertowi w swobodnym stroju, np. flanelowej koszuli.

6

Jak te amerykańskie publikacje przekładają się na polską rzeczywistość? Zapewne u nas jest bardzo podobnie. W kwestii katastrofy smoleńskiej „platformerskie lemingi” chętnie wsłuchują się w opinie naukowców dowodzących, że prezydencki Tupolew rozbił się na skutek ludzkich błędów, a nie spisku, gdyż potwierdza to bzdurność poglądów ludu smoleńskiego. Z kolei lud wierzy tezom „ekspertów” posła Macierewicza, gdyż pasują one do hagiograficznej wizji Lecha Kaczyńskiego oraz zdrady PO i Donalda Tuska. Rzetelność naukowa nie odgrywa w tym większej roli. I pewnie gdyby zrobiono badania podobne do amerykańskich, to okazałoby się, że światłe lemingi w innych kwestiach święcie wierzą w różne pseudonaukowe bzdury – np. badania pokazują, że nie szczepią swoich dzieci przede wszystkim zamożne, wykształcone osoby mieszkające w dużych miastach.

Nie łudźmy się – osób opierających swoje sądy na racjonalnej analizie argumentów i wsłuchujących się w opinie uczonych można ze świecą szukać. I raczej nie ma większych szans na zmianę tej sytuacji. Gruntownemu przemodelowaniu musiałby bowiem ulec cały system edukacji, kładąc o wiele większy nacisk na sceptycyzm, racjonalizm i szacunek młodych ludzi dla nauki. A być może nawet wówczas sytuacja niewiele by się zmieniła, gdyż na przeszkodzie stanęłaby nasza psychologiczna natura.

Załóżmy jednak, że staje się cud i ludzie zaczynają opierać swoje zdanie na opiniach specjalistów. To też nie rozwiąże problemów. Nauka nie zastąpi bowiem rozsądku, bywa omylna, ma swoje ograniczenia i nie zawsze potrafi dać jednoznaczną odpowiedź. Przede wszystkim zaś nie rozstrzyga kwestii moralnych, bo m.in. nie odpowie na pytanie, czy zapłodnienie in vitro jest dobre czy złe. Może jedynie stwierdzić, że dzieci przychodzące na świat dzięki tej metodzie są równie zdrowe jak poczęte naturalnie. Nauka nie powie również, czy homoseksualizm jest czymś normalnym czy nie. Może jedynie wskazać, że np. zachowania tego typu zaobserwowano u ponad 450 gatunków ssaków, ptaków, gadów i owadów. Opinie, biorąc pod uwagę nie tylko wyniki badań naukowych, będziemy musieli wyrobić sobie sami.

Polityka 17-18.2013 (2905) z dnia 23.04.2013; Nauka; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Potłuczone szkiełko i przymknięte oko"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rosyjska polityka historyczna

Dlaczego Rosjanie odrzucają poczucie winy i jak na nowo piszą swoją historię.

Rafał Stobiecki
17.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną